Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 30 października 2015

285. O PLISZCE, KTÓREJ NIE MA W KSIĄŻCE, A JEDNAK JEST

„TRÓJKOWE GAWĘDY DOKTORA KRUSZEWICZA”
ANDRZEJ KRUSZEWICZ OPOWIADA
WOJCIECH MANN ZAPOWIADA
DARIUSZ PIERÓG PYTA
SABINA TWARDOWSKA RYSUJE
MULTICO OFICYNA WYDAWNICZA, WARSZAWA 2015

U niego zaczęło się od kanarka. Podobno jeden swoim śpiewem zajmował go na długie godziny, gdy był dzieckiem. Od tego czasu śpiew kanarka jest najmilszy dla jego uszu. Był czas, że miał 50 kanarków naraz w domu.
U nas zaczęło się od pliszki. Jedna taka przylatywała pod moje okno w pracy. Machała ogonkiem i kradła minuty, które powinnam przeznaczać na pracę. Nie mogłam oderwać od niej oczu. Potem weszła nam do codziennych wędrówek do-żłobkowych. Zaraz po tym, jak wysiadłyśmy z tramwaju, zaczynałam opowiadać. Pliszka raz miała imię, raz nie, raz przyjaźniła się z bocianem, raz odlatywała do ciepłych krajów, raz płakała, bo czuła się samotna. Wymyślałyśmy o niej historie, a potem w wielkiej księdze o ptakach pokazywałam Majce, jak wygląda moja koleżanka zza szyby.
U niego od kanarka zaczęło się wszystko inne – godziny stania po pas w wodzie, rozróżnianie głosów w leśnej gęstwinie, obserwacje, obrączkowanie i szkoła, dzięki której został w końcu ptasim lekarzem. U nas też było wszystko inne. Bociany, gołębie, wróble, dzięcioły… Tak to jest, że gdy zobaczy się jednego ptaka, ale zobaczy tak naprawdę, to okazuje się, że jest ich całe mnóstwo wokół.
Doktor Kruszewicz i my. Ten doktor od ptaków, dyrektor warszawskiego zoo, założyciel ptasiego Azylu, ornitolog z zamiłowania. Opowiada cudnie. O tej swojej miłości dziobatej. O piórkach, lotach podniebnych, jajach i ptasich wędrówkach. O tym, czy ptaki mogą mieć lęk wysokości. O tym, czy jak latają, to się gubią i czy lubią wiatr, czy nie. Opowiada fascynująco o całym swoim z ptakami doświadczeniu, o obserwacjach, czasem wielogodzinnych, o kurach, kormoranach, sowach i Wyścigówce, która też tak naprawdę jest ptakiem. Opowiada o jerzykach, władcach przestworzy, które większość życia spędzają w powietrzu, tam jedzą, śpią, rozmnażają się; o kaczkach, które przez większość dnia są półgłówkami; o tańcu żurawi synchronicznym i majestatycznym; o Mateuszu i Oliwii, orłach bielikach, które nie mogły doczekać się jajka i o dwóch pelikanach, które w warszawskim zoo bawią się w dom. Jedna z moich ulubionych historii to ta, gdy Kruszewicz wspina się na gołą topolę, zagląda do gniazda kani czarnej i między paczką papierosów, starą rękawicą i zepsutym okoniem, znajduje fragment artykułu ze „Świata Młodych” własnego autorstwa… Te gawędy są miłe dla ucha – codziennie w Trójce przed 7 rano po jednej, albo skompresowane nawet od 7 do 7 ze słuchawek, z płyty.
Ludzie z pasją zarażają. Nawet jeśli nie lubimy fizyki kwantowej a opowie nam o niej ktoś, dla kogo jest życiem, to jesteśmy zafascynowani jego wiedzą. Ja, słuchając doktora Kruszewicza, chciałam od razu chwycić lornetkę i iść w las, w łąkę, żeby wypatrywać tańca żurawi. Albo dziś rano obudziłam się i nasłuchiwałam ptaka zza okna, zastawiając się, kim jest, jak wygląda i jak wysoko lata.
Tę książkę trzeba czytać i trzeba jej słuchać. Słuchać, bo Kruszewicz mówi niesamowicie – z tą pasją właśnie, z uczuciem, z werwą, mówi z oka przymrużeniem, kawał swojego życia darowuje. Każdy ptak jest dla niego „niezwykły”. W każdym widzi maleńki cud natury. Ale czytać trzeba dlatego, że nie wszystkie gawędy są opowiedziane na płytach. I jeszcze dlatego, że Sabina Twardowska zrobiła genialne rysunki! Też z oka przymrużeniem, też dowcipne, też z zadziorem, z pazurem, z dziobem nawet…

Nasza pliszka poleciała pewnie do Afryki, bo nie widziałam jej już jakiś czas. Odleciała para bocianów i dzieci, których doczekały się w tym roku. Teraz odrywam oczy od ekranu komputera i patrzę na mieniący się w słońcu ogon sroki. Jeśli nie wierzycie, że ptaki są wszędzie, wystarczy posłuchać doktora Kruszewicza.  








środa, 28 października 2015

284. FOTO STORY. STORY ELEVEN – GARŚĆ SŁÓW O KRAKOWIE

Czy w innym mieście może zdarzyć się tak, że siedzę z moją trzyletnią córką na kawie w miejscu, gdzie jakieś 16 lat temu piłam kawę z moim Mężem?


Czy jeszcze gdzieś można pojeździć w hostelu windą sprzed wieków, magiczną, na kluczyk?











Jak rozumieć sztukę współczesną, czyli Dziecko w Muzeum

MOCAK czyli Muzeum Sztuki Współczesnej. Wystawa „Artyści 1980-1990”.
Przykazuję: Majka, tylko nie dotykaj żadnych obrazów.

W chwilę później słyszę energiczne kroki pani pilnującej i upomnienie: „Nie dotykamy!”
ja: Majka, przecież mówiłam, że nie dotykamy obrazów!
Majka: To nie jest obraz!








I JESZCZE GARŚĆ O MIĘDZYNARODOWYCH TARGACH KSIĄŻKI

Na Targach oddycha się innym powietrzem. To tlen spomiędzy kartek książkowych, nasycony słowami. I trochę tego, który ucieka z płuc wraz z wydawanymi pieniędzmi… Założyłam sobie od razu, że mam limit – jechaliśmy pociągiem i dzięki temu poszłam tylko z czterema torbami (w tym z jedną malutką!).
Nasze Targi wyglądały tak:

1. szykowaliśmy się na sobotę, ale ze względu na Półmaraton Królewski były problemy z komunikacją. Nie dotarliśmy – na drugi dzień wszyscy uspokajali nas, że wygraliśmy los na loterii – w sobotę tłok, tłum i tragedia.

[Żałuję co prawda spotkania z Kruszewiczem, oj bardzo! i z Kasparaviciusem, ale na pocieszenie kupiłam u Ezopa „Mała zimę”.]

2. Rysowanie, wyklejanie, kolorowanie – na każdym niemal stoisku. Majka zaliczyła maraton plastyczny – wszystkie prace szczęśliwie dowiezione do domu, oprócz czarnej owcy od Czu czu – ale ta była zmazywalna :-)

3. Wspaniałe spotkanie z Anią z Wydawnictwa Widnokrąg – wyszłyśmy z „52 tygodniami” - ZACHWT! - naładowane uśmiechem i pozytywną energią, Ania jest ciepłą, radosną osobą. Trzymam kciuki za Widnokrąg, żeby nadal tak pięknie się rozwijał, jak dotąd.

4. posłuchałam fragmentu „Jaśnie pan Pichon” u Buki – CHCEM!

5. u Media Rodzina przez zupełny przypadek uścisnęłam rękę Roberta Gamble'a, założyciela wydawnictwa i porozmawiałam z jednym ze sprzedawców o kondycji literatury, która nie jest aż tak zła chyba, skoro wyprzedali całego ilustrowanego „Harryego Pottera” i całego sztywnostronicowego „Poznaj Pettsona i Findusa”.

6. na stoisku TAKO, powitane zostałyśmy uśmiechem, bo wspominano tam nasz bieg na czytanie książek w Zatoce Sztuki. Lubimy TAKO!

7. Najwspanialszym momentem Targów było zgarnięcie podpisu w ulubionej książce Majki „Pomelo śni” - Ramona się podpisała, a Benjamin narysował… Majkę! Wzrusz wielki! Dzięki Wam Zakamarki!


8. Zakupy – choć nie po to właściwie pojechałam na Targi – skromne nader – u Ezopa „Mała zima” i „Strasznowiłka w Groźnym Gąszczu”, bo nie mogłam się oprzeć ilustracjom, „Basia”, bo bez Basi nie mogliśmy wyjechać i kubek z Baśką i Miśkiem Zdziśkiem, „Fotel czasu” upolowany za dyszkę, dwie płyty z ptasimi głosami w hołdzie Kruszewiczowi i memorki w prezencie od Czu Czu.












piątek, 9 października 2015

283. MAŁE A WIELKIE 1: WYŻSZA MATEMATYKA

Jeśli kierować się mnożeniem, to wyjdzie 54, jeśli wyobraźnią mamy nieskończoność. Sześć ścianek, dziewięć kostek. 54 obrazy wyciągnięte wprost ze świata Muminków. Są ulubieni bohaterowie – jest Buka i Mała Mi. Są atrybuty – bo czym byłaby Mama Muminka bez torebki, czym Włóczykij bez namiotu i wędki?
Na tę grę czekałam bez cierpliwości. StoryCubes i Muminki w jednym – hit gwarantowany. Duże, piękne kości, gadżet, który chętnie się nosi przy sobie dla świadomości, że grzechocze w kieszeni, małe pudełko, które do tej kieszeni mieści się bez trudu. Coś, co można zabrać „do cioci na imieniny” i do pierogarni, w której czeka się na zamówienie ponad pół godziny. Do pociągu. Do poczekalni. Albo do bagażu, który trzeba nieść na własnych plecach z pociągu do hotelu, więc musi być jak najmniejszy. Zgrabne niebieskie pudełeczko, w środku milion światów.
Te kości to drzwi, przez które idzie się w historię. Zasady gry można streścić w jednym zdaniu – rzuć kośćmi, przywołaj skojarzenie z rysunkiem i opowiadaj! O nic więcej nie chodzi – tylko o mariaż słów i obrazu, o przełamanie lodów i mówienie. Ci, którzy zazwyczaj milczą, okazują się nagle doskonałymi bajarzami. Bo te kości mają moc magiczną – są pretekstem, są podpowiedzią, są kluczykiem, którym otwiera się własną głowę. Doskonałą zabawą może być już samo wyszukiwanie skojarzeń. Bo dzbanek do kawy nie musi być przecież dzbankiem do kawy – może być wspomnieniem miłego popołudnia albo oryginalną doniczką, w której Mama Muminka zasadziła pewnego dnia kwiat… I już jest start, a meta dziewięć kości później. Pomiędzy bajka.
Można grać na różne sposoby. Instrukcja zaleca, żeby narrator rzucił 9 kośćmi i rozpoczął opowieść od kości wskazującej porę roku lub pogodę. Trzy kości to wstęp, trzy to rozwinięcie i trzy zakończenie. My grałyśmy naprzemiennie – jeden rzut ja, jeden ona i nasze historie toczyły się w najdziwniejsze strony. Piękne było to, że jedna opowieść zawierała i mnie i ją.
Można układać wieże, ścieżki, labirynty – te sześciany to także śliczne przedmioty.
Denerwują mnie zazwyczaj zapewnienia, że gra jest „dla każdego”. Ale tutaj faktycznie tak jest! To niesamowite, bo może grać w nią każdy. Jeśli boi się opowiadać, jeśli scenariuszom swoim nie ufa, jeśli jest nieśmiały, a głos ma drżący, załamujący się, można grać w skojarzenia – od Tatusia Muminka dojść do przygody, zahaczając o pamiętniki, albo od liścia do czytania książek (liść – drzewo-papier-książka-czytanie).
A jeśli akurat jesteś sam w domu – to może z kości ułożyć scenariusz do filmu, jak podpowiada instrukcja? Ja myślę o animacji, w której bohaterami będą StoryCubes – materiał się tworzy, spisuję historie, które powstają nam w głowach po rzucie kośćmi, a potem już tylko Oscar przed nami. Ewentualnie Nobel literacki.











Liczba graczy:
1 - bez ograniczeń
Wiek:
 od 5 lat 
Czas gry:
ok. 2 - 20 minut

Wydawca:
Projektant:


piątek, 2 października 2015

282. O NIEWYOBRAŻALNYM

KATARZYNA BABIS
"MAJA Z KSIĘŻYCA"
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2015
SCENARIUSZ I RYSUNKI CYRIL PEDROSA
"TRZY CIENIE"
(TŁ. KATARZYNA KOŁA)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2015

[dla Mai Cz., za którą moja Majka i ja mocno trzymamy kciuki-nie idź na księżyc, dobrze?]

Słyszę jego głos, drżący tak, że nie potrafię go poznać. Coś o jakimś guzie, operacji, dosłownie parę słów, splecionych tak, jak nigdy nie powinny się splatać. Bo tam pomiędzy pada jeszcze „moja córka”, a ona przecież ma tylko kilka lat i nie zdążyła zrobić jeszcze tylu rzeczy… To wisi nad nami, nad nim i właściwie nie wiadomo co powiedzieć. Uciekam. I mam ochotę od razu pobiec do mojej córki, przytulić ją najmocniej w świecie i od świata oddzielić moimi ramionami. Bo świat nagle wydaje się zbyt zły.

DWA PUNKTY WIDZENIA
Wielokrotnie miałam okazję rozmawiać z ludźmi, którzy pracują na oddziałach dziecięcych. Na tych najcięższych, gdzie wiadomo, że pomiędzy łóżkami przechadza się ta z kosą… I bawi się z dziećmi w wyliczanki – raz, dwa, trzy, dzisiaj umrzesz ty… Nie, dorośli sobie nie radzą. A dzieci owszem. Akceptują. I chcą o tym rozmawiać. Chcą mówić, co sobie wyobrażają. Chcą wiedzieć, jakie dorośli mają plany na przyszłość – na tę, gdy ich samych już nie będzie. A dorośli nagle stają się dziećmi-niemowami, które nie potrafią unieść ciężaru, ale nie mają też szans, żeby przytrzymać w górze kosę, żeby nie spadła na szyję ich dziecka.

Dzieci wiedzą. Nawet, jeśli się im nie mówi, wyczuwają.
Alicja ma 6 lat i siostrę Maję. A Maja ma maskę tlenową i oddzielny pokój, do którego Ala nie może wchodzić. Tata zabiera Alę do szpitala – pewnie dlatego, że nie ma co z nią zrobić, ale zawsze zostawia ją pod szklanymi drzwiami. Pod drzwiami, przez które widać twarz Mai przykrytą maską tlenową. Widać wyraźnie, tylko nie słychać, co tata mówi. A może nie mówi już nic, bo nic się nie da powiedzieć? Ala też bywa głodna, bo tata śpiesząc się na drugą stronę szyby, zapomina czasem zrobić dla Ali kanapki. A ona, skulona pod tą szybą, za która leży jej siostra, doskonale rozumie sytuację. Maja jest po prostu z Księżyca, była tu, na ziemi, na chwilę. Być może to był rodzaj misji, jakieś badanie, ale teraz musi już wracać do siebie. Po prostu. Kiedyś bawiły się razem i były najlepszymi przyjaciółkami, ale teraz Maja będzie się bawić sama. Tyle tylko, że ma perspektywę doskonałej zabawy. Bo może będzie łowić na wędkę satelity, siedząc na księżycowych kałamarnicach? Albo będzie będzie robić na drutach nowe galaktyki? Co prawda nie wiadomo, jak tam jest, ale Ala leżąc wieczorem w łóżku próbuje sobie to wszystko wyobrazić. Nie zawsze jej się udaje, bo przecież to Maja jest księżniczką, to ona zaraz, za sekund parę poleci na Księżyc, nie Ala. Ale dziewczynka chociaż próbuje. Oswaja. Tłumaczy sobie. Akceptuje.
Piękna historia, genialnie narysowana. Delikatna, liryczna, efemeryczna. Napisana nieomal bez słów. Napisana z perspektywy dziecka. Dziecka, które godzi się, pojmując śmierć w szerszym kontekście i przekładając ją na swój własny język.






Dorośli tego nie potrafią.

Dorośli walczą. Zabierają ledwo oddychające ciało dziecka ze szpitalnego łóżka i gnają w świat, byle dalej, gdzie oczy poniosą. Negują, wypierają, milczą. Dorośli są zbyt duzi na to, by móc rozumieć. Widzą tylko aparaty, rurki, światełka, na końcu których czeka wyładowanie baterii. Nie widzą Księżyca. Nie mają wyobraźni, jeśli chodzi o śmierć dziecka. Walczą na swój własny sposób. W miejsca dziecięcej akceptacji wolą dojrzały bunt. W rezultacie zamiast ostatnie chwile, które dano im na pożegnanie, trwonią na donkiszoterię.
Bo był czas, kiedy wszystko było proste i niczym w rajskim ogrodzie. Dopóki za oknem nie pojawiły się trzy cienie. Niby nie podchodzą blisko, niby tylko stoją na wzgórzu. Ale już podskórnie wiadomo, że to nie jest zwykłe stanie, że przyszli w jakimś celu. Jeszcze rąbie się drzewo, jak co dzień, ale już z większą zaciętością, nie spuszczając z oka syna. W końcu Louis pośpiesznie pakuje plecak z żywnością, zabiera syna i ucieka. Żona przekazuje mu Joachima, bo wie, że Louis kiedyś będzie musiał się pożegnać. Ona już to zrobiła.
To najpiękniejszy komiks jaki znam (mówię tu o scenariuszu). Czytałam go po wielokroć, choć za każdym razem coraz mniej mam powietrza w płucach. Za każdym razem ta książka, ta historia coraz mocniej we mnie uderza. Za każdym razem jest mnie trochę mniej, bo słyszę „Do widzenia, tato” i odwracam się w tę stronę, w którą idzie Joachim. Nigdy nie potrafię zostać z jego ojcem.









Na końcu ważne słowa, które tak naprawdę mówią wszystko, są kwintesencją dorosłego spojrzenia na dziecięcego odchodzenie: „Wytrzymać. Pozostać po stronie żyjących”. Nie umiem sobie wyobrazić. Nie chcę.