Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 28 czerwca 2018

525.CZEMU TAK BARDZO LUBIĘ TĘ KSIĄŻKĘ?


MADLENA SZELIGA
„HORROR”
WYDAWNISTO GEREON, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁA EMILIA DZIUBAK

Mam swoje ulubione narzędzie zbrodni. To mały ząbkowany nożyk, nie większy od obieraka. Nie wierzyłam w jego możliwości. Polecali mi go, ale byłam nastawiona sceptycznie. A jednak… Dobrze, że spróbowałam, bo teraz nie wyobrażam sobie niczego lepszego! Dostaje się do wnętrzności bez problemu. Ciach, ciach, ciach – i po wszystkim! Gotowe! Jest diabelnie ostry i precyzyjny. Moja dłoń już się z nim scaliła, wiem, jak go prowadzić, żeby wszystko poszło bez problemu, jak chwycić, żeby nie zrobić krzywdy sobie. Żeby nie było potem bałaganu. Używam go codziennie. I mam drugi w zapasie, gdy pierwszy leży w zmywarce, która w wodzie o temperaturze 60 stopni Celsjusza z dodatkiem detergentów, nabłyszczaczy i wybielaczy zmywa z niego soki…
Drżą przed nim nie tylko ogórki, rzodkiewki i dojrzałe, mięsiste pomidory, których plasterkowanie sprawiało dotąd tyle problemu. Drżą przed nim nawet cebule! Bo nie potrafią się oprzeć ząbkowanemu ostrzu! Od kiedy mam to maleńkie cudo, nóż nie ześlizgnął się po żadnej z połyskujących warstw na palec.
Nóż do warzyw… Jedna z najważniejszych rzeczy w mojej kuchni (kuchni weganki). Ech, co potrafi taki nóż…! A co potrafi tarka! A co patelnia, co wyciskarka do soków, co drylownica, garnek, zamrażarka! A blender? Brrrrr!!!! Nasze kuchnie pełne są wymyślnych narzędzi tortur. Jak ze średniowiecza! Normalnie „Imię róży” w każdym polskim domu!
Tak, tak! I to na oczach dzieci! Nawet czasem przy ich pomocy („To jak córeczko, pokroisz mi tego banana?”, „Syneczku, może dziś ty zrobisz koktajl z truskawek?”)
Krew, pot i łzy! A raczej sok, miąższ i pestki.
To wszystko znajdziemy w doskonałej książce Madleny Szeligi i Emilii Dziubak pt. „Horror”.
Nie zdążyłam się zastanowić, czy moje dziecko (lat niemal 6), powinno ją oglądać i jej słuchać. Zobaczyła ją, gdy niosłam wielki czarny tom do swojej sypialni, by położyć go obok łóżka i poczyta ć na dobranoc (tiaaaa, horrory na dobranoc…). „Co to, co to? Ale śliczne obrazki! Poczytaj mi, proszęęęę!”. Co miałam powiedzieć? Że nie, bo to nie dla dzieci? No jak to, jak ilustruje jedna z naszych wspólnych ukochanych ilustratorek? Że „jesteś jeszcze za mała”? To brzmi tak strasznie, tak okropnie wykluczająco i protekcjonalnie. Przełknęłam ślinę. Zapytałam „Na pewno teraz? A może jutro poczytamy?” „Nie! Od razu!” - padła natychmiastowa odpowiedź, która nie dawała mi żadnego, absolutnie żadnego pola manewru. Przełknęłam nerwowo ślinę i słabym głosem rzekłam „OK, ale jak ci się nie spodoba, jak się będziesz bała, albo coś, to powiedz od razu, dobrze?”. Podobało się… Bardzo. Z pobłażliwym uśmiechem spoglądała na mnie, gdy pytałam, czy wszystko w porządku i czy się nie boi. „Czego?” - pytała.
No właśnie…
I tu jest kalafior pogrzebany!
To jest książka o strasznych zbrodniach, jakie człowiek popełnia na warzywach i owocach. Gotuje je, obdziera ze skóry, podsmaża, dźga nożem, wrzuca do blendera, zamraża, drąży, dusi… Opisy są takie, że włos się na głowie jeży. Dosadne, mocne, obrazowe… Warzywa jęczą i zawodzą, tracą czucie w poszczególnych częściach korzenia… Ja kulę się i brak mi tchu. A ona? Kolejny raz przekonuję się, że dziecięcy odbiór świata jest zupełnie, absolutnie, totalnie inny! Nagle przypominam sobie, że ona nie wie, że człowiek może zabić drugiego człowieka, że może coś mu odciąć, że może go udusić. A jeśli odsunąć od tej historii kontekst ludzko-ludzki, to okazuje się, że to naprawdę doskonały żart! Że to oczko, puszczone czytelnikowi, że to zabawa na wysokim poziomie. Że Madlena Szeliga jest doskonałą obserwatorką życia i wspaniałym komikiem! Bo na przykład „Sprawa Groszku”: „W maleńkiej kołysce spało smacznie i spokojnie pięć malutkich groszków. (…) Ich kołyska oderwała się od Matki Krzewu. Czuli, jak się unosi. Teraz płacze już cała piątka malutkich dzieci. A mieli przed sobą całe życie.”
Albo „Sprawa Marchwi” - najpierw czyjeś ręce wyciągają ją z ziemi, potem podduszają w plastikowej torbie, potem ją oskalpowano, potem obdarto ze skóry i w końcu pociachano na tarce. „Zbrodni dokonał przykładny mąż i ojciec. Całemu zdarzeniu przyglądała się jego rodzina. Wszyscy byli uśmiechnięci. Nikt nie zaprotestował.”.
A „Sprawa buraka” - ech ta krew, wszędzie krew i trudne do usunięcia ślady zbrodni!
To się właściwie nawet nie da opisać – to COŚ, co jest w tej książce, co sprawia, że jest tak wyjątkowa i niesamowita. No oczywiście poza sprawą, którą widać na pierwszy rzut oka. ILUSTRACJE! Kocham (kochamy!) Dziubak. Jest jedną z naszych „one and only”. Ale tutaj przeszła samą siebie. Tutaj stworzyła dzieło genialne! Związek frazeologiczny „zapiera dech” powstał chyba tak naprawdę po to, żeby opisać ilustracje Dziubak do „Horroru”. I jeszcze drugi „brak mi słów” (oczywiście w znaczeniu podziwiam). No to nic nie powiem. Bo tu nie ma co gadać, tu trzeba patrzeć!
Wciąż zagadką pozostaje dla mnie, po co ludzie czytają/oglądają horrory i thrillery. Ale ja też to uwielbiam! Okazuje się, że nad tym fenomenem zastanawia się także moja córka. Bierze w dłonie „Horror”, wertuje, przygląda się ilustracjom i słyszę, jak mówi pod nosem: „No nie mam pojęcia, czemu ja tak bardzo lubię tę książkę...”. Właściwie – this is it!
No a jeśli jeszcze ktoś się waha, oblicza na palcach wiek dziecka, z proporcji wyciąga dolną granicę użyteczności „Horroru” do spożycia, to powiem takiemu komuś jeszcze tylko dwie rzeczy. Pierwsza to będzie cytat z Zakończenia książki. Cytat autorstwa Madleny Szeligi, która zwraca się bezpośrednio do dzieci i mówi im ja wiem, że wy się nie boicie, bo to wszystko jest przecież zmyślone. „Ale popatrzcie na swoich rodziców. Czy mają dreszcze? Czy włosy stanęły im dęba na głowie? Czy grożą, że pozwą autorkę tej książeczki i jej ilustratorkę? Co zrobić, tacy są rodzice. Pocieszcie ich trochę i zapewnijcie, że wszystko to jest wielką bujdą. Troszkę śmieszną, a troszkę straszną, jak wszystkie horrory.”
A druga rzecz – to słowo finał! Ten suspens, godny największych mistrzów horroru! Tego naprawdę, ale to naprawdę nie można przegapić!









środa, 27 czerwca 2018

524.UCZUCIA W WERSJI XXS



BENJI DAVIES
„CUDOWNA WYSPA DZIADKA”
(TŁ. MAŁGORZATA PIETRZYK)
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2018
ILUSTOROWAŁ AUTOR

BENJI DAVIES
„MÓJ WIELORYB”
(TŁ. MAŁGORZATA PIETRZYK)
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2018
ILUSTOROWAŁ AUTOR

Ale że co? Że maluchy nie mają uczuć, emocji? Że w ich życiu wszystko jest takie słodkie, że aż lepkie? Że nie ma tam samotności, tęsknoty i wielkiego znaku zapytania, gdy nagle brakuje jednej osoby? Że jest zawsze tylko różowo i kolor czarny nie istnieje? Bzdura przecież! Kilkulatek, co czuje, jak dorosły? Pfff… A jednak… Czasem trzeba zejść z piedestału naszych 175 cm wzrostu, zgiąć się wpół i zerknąć na niespełna metr powyżej ziemi. Tam jest jak w ulu! Radość, smutek, tęsknota, obawa, lęk, ciekawość, potrzeba bliskości, zrozumienia, akceptacji… Wszystko to samo, tylko w rozmiarze mini. Ale mini, nie oznacza nieważne. Mini oznacza raczej, że przeżywane zupełnie inaczej, z innej perspektywy (przecież metr nad ziemią widać co innego, niż nad ziemią metry dwa…).
No i co z tym począć, jak to ugryźć, jak to strawić? Lepiej udawać, że nie ma problemu i że dziecko, to dziecko – ma być w swojej dziecięcości tylko szczęśliwe – i już!
W sumie to się nie dziwię, że tak odsuwamy od siebie te dziecięce dramaty. To temat tabu, ale znam przyczynę – jak rozmawiać z kilkulatkiem o śmierci? Jak rozmawiać z kilkulatkiem o samotności? Niby dajemy prawo do odczuwania, ale może lepiej nie za często, nie za blisko nas, bez wymagań. Jeśli już to ten smutek niech trwa tylko kilka sekund i da się ukoić jakąś nową zabawką albo kostką czekolady…. Ale jest jedna osoba, która doskonale sobie poradziła w tej patowej sytuacji – Benji Davies. Taki gość, co mieszka w Londynie z żoną i córką i jak był mały to rysował przy kuchennym stole. I ciągle tam siedzi W kuchni. Rysując. I chyba doskonale pamięta, jak to jest mieć kilka lat i tęsknić...
Narysował (bardziej niż napisał) dwie przepiękne książki dla maluchów. Jedna jest o tęsknocie i samotności, a druga jest o tęsknocie i śmierci.
„Nie będę czytać takich smutnych książek mojemu dziecku!” - już słyszę te głosy oburzenia, gdy księgarka w kameralnej księgarni poleca te książki jakiemuś rodzicowi czy dziadkowi.
A ja wtedy sięgam pamięcią kilka (kilkanaście już?) lat wstecz, gdy w mojej rodzinie kilkulatkowi umarł dziadek. I jego rozpacz, której nie potrafił przeżyć. To nie była rozpacz na zewnątrz. To była rozpacz w środku, która odgradzała go od świata i sprawiała, że nie umiał żyć. Jakże chętnie wtedy podsunęłabym mu „Cudowną wyspę dziadka”.
To historia wielkiej, ogromnej przyjaźni. „Klucz schowany był pod doniczką i Syd mógł wpadać z wizytą, kiedy tylko miał na to ochotę.” To była tego rodzaju przyjaźń. Wieczna, szczera, wielka. Pewnego dnia Syd odwiedza dziadka, ale nigdzie nie może do znaleźć. Syd już ma wracać do domu, ale w ostatniej chwili słyszy głos dziadka, dochodzący ze strychu. Syd nie był tu nigdy wcześniej. Są tu ciężkie drzwi, za którymi czeka przygoda – statek, który płynie w rejs na piękną wyspę. W dżungli na wyspie jest cudownie, rajsko, bezpiecznie, życie toczy się powoli, życie jest doskonałe. Dziadek mówi Sydowie, że chyba tu już zostanie, że nie wraca. Syd martwi się, że dziadek będzie samotny, ale ten go uspokaja i wskazuje na przyjaciół, których poznali na wyspie – są tu papugi, małpy, żółwie, żaby… Nie, nie będzie sam. Leżak z rozłożoną książką już czeka, obok stoi filiżanka z herbatą. Dziadek po prostu musi odpocząć. A tu jest idealne miejsce, żeby odpocząć. Od życia. Syd wraca sam do domu. Następnego dnia drzwi na strychu już nie ma. Nie ma też dziadka. Ale jest od niego list. Zapewnienie – „mam się dobrze”…
To książka pięknie uspokajająca strach, tęsknotę, ból. Oczywiście, że nie wiem, gdzie tak naprawdę jest dziadek Syda. Oczywiście, że nie wiem, gdzie tak naprawdę jest dziadek tego chłopca z mojej rodziny. Oczywiście, że nie wiem, gdzie są wszyscy cudowni dziadkowie-przyjaciele, którym zachciało się opuścić swoje wnuki. Ale wierzę, że tam, gdzie dobro i gdzie po prostu mogą w spokoju odpocząć. Taką wiarę chcę przekazywać wszystkim smutnym maluchom. Żeby one też wierzyły i smuciły się trochę mniej.





Tęskni się też za tatą, który wychodzi do pracy. Gdy przekracza próg to tak, jakby miał już nigdy więcej nie wrócić! Tak, rozum mówi, że wróci, niania/pani w przedszkolu też to powtarza, sam tata też o tym zapewnia. Chce się uwierzyć, ale jakoś ciężko, jakoś niemożliwie...Gdy tata idzie do pracy, to jest czasem tak, jakby zniknęli wszyscy, jakby nie było już na świecie nikogo. No może czasem sześć kotów. Jak u Noi. Noi mieszka z tatą, który codziennie rano wypływa na połów, zostawiając chłopca samego w domu. To naturalna kolej rzeczy. I rozumem Noi wie, że tak być musi. Ale co czuje sercem? Tęsknotę… Tata wychodzi, a on stoi w oknie i patrzy. Któregoś dnia znajduje na piasku małego wieloryba. Zabiera go do domu. Odtąd nie będzie już sam! Ma przyjaciela, który będzie z nim już cały czas. Będzie zawsze i tylko dla niego! Wieloryb zajmuje całą wannę i Noi czuje, że tata nie będzie zadowolony z tej przyjaźni. Ale cieszy się wielorybem, póki może. Ten dzień jest inny, bo przestaje tęsknić za tatą – opowiada wielorybowi historię wyspy, a wieloryb słucha uważnie. Tylko, że wieloryby nie mogą mieszkać w wannach! Noi to wie. Podskórnie rozumiał wszystko już wtedy, gdy zabierał go na swoim dziecięcym wózeczku z plaży do domu. On i tata wypuszczają wieloryba. A wieloryb pozostanie w myślach chłopca na zawsze. Prawda, że piękna historia? Że można ją czytać na wiele sposobów? I że można dzięki niej wygładzić choć kilka zmarszczek na czole dziecka, oswoić trochę strachów, upewnić, że tata wraca zawsze...




Owszem, to nie są książki pigułki, które się połknie i nagle wszystko będzie dobrze. To nie znaczy, że gdy się przeczyta Benji Daviesa, to nagle dziecko przestanie tęsknić za ukochanym dziadkiem, który odszedł albo będzie mu wesoło, gdy tata będzie szedł do pracy. Ale może będzie mu choć trochę łatwiej? Może choć półgębkiem się uśmiechnie? Jeśli tak, to znaczy, że czar Daviesa zadziałał. Ja pozostaję pod jego urokiem. Więc na XXL też działa.

wtorek, 26 czerwca 2018

523.ZMYSŁ WYOBRAŹNI


A.F.HARROLD
„PRZYJACIEL Z SZAFY”
(TŁ.MARIA JASZCZUROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁA EMILY GRAVETT

Jednym z moich największych życiowych strachów jest ten, że stracę wyobraźnię. Że czytając „Alicję w Krainie Czarów” nagle przestanę się nią zachwycać, krzyknę „Co to za bzdury!” i rzucę ją w kąt. Że w mojej ukochanej pluszowej małpce z dzieciństwa zacznę widzieć tylko kawałek materiału. Że nie będę potrafiła udawać Mistrza Yody w zabawie świetlnymi mieczami. Że gdy ja i moja córka będziemy wracać ze sklepu naszą ukochaną drogą przy ogródkach, trawnikach i drzewach, to nie będę potrafiła zobaczyć w tej alejce dżungli tak, jak dzieje się to teraz. Że zapomnę wszystkich moich wymyślonych przyjaciół z czasów, gdy miałam kilka lat… Teraz jeszcze ich pamiętam, choć było ich przez te lata bardzo wielu. Oczy, ton głosu, to, w czym się najlepiej sprawdzali. Jeden grał ze mną w moim wymyślonym teatrze, jeden był moim partnerem w policyjnych pościgach na rowerze Wigry 3, a jeden po prostu siedział koło mnie, gdy czytałam książkę… I choć od lata nie rozmawialiśmy, to boję się tego dnia, gdy znikną z mojej głowy na dobre. Tak, jak pewien wielki pies zniknął z głowy mamy Amandy…
Amanda ma dziesięć lat, ma głowę pełną pomysłów, jest inteligentna i wydawałoby się, że samowystarczalna. Ale właśnie tego dnia, gdy w mokrych trampkach wchodzi na górę, do swojego pokoju i za nic w świecie nie może rozwiązać sznurówek, gdy w końcu musi je uciąć, bo zaczyna sobie wyobrażać, że inaczej to już na zawsze pozostanie w trampkach i nigdy nie urośnie jej noga (w swoich negatywnych prognozach opiera się na przykładzie drzewka Bonsai, które pokazała kiedyś nauczycielka), tego dnia, gdy wokół niej tworzy się kałuża z opadających z mokrej kurtki kropel, właśnie tego dnia Amanda znajduje w swojej szafie chłopca. Nawet nie jest specjalnie zdziwiona. Od razu robi mu żart. Od razu wie – to będzie jej przyjaciel. Nie szkodzi, że mama go nie widzi. Nie szkodzi, że nie widzą go jej koleżanki i koledzy ze szkoły. Nie szkodzi, że nie widzi go nikt oprócz niej. Czy taki drobiazg jak widzialność może przeszkodzić w przyjaźni? Absolutnie nie! Dlatego Amanda i Rudger zostają najlepszymi przyjaciółmi. W końcu Amanda ma kogoś, z kim dogaduje się niemal bez słów, z kim spędza czas dokładnie tak, jak chce (a nie tak, jak „się powinno”), z kim nigdy nie jest nudno i kto docenia każdy miligram/milimetr jej bujnej wyobraźni. Co robią zwykle mamy, gdy orientują się, że ich dzieci mają wymyślonych przyjaciół? Prowadzą te dzieci do psychologów. Jeśli psychologowie są mądrzy, to mówią po prostu coś w stylu „taki wiek”, „to przejściowe”. Ale czasem zapisują tabletki. Mama Amandy chyba ma gdzieś głęboko w sobie jakieś ziarno wyobraźni, bo wcale a wcale nie przejmuje się tym, że Amanda przyjaźni się z Rudgerem. Przeciwnie. Docenia to, że jej córka rozkwita i jest szczęśliwa. Może zapłacić za to dość niewygórowaną cenę – to jest rozstawianie do kolacji jednego więcej talerza czy zapinanie pasami powietrza w miejscu, gdzie siedzi Rudger. Wszystko jest sielanką.
Do czasu, aż na progu domu Mamy, Amandy, Kuchenki (ich kotki) i Rudgera oczywiście, staje Pan Trznadel. Pan Trznadel przeprowadza ankietę – ile dzieci mieszka w tym domu? - pyta. Ale mama nie bardzo ma ochotę z nim rozmawiać i szybko go wyprasza.
„- A ona wyglądała na smutną. Chyba nie lubi tak z nim chodzić – dodała Amanda i ruszyła z powrotem w kierunku schodów, gdzie czekał na nią Rudger.
- Jaka ona, kochanie?
- No, ta dziewczynka.
- Jaka dziewczynka?” [s.28-30]
I tak to się wszystko zaczyna… Ale czy skończy się dobrze, skoro w prologu czytamy, że Amanda nie żyje…?
W tej książce jest radość, śmiech, zabawa. Ale jest też ból, śmierć, strach, egoizm, pragnienie nieśmiertelności, krzywda, lęk i zapominanie. Jest też przyjaźń – ta najpiękniejsza, bezwarunkowa, dziecięca przyjaźń, która wydaje się być przyjaźnią aż po grób. I oczywiście wyobraźnia – tej jest tu mnóstwo, całe tony. I choć pożera się ją strona za stroną, choć nie można się oderwać, to nie jest łatwa lektura. Pod skórą ma dużo negatywnych uczuć, z którymi trzeba sobie w czasie lektury jakoś poradzić. Przyznaję, że przez Pana Trznadla i Dziewczynkę miałam ciarki na plecach, nerwowo przełykałam ślinę i oglądałam się przez ramię. Rzekłabym, że ta opowieść ociera się o horror! Ale jest tak piękna, tak mądra, tak ważna, tak świetnie napisana, że nie wyobrażam sobie, aby nie podsunąć jej dziecku (no temu ciut starszemu) do przeczytania. Niech gimnastykuje wyobraźnię, niech ją ćwiczy, niech zarzuca wyobraźni największe ciężary! Żeby potem, gdy dziecko dorośnie, umiało powiedzieć, jak miał na imię jego wymyślony przyjaciel sprzed lat. Według Amandy (i Rudgera też) - to gwarantuje dużo piękniejszą rzeczywistość.











sobota, 23 czerwca 2018

522.TATA IDEALNY


ASTRID DESBORDES
„CO MI POWIEDZIAŁ TATA”
(TŁ. PAWEŁ ŁAPIŃSKI)
WYDAWNICTWO ENTLICZEK, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA PAULINE MARTIN

Jaki musi być idealny Tata?
Idealny Tata musi mówić. Odpowiadać na pytania. Rozmawiać. Konwersować. Wyjaśniać. Tłumaczyć. Na każde „dlaczego?”, „po co?”, „jak?” znajduje odpowiedź. Czasem w głowie, czasem w internecie, a czasem w sercu. Ale nie pozostawia unoszących się w powietrzu znaków zapytania. Co najwyżej przesuwa je trochę w czasie, gdy pytanie wymaga studiowania wielu ksiąg, albo gdy akurat wrócił głodny z pracy. Ale każdy dziecięcy znak zapytania zamienia się w kropkę. No czasem w wykrzyknik. To Tata idealny. Ten, co odpowiada, a tym samym poświęca czas.
Idealny Tata musi wiedzieć, że słowa mają moc. Że mogą głaskać albo robić rany – w ciele, w sercu, w głowie. Że to nie tylko zlepek głosek. Że ważą bardzo dużo. I że odpowiedź na dziecięce pytanie może być mapą, która zaprowadzi na drugi koniec świata, może być wyciągniętą dłonią, gdy nie ma już sił iść, może być łykiem wody, gdy wydaje się, że wokół pustynia. Albo czerwonym znakiem STOP, który paraliżuje i zabiera grunt spod nóg. I musi bezbłędnie odróżniać jedne od drugich. Idealny Tata buduje słowami dziecięce poczucie własnej wartości, siłę, wiarę w siebie, motywację i poczucie ważności i godności. Idealny Tata wie, że słowo „niemożliwe!” nie istnieje, bo jego Dziecko może wszystko.
Pamiętacie Archibalda i jego idealną Mamę, która kocha bezwarunkowo? Archibald ma też drugiego wspaniałego Rodzica – idealnego Tatę.
Pewnego dnia chłopiec pyta, patrząc na jaskółki, przylatujące z drugiego końca świata: „Czy ja też będę mógł wybrać się tak daleko, kiedy dorosnę?”.
Jaka jest odpowiedź Taty idealnego? „Oczywiście, a nawet jeszcze dalej!”.
Archibald wyobraża sobie ten ogromny świat, ten bezkres i budzą się w nim wszystkie lęki małego chłopca. Wielki wiatr, wielkie fale, błoto, szeroki strumień, pioruny, a w końcu ciemność, strach i samotność. Ale Tata jest obok, Tata czuwa. Tata jest przecież idealny. Więc pewnie przełyka ślinę, cicho, żeby Archibald nie usłyszał w jego głosie tej nutki niepewności, strachu, lęku o własne dziecko, tej obawy przed piorunami, błotem, szerokim strumieniem, ciemnością i samotnością jego syna. I mówi. Mówi z pełną wiarą – dasz radę! Pokonasz wszystkie przeciwności! Wystarczy znaleźć dobry sposób. Fale? Przecież to tylko woda. Noc? Po niej zawsze nadchodzi dzień. Szeroki strumień? Wystarczy dobry rozbieg.
„- A jeśli poczuję się mały? - pyta Archibald.
- Jeśli poczujesz się mały – odpowiada tata – poszukaj wielkości w sobie.”
Jednocześnie idealny Tata wie, że na razie to są marzenia, że Archibald to mały chłopiec, który jeszcze nie wie, co będzie robił w życiu, że upewnia się tylko, czy ma możliwość, by podróżować na drugi koniec świata, ale póki co, woli trzymać za rękę tatę i spać we własnym łóżku. Dlatego zapewnia, że synek ma jeszcze dużo czasu, całe życie, że chłopiec nie musi się spieszyć i już pakować plecaka. Że na razie ma dzieciństwo – a tu od odganiania strachów, nocy, błota, samotności czy piorunów jest on – Tata idealny.





środa, 20 czerwca 2018

521.PO CO CI MAKI I NIEZAPOMINAJKI?


DANIEL CHMIELEWSKI
„MIASTO ZŁOTEJ”
TADAM, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA MAGDA RUCIŃSKA

Wyglądam przez okno. Widzę wysoką budowlę. Będzie nowy market. Blisko, na wyciągnięcie ręki. Będą towary na półkach, będzie tanio. I kolorowo. Market, którego jeszcze nie ma, już zjadł przestrzeń. Tam, gdzie teraz powstaje, była zieleń. Tak niedawno szłam tamtędy z Majką i zrywałyśmy kwiaty i trawy do zielnika. Nie ma kwiatów. Nie ma traw. Wszystkie czterolistne koniczyny zginęły zalane betonem, przebite prętami uzbrajającymi. Deweloper nie kupił zielni. Kupił szarość. Żeby pomalować ją we własne kolory. Na zieleni się nie zarabia. Przełykam głośno ślinę i zamykam okno. Smutno mi…

W takim mieście mieszka Złota. W betonowym. Pełnym płaskich dachów, prętów, szorstkości ścian bloków mieszkalnych. W labiryncie ulic i uliczek. Gdzie miejsce na oddychanie jest ściśle wydzielone. Budynki wyznaczają trasę codziennych spacerów. A ta trasa wciąż się zmienia. Dlaczego? Bo powstają nowe, rozpychają się szarymi ścianami, szukają miejsca dla siebie, anektują kolejne centymetry przestrzeni. Czy kiedyś będzie tak, że nie starczy już miejsca na Złotą? Ale Złota jest w tym mieście szczęśliwa. Ma swój świat, swój rytm, kocha zapach rozgrzanego betonu, przyjaźni się z Lalką Tiną i Misiem (dlaczego nie ma tam prawdziwych ludzi? Czy przyjaźń też jest sztuczna i „wyprodukowana”? A może są, tylko tak pogubieni w tym betonie, że nie sposób ich znaleźć?). Pieniądze pojawiają się znikąd (Miś zawsze je ma), jedzenie za te pieniądze też pojawia się znikąd. Zamknięte w plastikowych pojemnikach papki. Do podgrzania, nie gotować!, bez smaku, bez zapachu, po prostu wypełniające żołądek – nie przyjemnie, syto. Dlaczego Złota tak ukochała to miejsce? Dlatego, że nie zna innego. Nie wie, że można mieszkać w drewnianym domu (drewno? a co to jest drewno?), że można uprawiać rośliny, że jedzenie rośnie najpierw w ziemi, trzeba je podlać, zadbać o nie, by potem wyciągnąć ziemniaka, marchewkę, seler, pietruszkę (co to za dziwne słowa! czy zmyślasz je na poczekaniu?). Jest w tym mieści od zawsze, nie przychodzi jej do głowy, że może być inaczej! Po prostu – taką zastała sytuację, tak nauczyła się żyć. I czerpie radość z tego, z czego tylko się da. Jak może uwierać coś, o czym się nie wie, że istnieje? Więc te sklepy – och, jak dobrze, że są! W każdej chwili można podejść, kupić coś do jedzenia, gdy się zgłodnieje na wycieczce po tych zagmatwanych labiryntach. Pieniądze znajdą się w futrze misia (w bankomacie!). Życie bez niespodzianek, choć nie bez przygód. Jest dobrze, jak jest.
I nagle…
„Tina odwraca się do Misia i Złotej.
- Widziałam inną dziewczynkę!”
Właśnie tak zaczyna się zmiana. Od cienia innej dziewczynki. I od zielonego nasionka…
Ta książka mną wstrząsnęła! Rozmawiałyśmy o niej z Majką długo.
O czym jest? - zastanawiałyśmy się.
O człowieku, który niszczy. O tym, jak zawłaszcza przestrzeń i zmienia ją, kierując się własną wygodą. O tym, jak tłumaczy, że będzie lepiej, ekonomiczniej. Sklep na każdym z czterech rogów jednego budynku jest potrzebny! Ba! Niezbędny! Sklep w którym możesz kupić sztuczne jedzenie o smaku prawdziwego. Nie musisz pamiętać, jak nazywają się poszczególne warzywa (warzywa, a co to takiego?) - są tam wszystkie, zmielone, przetworzone, upaćkowione. Żeby nawet nie trzeba było gryźć. To też zrobimy za ciebie. Doskonale wiemy, co jest dla ciebie lepsze. Po co ci niezapominajki? Maki? Kaczeńce? Przecież ich się nawet nie je...
Gadamy o wycinaniu drzew. O tym, jak nie ma czym oddychać. I jak wichury, niezatrzymane przez korony, gałęzie i pnie, niszczą domy.
Gadamy o rozgrzanym asfalcie, który przykleja się do butów. O skórze zdartej do krwi od słońca, o tym, że nie ma gdzie się przed tym słońcem schować.
Gadamy o tym markecie, który powstaje za naszym oknem. Patrzymy w zielnik. To już historia… Łza kręci się w oku…
To mocna książka. Piękna, wzruszająca, doskonale napisana i zilustrowana, ale mocna. Oczywiście można ją czytać jedynie jak książkę przygodową (wtedy trzyma w napięciu – czy Złota odnajdzie inna dziewczynkę? Czy znajdzie swoich przyjaciół, z którymi rozdzieliła się podczas poszukiwań? Czy ucieknie przed betonem, który chce ją zmiażdżyć?), ale można jak alegorię, jak przypowieść, jak poezję. O tym, jak zalewa nas beton i że niedługo nie będziemy mogli się ruszyć, bo nasze stopy w nim zastygną.
Ale w tej książce jest nadzieja, naprawdę mnóstwo nadziei. Bo nasionko jest małe, niepozorne, zmieści się między jedną a drugą płytką chodnikową, w wąziutkiej szczelinie, zapuści korzenie, sięgnie pod beton, rozprzestrzeni się. Bo może jeszcze jest czas? Bo może ogrody na dachach domów przywabią pszczoły? Bo może, gdy Złota już wie, że może być inaczej, to przestanie się przyjaźnić z betonem?