Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 22 marca 2014

169.ŻE WIOSNA, ŻE POEZJA

JAN BRZECHWA
„OPOWIEDZIAŁ DZIĘCIOŁ SOWIE”
WILGA, WARSZAWA 2013
GRUPA WYDAWNICZA FOKSAL
ILUSTROWAŁA HA-GA

Na dzień 21 marca przypada Światowy Dzień Poezji, ustanowiony w 1999 roku przez UNESCO.
I wiosna przypada, a właściwie przychodzi.
Z zimą w przelocie podają sobie ręce i rozsiada się na tronie i postanawia, że będzie ciepło i już tylko cieplej, cieplej i najcieplej – do lata.
I tak sobie myślałam, że trzeba by jakoś tę wiosnę wprowadzić w nasze skromne progi, zauważyć jej przyjście, z poezją posadzić, herbatą poczęstować. Szukałam na półce Majki jakiegoś wiersza o wiośnie, co by od razu jakoś je ze sobą ożenić i wiosnę i poezję i te pieczenie upiec, co w przysłowiu. No albo w ostateczności jakimś zabłysnąć nazwiskiem modnym, trendy i nie-passe. Że niby my bywałe, że w kręgach poetyckich się kręcimy jak frygi, że z pamięci wiersze cytować umiemy (tak, jakieś dwa czy trzy nawet, w tym „Inwokację”, którą powtarzałam Majce w początkowych miesiącach jej życia, gdy o 3 w nocy otwierała oczy i nie chciała ich zamknąć - no do 6 choćby...).
Ale nie, będzie staropolsko i najzupełniej w świecie staroświecko.
Bo jednak ulubiona poezja moja to klasyka.
I najnudniej na świecie powitam wiosnę i uczczę poezję pisząc o wierszu, który ze dwa wieczory (tak, dla lubowania się w tym tekście rozłożyliśmy na dwa czytania!) Majkę kołysał do snu.
Będzie o Brzechwie.
Ale o Brzechwie nie byle jakim, bo o Brzechwie z głębi pamięci.
Bo coś tam pamiętałam.
Że był sklep. Że ten sklep był w lesie. I że ryś był sprzedawcą. I że byli dobrzy i źli. I że na pewno, na pewno to było wierszem. I co jakiś czas to wspomnienie do mnie wracało. Mgliste. Jak kolor ulubionych spodni z dzieciństwa. Jak melodia, z której pamięć wycina tylko dwa dźwięki. Jak „chciałabym wiedzieć, ale bez tej wiedzy żyć będę”. Pojawiało się to wspomnienie i znikało. Nie szperałam zanadto.
Aż tu dnia pewnego dorwałam „Opowiedział dzięcioł sowie” w nowym wydaniu, ale takim jak kiedyś...
I rzeczywiście. Rzecz jest o tym, jak wilk zakłada sklep w lesie. Ma na imię Barnaba, jest sprytny i niestety „na ladzie co najgorszy towar kładzie” (dlaczego wilki zawsze muszą być w bajkach „te złe”?). Potem powstaje drugi sklep, który zakłada ryś Bazyli. Ale wcale nie jest lepiej, bo „Bazyli skórę łupił”. Jednakowoż w lesie nie było żadnego uczciwego sprzedawcy, żadnego taniego sklepu, więc wilk się bogacił i ryś się bogacił, a z nimi lis Mikita – dostawca. Na szczęście w lesie mieszkał niedźwiedź Błażej. Taki „niby prezydent”, co zwołał „niby sejm” i wygłosił orędzie i sprawił, że wszystkie dobre zwierzęta wzięły się do roboty i stworzyły SKLEP SPÓŁDZIELCZY. Jest nawet reklama – dwie kukułki latają po lesie i wołają, że w sklepie spółdzielczym jest WSZYSTKO przez duże „eW”. Koniec wyzysku, koniec potrzasku.
Wszyscy zadowoleni, źli z lasu wygnani, sielanka.
Dziś może z przymrużeniem oka patrzę na ten tekst, ale ciągle ciągnie jakąś strunę ukrytą wewnątrz mnie, bo to poezja z serii – dzieciństwo i sklep spółdzielczy, w który na pewno się bawiłam.
Majka słucha. A Tata Majki stwierdził „Fajnie się to czyta!” i czytaliśmy dwa wieczory.
Niech to będzie reklamą. Nowomodną, bo w internecie.




(dla porównania w wersji JMSzancerowskiej z „Brzechwa dzieciom”)



2 komentarze:

  1. I ja lubiłam tę wersję. Bo tej szancerowskiej to się trochę bałam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fakt, jest trochę straszna, mroczna :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...