Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 22 marca 2014

170.599 W 6 GODZIN I 7 MINUT

DOROTA TERAKOWSKA
„BABCI BRYGIDY SZALONA PODRÓŻ PO KRAKOWIE. DZIEŃ I NOC CZAROWNICY”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014
ILUSTROWAŁ BOHDAN BUTENKO

[Jedno z najbardziej prestiżowych wydawnictw w Polsce pochyla się też czasem nad Dziećmi]

Kraków jest jednym z tych miejsc magicznych, w których oddycham inaczej. Choć z Naszej ulicy na Bracką (według mapy Google) samochodem jechalibyśmy 6 h 7 min. (599 km), to często jestem tam myślami. Tym bardziej, że w przedpokoju Naszego domu wisi jedno z moich ukochanych zdjęć – Tata Majki, gdy jeszcze nie myślał o tacierzyństwie, nad filiżanką kawy, na tle fotografii Milesa Davisa, w jednej z krakowskich knajpek. O Krakowie myślę codziennie... Wchodząc do domu i z niego wychodząc. Gdy w dawnych czasach pojechałam tam pierwszy raz, nie mogłam przestać się uśmiechać. Nie musiałam nawet nic zwiedzać, wystarczyło mi siedzieć na Rynku i patrzeć na kwiaciarki.
Kiedyś tę miłość chcę przekazać Majce – zabrać ją do Krakowa i pokazać moje ulubione uliczki, Kazimierz, na którym są najlepsze w Polsce zapiekanki ze szczypiorkiem, Smoka Wawelskiego, który zieje ogniem (bo na pewno jej się spodoba) i „Rynek, Szewską, Planty” (jak śpiewa pan Ś.). No i Bracką, na której raz jeden jedyny stałam w deszczu.
Dlatego, dla tej miłości, książkę Terakowskiej potraktowałam bardzo osobiście.
Bartek Nowak, o którym jest ta książka, mieszka na ulicy Floriańskiej (toż to sama żyła główna krakowskiego serca!). Z okien patrzy na Kraków sprzed wieków i wcale nie może być z tego dumny, bo jego wszyscy kumple mieszkają w takich domach, które mają podobny widok. Tylko jedni widzą Adasia od twarzy, a inni od pleców. Z przeszłością w kieszeniach biegają po starym Rynku, jak po podwórku i w chowanego pewnie bawią się w Sukiennicach.
Pewnego dnia Bartek zachorował i musiał zostać w domu sam – tata i mama musieli wyjść do pracy, a starsza siostra zgrabnie wykręciła się od pilnowania brata przygotowaniem do matury u szkolnej koleżanki.
Bartek został sam, ale nie na długo. Gdy wszyscy już wyszli, do drzwi zastukał tajemniczy gość - „Jestem twoją babcią Brygidą!” - wrzasnęła pani, stojąca po drugiej stronie judasza. I choć Bartek nie słyszał nigdy o żadnej babci Brygidzie – otworzył drzwi. Nie można tak robić, to niebezpieczne, nieznajomi...itp., itd. Ale w tym przypadku to było jak otwarcie drzwi do przygody. Babcia Brygida wyglądała osobliwie – miała krótkie włosy, dziwną bluzę, pumpy, kolorowe podkolanówki w paski i adidasy. A w dłoni dzierżyła czerwoną parasolkę – jak się okazało, była to parasolka magiczna! To ona sprawiła, że spotkali smoka, że widzieli najazd Tatarów z wieży Mariackiej, że wysprzątali Kraków co do ostatniego papierka po cukierku, że wzlecieli pod chmury...
I czy to wszystko tylko się śniło Bartkowi z wysoką gorączką, skoro po trzech dniach choroby i wyjeździe babci, w dłoni został mu tajemniczy kamyk wyniesiony z pewnej znanej wszystkim groty?


Gdy kończy się opowieść, nie kończy się książka – trzeba ją odwrócić „do góry nogami” i tam, po drugiej stronie okładki jest jeszcze historia czarownicy, która pewnego dnia budzi się po ciężkiej nocy. Śniło jej się całe zło, które wyrządziła i odbierało jej przyjemność z odpoczynku. Przebudzona, ale niewyspana czarownica stwierdza, że od tego dnia będzie czynić tylko dobro. Ktoś musi jej jednak uświadomić, że bez zła nie ma bajek i baśni. Co więcej, bez zła nie ma dobrych zakończeń... A gdy to już pojmie, to wtedy wchodzimy z nią w noc. I tam się okazuje po co są baśnie – bez baśni nie byłoby wspomnień, dobrych snów i wspomnienia matek, opowiadających je na dobranoc... Ta część historii jest nostalgiczna, w przydymionym kolorze, sędziwa i mądra, taka do głębi i przepalona jakimś smutkiem wiedzy... że nie zawsze życie odbija bajki, że może czasem zło wygrywa i że nie zawsze istnieją czarownice, które dobre zakończenia naprowadzają na właściwe tory...

To świetna książka – także graficznie – za jej oprawę odpowiada Bohdan Butenko, więc nie może być inaczej! Kilka obrazków na starych pocztówkach Krakowa. Ale to nie są pocztówki sprzed wieków, to pocztówki, które ja mogłabym wysłać rodzicom z kolonii, jakieś 20 lat temu. A noc czarownicy jest na czarnym tle, pisana białymi literami. Kilka prostych, oczywistych zabiegów, które trzeba było „tylko” wymyślić. Kilka mazów – tych graficznych i tych słownych, a ja znów chcę do Krakowa...


[Dziękujemy Wydawnictwu Literackiemu, że dzieli się z Nami swoimi cennymi perełkami – książki wszak najwartościowszymi klejnotami]

169.ŻE WIOSNA, ŻE POEZJA

JAN BRZECHWA
„OPOWIEDZIAŁ DZIĘCIOŁ SOWIE”
WILGA, WARSZAWA 2013
GRUPA WYDAWNICZA FOKSAL
ILUSTROWAŁA HA-GA

Na dzień 21 marca przypada Światowy Dzień Poezji, ustanowiony w 1999 roku przez UNESCO.
I wiosna przypada, a właściwie przychodzi.
Z zimą w przelocie podają sobie ręce i rozsiada się na tronie i postanawia, że będzie ciepło i już tylko cieplej, cieplej i najcieplej – do lata.
I tak sobie myślałam, że trzeba by jakoś tę wiosnę wprowadzić w nasze skromne progi, zauważyć jej przyjście, z poezją posadzić, herbatą poczęstować. Szukałam na półce Majki jakiegoś wiersza o wiośnie, co by od razu jakoś je ze sobą ożenić i wiosnę i poezję i te pieczenie upiec, co w przysłowiu. No albo w ostateczności jakimś zabłysnąć nazwiskiem modnym, trendy i nie-passe. Że niby my bywałe, że w kręgach poetyckich się kręcimy jak frygi, że z pamięci wiersze cytować umiemy (tak, jakieś dwa czy trzy nawet, w tym „Inwokację”, którą powtarzałam Majce w początkowych miesiącach jej życia, gdy o 3 w nocy otwierała oczy i nie chciała ich zamknąć - no do 6 choćby...).
Ale nie, będzie staropolsko i najzupełniej w świecie staroświecko.
Bo jednak ulubiona poezja moja to klasyka.
I najnudniej na świecie powitam wiosnę i uczczę poezję pisząc o wierszu, który ze dwa wieczory (tak, dla lubowania się w tym tekście rozłożyliśmy na dwa czytania!) Majkę kołysał do snu.
Będzie o Brzechwie.
Ale o Brzechwie nie byle jakim, bo o Brzechwie z głębi pamięci.
Bo coś tam pamiętałam.
Że był sklep. Że ten sklep był w lesie. I że ryś był sprzedawcą. I że byli dobrzy i źli. I że na pewno, na pewno to było wierszem. I co jakiś czas to wspomnienie do mnie wracało. Mgliste. Jak kolor ulubionych spodni z dzieciństwa. Jak melodia, z której pamięć wycina tylko dwa dźwięki. Jak „chciałabym wiedzieć, ale bez tej wiedzy żyć będę”. Pojawiało się to wspomnienie i znikało. Nie szperałam zanadto.
Aż tu dnia pewnego dorwałam „Opowiedział dzięcioł sowie” w nowym wydaniu, ale takim jak kiedyś...
I rzeczywiście. Rzecz jest o tym, jak wilk zakłada sklep w lesie. Ma na imię Barnaba, jest sprytny i niestety „na ladzie co najgorszy towar kładzie” (dlaczego wilki zawsze muszą być w bajkach „te złe”?). Potem powstaje drugi sklep, który zakłada ryś Bazyli. Ale wcale nie jest lepiej, bo „Bazyli skórę łupił”. Jednakowoż w lesie nie było żadnego uczciwego sprzedawcy, żadnego taniego sklepu, więc wilk się bogacił i ryś się bogacił, a z nimi lis Mikita – dostawca. Na szczęście w lesie mieszkał niedźwiedź Błażej. Taki „niby prezydent”, co zwołał „niby sejm” i wygłosił orędzie i sprawił, że wszystkie dobre zwierzęta wzięły się do roboty i stworzyły SKLEP SPÓŁDZIELCZY. Jest nawet reklama – dwie kukułki latają po lesie i wołają, że w sklepie spółdzielczym jest WSZYSTKO przez duże „eW”. Koniec wyzysku, koniec potrzasku.
Wszyscy zadowoleni, źli z lasu wygnani, sielanka.
Dziś może z przymrużeniem oka patrzę na ten tekst, ale ciągle ciągnie jakąś strunę ukrytą wewnątrz mnie, bo to poezja z serii – dzieciństwo i sklep spółdzielczy, w który na pewno się bawiłam.
Majka słucha. A Tata Majki stwierdził „Fajnie się to czyta!” i czytaliśmy dwa wieczory.
Niech to będzie reklamą. Nowomodną, bo w internecie.




(dla porównania w wersji JMSzancerowskiej z „Brzechwa dzieciom”)



czwartek, 20 marca 2014

O ULUBIONYCH, CZYLI MAJOWY KĄCIK DO CHOROWANIA

Majka znów w chorobie. Łapie z powietrza każdą najmniejszą bakterię tak, jakby chciała ją przygarnąć i udowodnić, że bakterie są miłe i można się z nimi zaprzyjaźnić. Nie można – ja nie mogę! I tak trwamy w tym szamotaniu z infekcjami wszelkimi, a ja sobie tłumaczę, że Majka będzie potem człowiekiem z żelaza, czy tam z marmuru, czy w ogóle nie wiem z czego i już w tym pięknym upragnionym potem w ogóle nie będzie chorować.
Póki co znów moszczę kącik chorobowy. A taki kącik musi być specjalny. Bo musi być tam wszystko, co ulubione.

...no bo muszą być książki...
ten stosik, to najostatniejsze lub nigdy-nie-mijające miłości.
Bo „Na straganie” dlatego, że to ukochany wiersz Majki.
Bo „W aeroplanie” dlatego, że targa go ze sobą i pokazuje babcię i kurkę.
Bo „Bobo” - no wiadomo dlaczego – wertowany w tę i z powrotem i tak łatwo wybrać samemu rozdział, który chce się usłyszeć, wystarczy w spisie treści pokazać odpowiedni obrazek. I dlatego, że często czyta go „sama”, wyrywając mi książkę z rąk. A ja cierpię widząc powyginaną okładkę i apeluję po cichu do wydawnictwa, że może by chociaż usztywniane je robić...
Bo „Zuzia” - najczęściej wożona w wózku dla lalek książka, wyciągana codziennie z półki, aż w końcu straciła na niej swoje miejsce.
Bo „Księga dźwięków” w stanie rozpadu (jak u każdego dźwiękonaśladowcy chyba – tu z kolei apel do wydawnictwa o jakąś wersję na kółeczkach), bo przecież może dziś Majka kolejny dźwięk przyswoi na pamięć, na zawsze, na zawołanie.
Bo „Kolory zwierząt”, które są nietuzinkowe, bo ciężko znaleźć książkę dla maluchów ze zdjęciami, a tu są i piękne i kolorowe. I dzięki niej Majka bezbłędnie pokazuje, gdzie jest na stronie kuglarz drapieżnik...
Bo „Gałgankowy skarb” jako że jest to wierszyk, w którym wprowadziłam efekty dodatkowe głaszcząc „Kasię” po włosach i rozkładając ręce przy „nie ma Murzynka”, a Majka te gesty lubi powtarzać.
Bo „Gdzie jest pingwin?”, która to książka Babcię Majki wprowadza w stan najwyższego zdumienia – jak ona znajduje takie małe pingwiny na takiej wielkiej stronie? Ja już przestałam się dziwić...
Bo wielka bardzo disnejowska książka z Kubusiem Puchatkiem, którą Majka wielbi ze względu na takie coś, co jest do niej przyczepione i gra muzykę do kołysanek. Gdy śpiewam z załączonego tekstu Majka woła „Brawo!” - w ogóle nie mam słuchu i zastanawiam się, kiedy to odkryje...
Są też „Nieobliczalne owieczki”, które nie znalazły się na pierwszym zdjęciu, bo akurat były dzierżone przez śpiącą Majkę i wyleciało mi z głowy, że od dwóch dni je kocha i naraz lecimy z owieczkami po 5 do 7 razy. I to wszystko razy 5 do 7 w ciągu dnia.

Oprócz tego w kąciku musi się znaleźć pilot, bo jak Mama włączy bez niego Peppę, albo Robaczki z Zaginionej Doliny?
Na innych bajkach Majka skupia się tylko chwilę, gnana jakimiś swoimi sprawami, wewnętrznymi głosami i brakiem zainteresowania. Peppa potrafi ją zahipnotyzować. Peppę trzeba dawkować. Wydzielać. Bo inaczej zjadłaby chyba cały Majkowy dzień. Jestem „pomiędzy” w telewizorowym sporze między „mamami za” i „mamami przeciw”. Nie chcę, by Majka była telemaniakiem, by nie umiała żyć bez telewizora, by świat opierał się na migającym ekranie. Ale nie uważam też, że telewizor gryzie do krwi. Może być fajnym kumplem, który opowie coś ciekawego.
A Peppę lubię z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że jest zrozumiała – prosty przekaz, kilka zdań, gesty, mimika i ton głosu, za którymi łatwo podążać. Po drugie dlatego, że dzieci bawią się tam w mądre gry i zabawy, że używają wyobraźni, że większą część dnia spędzają na dworze, że potrafią opiekować się młodszymi, że tworzą wspólnotę. Po trzecie dlatego, że rodzice potrafią wyjść i poskakać w kałużach razem z dziećmi, poświęcają im mnóstwo uwagi, ale nie zapominają o sobie, że jedzą wspólne posiłki, wspólnie robią zakupy, że wyjeżdżają na kemping i że potrafią się cieszyć puszczaniem latawca. Po czwarte dlatego, że stawia się tu na wielopokoleniowość, że ważni są dziadkowie, że z nimi też łączy dzieci szczególna więź. A po piąte dlatego, że KAŻDY odcinek kończy się tym, że wszyscy się śmieją, cieszą i przeważnie lądują na grzbietach machając nogami z uciechy.
„Robaczki” zaś bardzo długo były „filmem do inhalacji” - gdy włączało się inhalator, włączało się bzyczenie much, biedronek, odgłos skoków konika polnego i wielkie oczy czarnego pająka na ekranie.

Oczywiście w kąciku musi być też muzyka. Jest kilka płyt z muzyką przeznaczoną dla Dzieci, które Majka lubi. Ale najbardziej lubi płytę „Armanda” Łąki Łana, „Waiting all night” Rudimentalu i „Ivo” Cocteau Twins. I od dwóch dni „Calineczkę” z kolekcji Agory – gdy tylko wysłuchamy raz pada „eście” (tł. jeszcze).

Musi być kilkoro przyjaciół – Hello Kitty od cioci Pati, wielbłąd od cioci Haliny i miś Tymon, służący do spania, który w czasie sesji foto akurat spał, więc się nie załapał. Czasem bywa też lalka Murzynek od cioci Moniki albo lalka bobas z zasobów dziecięcych Majkowej mamy.

No i w kąciku muszą znaleźć się gadżety.
Musi się znaleźć jej zeszyt w ptaszki (kolekcja 4girls only ;-), w którym rysuje, kolorowanki z Peppą i małpką Georgem oraz dwa pudełka kredek, czasem kolorowy papier albo dziurkacze.
Musi się znaleźć termometr, którym sama mierzy sobie temperaturę.

No i musi się znaleźć również telefon, bo przecież trzeba potem wszystko opowiedzieć Babci...




No i koniecznie kącik musi być w salonie - nie da się przecież chorować w swoim pokoju...

czwartek, 13 marca 2014

168.TAKA SOBIE BAJECZKA

 SYLVIA VANDEN HEEDE
„FELEK I TOLA”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2011
ILUSTROWAŁ THÉ TJONG-KHING

SYLVIA VANDEN HEEDE
„DO ZOBACZENIA, FELKU I TOLU”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁ THÉ TJONG-KHING

W wielkim lesie jest norka. W tej norce jest kuchnia, łazienka i dwa pokoje. W jednym jest salon, a w drugim stoją dwa łóżka. Te łóżka należą do lisa Felka i zajęczycy Toli. Czasem chodzą razem po lesie, czasem on przekopuje ogródek, codziennie Tola zajmuje się gotowaniem, a od czasu do czasu odwiedzają przyjaciela Henia. Henio jest puchaczem i mieszka po drugiej stronie płotu. I tak sobie żyją, Felek chrapie nocami, jest za gruby i Tola stara się go odchudzić, wypiekają pyszne ciasteczka, piją herbatkę i oglądają zmieniające się pory roku. To życie harmonijne, ale nie beztroskie. Bo przecież każdego z nas, nawet tego najszczęśliwszego, dopada czasem choroba, albo przesilenie zimowe, albo czkawka, której się nie da przestraszyć. Ale na chorobę Henio ma tajemniczą miksturę, po której śpi się kilkanaście godzin, na przesilenie zimowe wystarczy bałwan i bitwa na śnieżki, a czkawkę przepędza niespodziewany gość.
A najważniejsze, że Henio któregoś razu znajduje pod drzwiami jejka i zaprasza Tolę i Felka, żeby sobie to jejko zobaczyli. Okazuje się, że jejko jest jajkiem i że teraz puchacz Henio, w samym środku lasu, będzie wysiadywał owo jajko. A z tego jajka kilka stron później wyskoczy Pip... I potem już cała książka jest o Toli, Felku, Heniu i Pipie. O tym, że gdy ktoś wyzdrowieje, to można zrobić z tego powodu przyjęcie i ogon ozdobić kokardami, o tym, że lepsza jest własna Tola niż obca wiewiórka, o tym, że gdy się dokucza lisowi, to on się może obrazić i w końcu o tym, że Pip musi wyruszyć w świat. Ale gdy już wyrusza, to nagle Henio dostaje paczkę. A w tej paczce jajko i karteczkę od Pipa. I na tym jajku kończy się książeczka.
Tu dopadł nas ogromny smutek, bo się zżyliśmy z zajęczycą, lisem, puchaczem i kogutem. I z jajkiem nawet, choć tylko kilka stron było z nami.
Na szczęście na półce leżał tom drugi, więc od razu mogliśmy się dowiedzieć, że w jajku był drugi kurczak, co kiedyś tam będzie kogutem, a teraz nazywa się Jo, że w wielkim świecie Pip poznał Ko, że Ko jest kurą, ale łysą i że pewnego dnia pojawiają się w lesie i ni mniej ni więcej tylko zechcą zamieszkać z Heniem i Jo. Gorzej, że Jo chce mieszkać z Felkiem, Felek nie chce mieszkać z Jo, Tola może mieszkać z Jo, Henio chce mieszkać z Jo, ale nie chce mieszkać z Ko, a Ko pragnie mieszkać z Jo i Pipem. I jak zwykle Tola przychodzi na ratunek, rysując w zaciszu swej norki dom.
Przygody Felka i Toli są rekomendowane dla dzieci, które uczą się czytać (duża czcionka, świetne rozmieszczenie na stronie, fantastyczne rysunki, akcja sobie plumka, jak wesoły potoczek, ale nie rwie, jak rzeka, w której można się utopić, troszkę humoru, troszkę żartu i troszkę powtarzalności, co by dzieci miały na czym osiąść). I ci czytelnicy pewnie widzą książkę o zwierzątkach, które mieszkają sobie w lesie, mają różne przygody i perypetie, czasem się kłócą, czasem odchudzają, a czasem opalają, czasem gotują zupę, a czasem nie robią zupełnie nic. I też jest dobrze.
Ja czytam tę książkę pewnie inaczej, bo widzę adopcję i samotne rodzicielstwo(kurze jajko w lesie, wysiadywane przez puchacza), widzę krytykę stereotypowych ról przypisywanych kobiecie i mężczyźnie (rozdział o przekopywaniu ogródka i pieczeniu ciasta), widzę zazdrość (pani Kitka adorowana przez Henia i Felka), widzę porozumienie między dzieckiem a rodzicem i akceptację swojego dziecka takim, jakim jest (Pip mówi tylko jedno słowo „ko”, a Henio zawsze doskonale i bezbłędnie wie, co Pip chce powiedzieć), widzę przerażenie i zmęczenie rodzicielstwem (Felek, który chowa się do szafy przed Jo, który zbyt wcześnie wstaje), widzę niskie poczucie własnej wartości, sięgające daleko i głęboko wstecz (Ko wyrywająca sobie pióra), widzę usilne starania by się zmienić, po to, aby ktoś kochał nas bez granic (sprzątająca Ko i uczący się piać Pip) i mnóstwo, mnóstwo tego typu rzeczy – mocnych, mądrych, ważnych, nie zawsze prostych.
Ale to przecież tylko taka sobie bajeczka o zwierzątkach, które gotują zupę, lepią bałwana, opalają się, a czasem nawet nic nie robią... I też jest dobrze.










[A już za chwilę, za moment, za parę mrugnięć powiekami „Felek i Tola na wyspie"]

środa, 12 marca 2014

167.NIE MA JUŻ PANA S., NIE MA PANA M.

TADEUSZ MIODUSZEWSKI
„DZIECIAKOM I PTAKOM”
ZYSK I S-KA, POZNAŃ 2014
ILUSTROWAŁ JANUSZ STANNY

[Zysk i S-ka sięga w przeszłość dla czytelnika niepełnoletniego]

Jakiś czas temu na moim ukochanym forum o książkach dla dzieci, czytałam dyskusję o współczesnej dziecięcej poezji. Że taka raz-dwa-trzy, że tylko „stokrotka-kotka” i „pies-owies” - nie musi być nic innego ponad rym i że to niestety wystarczy, że rzadko spotyka się wiersze dla dzieci, które można nazwać też poezją, że coraz mniej wrażliwym można być, żeby dzisiejsze wiersze czytać. Ja wiem, że Mioduszewski nie miał lat trzydziestu, że pisał do „starego Świerszczyka”, do „Płomyka”, którego już nie ma, ale mimo wszystko pisał obok nas, w czasie nam równoległym. A pisał Poezję przez duże P.
Dziwnym dreszczem mnie przejmuje ten tomik. Albo dreszczami. Tymi, które w hołdzie, w książce która wyprzedziła odchodzenie o krok. Ale też tymi, które w zachwycie – to naprawdę piękny tomik.
Jestem zachwycona tą książką, jej staroświeckością i jej ponadczasowością, jej śpiewnością, choć wiersze nie są rytmiczne, jej oka przymrużeniem, jej kwiecistością.
To wiersze muskające wrażliwość, nieoczywiste. Pełne ciepła słońca i szumu traw. Są w nich pasikoniki, które grają na skrzypkach dla wzruszenia, są mrówki, co nie robią nic ponadto, co zawsze, a można w tym znaleźć chwilę szczęścia, są dwa psy, co pokazują sobie kły choć żaden nie jest zły, jest baranek, który ucieka przed zimą i bocian, który też odlatuje w ciepłe kraje.
I jest moja ulubiona „Księżniczka”

Na ziarnku grochu,
gdy księżniczka spała,
wciąż przewracając się
z boku na bok,
ziarnko poruszone
zakiełkowało
i w łóżku groszek
kwitł jej cały rok.

A między nimi kilka ukrytych kołysanek, żeby oczy do snu lepić pięknem, bo tylko wtedy sny mogą być dobre.

Na ostatniej stronie kilka słów i ilustratorze. I czas teraźniejszy i „zajmuje się” i „prowadzi”. A od 13 lutego już go nie ma.
A tuż przed Sylwestrem zeszłego roku odszedł ten, który ozdobił tę książkę słowami.
I wszystkie krasnoludki z tej książki pewnie płaczą, że straciły rodziców i psy w tej książce pewnie wyją smutno, gdy już zatrzaśniemy okładki.
Ale może gdzieś tam Mioduszewski ze Stannym robią TAKIE pisanie i TAKIE rysowanie i może ześlą czasem komuś choć pół swojego natchnienia...
ulubiony Majko-wiersz








[Dziękujemy Zyskowi i S-ce za tych słów zaczarowanych pęk]

środa, 5 marca 2014

166.GDY DYNIA STAJE SIĘ KARETĄ

KATHE RECHEIS, FRIEDL HOFBAUER
„UŚMIECH KSIĘŻYCOWEJ WRÓŻKI”
(TŁ. ANNA TARASKA-PIETRZAK)
ALEGORIA, WARSZAWA 2011
ILUSTROWAŁA ANNETT STOLARSKI

[Alegoria stawia na przekaz artystyczny, wydaje więc książki artyzmem urzekające]

Niektóre mają skrzydełka. Cienkie jak pergamin, przez które widać świat, ale są tak silne, że niosą ku słońcu. Niektóre ubierają się w światło księżyca. Niektóre wyglądają zupełnie zwyczajnie, ale mają czarodziejskie różdżki, którymi mogą czynić dobro lub zło. Niektóre po prostu fruwają wieczorem po dziecięcym pokoju. I są tylko po to, żeby bawić. A niektóre chcą naprawiać świat. Jedne mają skośne oczy. Inne za pomocników obrały małpy. A jedną mama zamieniła w świnkę, żeby znalazła prawdziwą miłość.
Ale wszystkie mają coś wspólnego – nie pochodzą z tego świata i jeśli w tym świecie się znalazły to po to, by zmieniać bieg czasu, albo zatrzymywać ziemię.
Wróżki.
Są po to, żeby ludziom ułatwiać życie. Albo po to, by młodzieńcy się nich zakochiwali bez pamięci. Albo po to, by rzucać złe czary. Na szczęście, jeśli jedna rzuca czar w kolorze czarnym, to zawsze znajdzie się taka, co ma białe dłonie.
Tak, jak koty chodziłypo całym świecie, tak samo wróżki – widziano je w Anglii, gdzie maleńka elfia dziewczynka przynosiła piękne sny, widziano je w Chinach, gdzie biedny Liang oddał duszę kwiatom, a zyskał miłość, widziano je w Portugalii, gdzie najmłodsza wróżka potrafiła przechytrzyć tę najzłośliwszą, widziano je w Szkocji, gdzie dawały natchnienie poetom i w Sardynii, gdzie zakochiwały się tylko w uczciwych młodzieńcach.
Wszystkie bez wyjątku piękne – i paradoksalnie im bardziej zatrute serce, tym bardziej fascynujący ich wizerunek. To kolejne ilustracje Annett Stolarski, które wzbogacały moją lekturę – łatwiej mi było teraz na nie patrzeć, łatwiej od razu dostrzec w nich to, co niepokojące i niejednoznaczne – obok rumianych, roześmianych, pospolitych twarzy, te niepokojące, ciemne, mroczniejsze.
I zadziwia mnie, że kilka kresek więcej, lub kilka mniej i już klimat się zmienia, już się skacze do innego kraju, już oczy w swej skośności unoszą się do góry, albo włosy, rudawe, opadają falami na plecy.
I bajki różne – jedne pełne magii, inne humoru, jedne łatwe, inne drugo-denne.
I uśmiecham się na myśl, że nigdy do tej pory nie czytałam „Kopciuszka” albo „Śpiącej królewny” jako bajki o wróżce – a przecież gdyby nie wróżki, to nie byłoby pantofelka, ani wrzeciona, co przyszywa sen do królewny na sto lat... Takie postacie drugoplanowe, szare eminencje, które znikają w blasku korony, albo w fałdach balowych sukni młodych dziewcząt, o których nikt nie pamięta, oślepiony blichtrem sali balowej i zazdrośnie spoglądający na zaloty księcia.
Ale każda z nich się uśmiecha – czasem do księżyca, a czasem tylko do dyni, która może się stać karetą. Uśmiecha się i to wystarczy...










[Dziękujemy Alegorii, że dzielą się z nami swoim pięknem]