Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 21 sierpnia 2015

274.TRIP: MIEJSCA

[Ostrzegam – to będzie długi wpis, ale długa też była nasza wycieczka]


Wakacje były nam potrzebne. Od codzienności, od rutyny, od siebie samych, jakimi jesteśmy każdego dnia. Nawet od bloga, bo ostatnio bałam się, że wyczerpią mi się słowa i zostanę bez języka. Planowałam, szperałam, węszyłam – lubię to. Te nocne przeglądanie przewodników i wpisywanie w wyszukiwarkę „Szczecin z dzieckiem”, żeby odnaleźć idealne miejsca, żeby móc chłonąć i zachłystywać się. To przedsmak wakacji, to chwile, gdy już myślami odlatuję w krainy, w których jest spokój i jesteśmy tylko my – Rodzina, bez żadnych obowiązków, prócz bycia razem.

Nasz trip miał wypełnić szczelnie dwa tygodnie urlopu. Miał być polski, bo „cudze chwalicie...”. Miał być różnorodny.

1. CHATA MIŁKOWSKA – Nasz hit!
Chata Miłkowska była pierwszym nienaruszalnym punktem wyprawy. Znalazłam ją dzięki Zakamarkom i konkursowi. Nie wygrałam, ale zarezerwowałam miejsce. Wstrzeliłam się cudem jakimś w dwie noce, gdy pokój niebieski stał pusty – dla Nas.
To miejsca magiczne. Pełne dobrej energii, dobrych ludzi (pani Paulina, która prowadzi Chatę jest ostoją spokoju i dobrych pomysłów – krążą legendy o poszukiwaniu skarbów w miłkowskim ogrodzie, które organizuje, a panie kucharki to takie dobre ciocie, które nikogo nie wypuszczą głodnego). Duży dom z pięknym naszym niebieskim pokojem, ze stołówką (jest kominek, więc zimą pewnie się w nim pali; są tam gry, zabawki dla dzieci, telewizor), z wielkim ogrodem. A w ogrodzie cuda – piaskownica, basenik, huśtawka… A dalej – stajnia i koziarnia i królikarnia… Jest ten leniwy rytm dnia, gdy możesz po prostu być, cieszyć się słońcem, musisz tylko otworzyć jedno oko, by pójść na śniadanie i drugie, by pograć w kometkę. Są stałe punkty dnia – rano doi się kozy (na śniadanie mleko od kóz i twarożek i jogurt kozi), a wieczorem idzie się na łąkę nazrywać trawy, żeby móc pokarmić nią króliki. Zwierzęta są na wyciągnięcie ręki, bo przecież cały czas biegają nam między nogami Feta i Mikser. Mikser nie lubi być głaskany, ale Feta poddaje się małym dziecięcym dłoniom z anielską cierpliwością. Dla Majki kontakt z psem, tak bliski i mocny, to było coś jak dotknąć tęczy – obserwowałam ją z boku, gdy tuliła twarz do psiego pyska i widziałam bezdenną miłość, zaufanie, ponadgatunkowe porozumienie bez słów – piękne. Albo ten pisk, gdy stado królików podbiega i podgryza Ci sandały – bezcenny! 
Było pełne obłożenie – 17 osób (10 dorosłych, 7 dzieci). Czułam się jak w wielkiej rodzinie – bez tłoku, a Majka szalała z nowo poznanymi koleżankami.
Nie musieliśmy nigdzie jechać, wychodzić – wszystko było tam, na miejscu. Spanie, jedzenie – pyszne!!!, rozrywka, książki… I ta radość, gdy pani Paulina pozwoli dać kozie pomidora. I kłosy zboża we włosach. I wózeczek, którym ktoś z dorosłych obwiezie po ogrodzie. I oczekiwanie na wąż ogrodowy, który pani Paulina położy na środku placu, z którego puści fontannę wody i można będzie ścigać się z kroplami. Nie trzeba wiele – odpoczęliśmy tam najlepiej, najmocniej, choć to tylko 2 noce (na dłużej się nie dało - miejsca już były zarezerwowane). Już marzę, żeby pojechać tam jesienią, na grzyby i głaskanie Fety.

Chata Miłkowska
Miłkowo 61 D
64-720 Lubasz









2. SZCZECIN – Najbardziej zaskakujące tripo-miejsce
Szczecin pojawił się, bo w Szczecinie mieszka najlepszy wujek na świecie – mój Brat, Artur. Pojawił się, bo odkąd wujek wyprowadził się tam 3 lata temu, wciąż coś nam przeszkadza, by bywać tam regularnie. Pojechaliśmy do wujka, a znaleźliśmy kilka miejsc, które sprawiły, że oczy przecieraliśmy ze zdumienia.

Galeria Tworzę się! Była na mojej liście miejsc pod nazwą KONIECZNIE! BEZWZGLĘDNIE!
Przede wszystkim dlatego, że to miejsce dedykowane specjalnie Dzieciom i Młodzieży. Nie byłam dotąd w tego typu Galerii. Trafiliśmy akurat na wystawę Dźwiękowy Plac Zabaw. Zabawa dźwiękiem w każdej postaci – od instrumentów samoróbek, na których można było grać (popularne butelki z wodą i grzechotki z ryżem, ale i skomplikowana konstrukcja z plastikowych rur) poprzez Bum Bum Rurki (z których Majka wolała jednak układać labirynty i ścieżki) po genialną instalację komiksową – w ciemnym pokoju plansze ilustrujące wyprawę w kosmos i fotorezystory… Kto nie wie co to – musi się wybrać do ciemnego pokoju w Galerii Tworzę się! - koniecznie z latarką, bez tego nie ma zabawy. My jednak utknęliśmy na długo w innym ciemnym pokoju – z czterema sześcianami w dwóch kolorach – gdy się je przestawiło, grały co rusz inną muzykę. Przestawialiśmy ile wlezie, układaliśmy na sobie, obok, naprzemiennie… I tańczyliśmy z latarkami do sześcianowych bitów.

TWORZĘ SIĘ  (galeria sztuki dla dzieci i młodzieży)
pl. Żołnierza Polskiego 2
70-551 Szczecin
(budynek 13 muz, wejście od ul. Tkackiej)



Wyszliśmy z galerii i trafiliśmy w inne miejsce, które okazało się miejscem niezwykłym. Pewien młody pedagog w poszukiwaniu alternatywnych, niestandardowych metod nauczania, trafił na klocki. Zapałał do nich miłością namiętną wręcz, szuka ich po całym świecie i sprowadza do Klockarni. A tam nie dość, że je sprzedaje, nie dość, że robi warsztaty, urodziny i półkolonie, to pozwala się nimi bawić. Ot tak – możesz wejść do wielkiego pomieszczenia, gdzie pod ścianami stoją pudła z klockami (różnymi, różniastymi – są zwykłe drewniane, są Geomagi, plus plusy i lego i całe mnóstwo takich, o jakich nawet nie wiedziałam). Możesz składać, możesz budować. Buty możesz zostawić w szatni i usiąść na podkładce, albo przy stole, albo wprost na podłodze. Niesamowite miejsce. Majka nie chciała wychodzić. Ja też. Tata Majki budował konstrukcję i zapomniał, że zmierzaliśmy na obiad. Wielkie brawa dla pana Krzyśka – cieszę się, że przypadkiem do niego trafiliśmy.

Baw się i buduj – klub kreatywny dla dzieci w wieku 4-12 lat (Majki nie wyproszono, choć 4 nie ma)
Szczecin, ul. Tkacka 55



Odwiedziliśmy też Muzeum Techniki i Komunikacji – fajne miejsce, pełne starych aut, autobusów i drewnianych tramwajów, do których można wsiąść. Jest nawet symulator jazdy tramwajem. A w tym samym budynku, na piętrze prześwietna kawiarnia dla dzieciaków – Cafe Niebko. Niebko, bo jest pod niebem – ma duży taras, gdzie można poskakać na trampolinie, można pojeździć na rowerze, pokopać w piasku (widzieliście drugą kawiarnię piaskownicą???), albo w czasie upałów wziąć udział w bitwie na balony wodne (ja pozostałam przy zraszaczu, którym zraszałam się z wielką przyjemnością). Dobre jedzenie, przygotowywane na miejscu ze świeżych składników. I lemoniada ziołowa :-) I domek, i książki, i zjeżdżalnia.

Muzeum Techniki i Komunikacji
- Zajezdnia Sztuki w Szczecinie

ul. Niemierzyńska 18A
71-441 Szczecin
W budynku muzeum działa Cafe Niebko





W Szczecinie urzekł mnie jeszcze pewien zakątek w Ogrodzie Różanym (popularnie zwanym Różanką) – przy samym wejściu jest Różankowa biblioteka. Możesz z małego domku, przypominającego ul, wziąć książkę – poczytać na miejscu, zabrać na 6 tygodni do domu, albo wziąć na zawsze, w zamian przynosząc inną. A obok kilka stołów, pokrytych tablicą i można tworzyć kredowe malunki.
Fajne miejsce – czytałyśmy „Supła” z serii Poczytaj mi mamo – wzięłyśmy ze sobą, prześlemy w zamian coś innego – Supeł spodobał się zbyt mocno, żeby go tam zostawiać.

Na koniec szczecińskiej wycieczki nie mogę pominąć wizyty w Zoo w Eberswalde. Ze Szczecina jechaliśmy niecałą godzinę. Genialne miejsce! Świetnie zaaranżowana przestrzeń, ogromne wybiegi dla zwierząt, przemyślane konstrukcje do ich obserwacji (można podziemnym tunelem wejść do szklanej klatki lwa – role się odwracają, bo teraz to my jesteśmy w klatce i obserwujemy się wzajemnie!), doskonałe place zabaw – z kilku desek wielkie czary-mary – tunele, wieże, huśtawki i ścianki wspinaczkowe, można karmić kaczki, osły, a nawet niedźwiedzia. Można zajrzeć pod ogon pingwinowi i przywitać się z szopem praczem. Największe wrażenie zrobiły na nas nietoperze – gdybym chciała mogłabym je pogłaskać, latały nad naszymi głowami, rozpościerając skrzydła, prezentując się w całej okazałości – bez tajemnic. Za to niektóre z małymi na brzuchu, co rozczuliło mnie dokumentnie (i ciocię Pati, u której w brzuchu mieszka aktualnie Franek).

Zoo Eberswalde
Am Wasserfall 1
16225 Eberswalde




3. WROCŁAW – Oprócz krasnoludków upał…
Zgodnie stwierdziliśmy, że człowiek czuje się jednak najlepiej tam, gdzie się urodził. Przyszliśmy na świat nad morzem i morskim powietrzem oddychamy. We Wrocławiu się dusiliśmy, nie mogliśmy złapać tchu. Fakt – upały, ale upały na Wybrzeżu mają w sobie lekką mgłę, ten niepowtarzalny zapach, wietrzyk, delikatniutki w każdym promieniu słonecznym. We Wrocławiu powietrze stoi i próżno szukać w nim smaku soli. Być może dlatego nie cieszyliśmy się Wrocławiem tak mocno, jak innymi miastami. Być może dlatego wrocławskie zoo nie okazało się tak wspaniałe, jak to w Eberswalde, być może dlatego w ogrodzie botanicznym nie dotarliśmy do moich ukochanych hortensji, być może dlatego powiem o nim najkrócej, najzimniej…
Na pewno warto wybrać się do Parku Staromiejskiego.
Świetny plac zabaw, trochę jak z Alicji w Krainie Czarów, nietypowy, choć miał niby zwykłą piaskownicę i zwykłe huśtawki. Tuż, tuż obok placu zabaw wenecka karuzela – staroświecka, z konikami jeżdżącymi w górę i w dół, cukierkowa i za 2 złote. Szał, galop i jeździ nawet dla jednego dziecka…

I Polinka – małe cudo, którego zazdrościmy wrocławskim studentom. No ale studenci sami ją sobie stworzyli. Nie chciało im się przechodzić mostami nad rzeką z jednego wydziału na drugi. Nie chciało im się, bo to 20-25 minut wyjęte z życiorysu. Pogłówkowali, zbudowali kolejkę linową – kolejka jedzie/sunie nad wodą coś około 2 minut. Zarabia na turystach (i pewnie na jakichś unijno-rządowych dopłatach), bo studenci jeżdżą za darmo. Polinka to dobry sposób na sprawdzenie, czy Dziecko lubi bujać w przestworzach, czy nie przerażają go chmury – w razie czego na 2 minuty można zakryć mu oczy i opowiedzieć bajkę, a wracać już tramwajem lub na piechotę. My jechaliśmy dwa razy – w tę i z powrotem, bo Majka była zachwycona.