Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 26 czerwca 2014

198. GDZIE PRZESŁAĆ?

HERVE TULLET
KOLORY”
BABARYBA, WARSZAWA 2014
[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]
Szanowny panie Tullet!
W pierwszych słowach mego listu pozdrawiam Pana serdecznie i zapytuję o zdrowie Pana. Pytam nie bez przyczyny – przyczyną jest egoizm w czystej postaci. Bo gdyby, co nie daj Boże, był Pan zmęczony, gdyby chciał Pan zrobić sobie jakieś wakacje, albo gdyby, co rzecz nie do pomyślenia!, miałby Pan jakiś skurcz nadgarstka, bądź twórczą niemoc, byłabym zgubiona! Nie byłoby bowiem nowych książek Pana, a ja nie mogłabym podziwiać Pańskiego geniuszu.
Znów udało się Panu zaskoczyć nas, znów udało się Panu wywołać salwy śmiechu, słyszane zapewne u sąsiadów na samym dole (a nadmieniam, że mieszkamy na czwartym piętrze). Znów udało się Panu zaprosić nas do wspólnej zabawy, zaczarować.
Tym razem poświecił Pan książkę zagadnieniom kolorów – zdawałoby się, że w tej kwestii już się więcej nie da powiedzieć, że już wszystko wiadomo, bo od wieków znane są kolory podstawowe, a ich mieszanie wciąż przynosi to samo – czerwony z niebieskim – róż, niebieski z żółtym – zieleń, a żółć i czerwień dają pomarańcz – cóż odkrywczego można jeszcze w tym zestawieniu dodać? Jak przekazać to dzieciom, żeby dostrzegły ten magiczny potencjał i chciały unurzać dłonie w farbie? Pieski, kotki, dinozaury, postacie znane z bajek i te zupełnie nowe – wszyscy próbują wciąż i wciąż, a jednak temat kolorów pozostawał dotąd statyczny. Aż do czasu publikacji Pana, która, jak zwykle zresztą, zmieniła moje patrzenie na ten problem. Wiadomo, że Majka nie raz już farbami była umazana po łokcie, wiadomo, że organoleptycznie badała ich właściwości, jednakże w taki sposób nie umiałam jej pokazać kolorów. Nie wiedziałam, czy zrozumie zasadę, czy będzie wiedziała, co trzeba zrobić, żeby kolorowe kropki zmieniły kolory pierwotne, żeby uruchomić proces magiczny – ale ona poradziła sobie świetnie! Jakież było jednak jej zdziwienie, że umoczony w farbie palec, pozostaje czysty – za każdym razem to sprawdza i za każdym razem jest nie mniej zdziwiona (a rodzice, którzy wolą czystą zabawę farbami będą wprost zachwyceni). Wiadomo – dla nas to dopiero początek zabawy, to start, a nie meta – teraz trzeba będzie sprawdzić na żywych, lejących się farbach, które robią mnóstwo bałaganu, czy rzeczywiście mówi Pan prawdę, czy można zaczarować dłonie samą tylko siłą woli i czy w każdej, nawet tej najmniejszej, drzemie ręka artysty. Pozwalam sobie na daleko idący optymizm (kierowana dotychczasową z Panem znajomością) i wiarę, że w istocie – każda dłoń ma w sobie moc sprawczą, której poddają się kolory.
Pytam więc, wielce zobowiązana, gdzie przesłać te Majki uśmiechy? Gdzie przesłać to zdziwienie, wyrażające się wielkimi oczyma, na wpół otwartą buzią, gdzie przesłać nieustanne, nie znoszące sprzeciwu „Jeszcze raz!” i liczenie do 5 z zamkniętymi oczami?
Z poważaniem,
pełna podziwu, zazdrości, oddania i wdzięczności
fanka marpil








[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem]

środa, 25 czerwca 2014

197.KAŻDY Z NAS TO WYJĄTEK

TOON TELLEGEN
URODZINY PRAWIE WSZYSTKICH”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA EWA STIASNY

[Dwie Siostry- dwa razy więcej radości!]

To, że istniejemy jest cudem. To, że mamy oczy, włosy, nos, że jedyne w swoim rodzaju linie papilarne, że serce nam bije, że stopy noszą… Szansa, że my to będziemy my wynosiła 1:jakichś ładnych paru milionów. Chyba właśnie dlatego świętuje się urodziny – po to, by dać upust nieprzebranej radości, że to właśnie my zobaczyliśmy świat.
W lesie – nie inaczej. Schemat ten sam – tort, tańce, prezenty. I w lesie – nie inaczej, każdy jubilat chce obchodzić je po swojemu. U ludzi jedni wolą pikniki, z własnoręcznie upieczonym ciastem i grami zręcznościowymi, inni szykują przyjęcie z motywem przewodnim z ulubionej bajki, jeszcze inni prowadzą swoje dzieci do centrum handlowego na urodziny zorganizowane przez „kącik zabaw” – co kto lubi (i na czym się zna). Najważniejsze jednak, by takie urodziny wyrażały osobowość „urodzinowca” – wiadomo, że to on w tym dniu jest najważniejszy, że to jemu składa się dobre życzenia i pokłony i jeśli kocha ruch i zabawę, to nikt nie posadzi go za pięknie nakrytym stołem – da mu do ręki lizaka na patyku i puści w świat, żeby krzyczał ile lat kończy.
Pamiętam, jak kiedyś dostałam od kuzynki kartkę urodzinową z wymyślonym przez nią wierszykiem, który zaczynał się od słów „Urodziny to dzień miły”. I to jest chyba sedno sprawy – ma być miło!
A żeby było, to każdy musi mieć prawo, do świętowania swojego dnia po swojemu.
Tak więc Konik Polny może kupić sobie w sklepie z urodzinami, który właśnie otworzyła ryjówka, nieokiełznane urodziny, a Meszka może prosić, by nikt nie śpiewał, nie tańczył i nie świętował, tylko niech każdy zostawi ziarenko cukru po drzwiami. A mój ukochany Słoń może zrobić urodziny na drzewie.
Jedni chcieliby dostać skrzydła (Żółw), inni ogłuszające kumkanie (Żaba), a jeszcze inni dostają w prezencie czas (Jaszczurka). Genialnym posunięciem, jest wręczenie komuś paczuszki z dyskretną, acz elegancką karteczką – „W środku są twoje urodziny. Pewnie o nich zapomniałeś.”. A jak pięknie wygląda Las, gdy ma urodziny! Przychodzą wszyscy i żeby żadne z miejsc w lesie nie było poszkodowane, obchodzi się je wszędzie – po całym lesie rozkłada się prezenty – na przykład nowy mech i parę strumyczków.
Ale żeby właściwie obchodzić urodziny, najlepiej zapisać się do szkoły Wróbla, który pod topolą udziela lekcji obchodzenia urodzin – uczy na przykład jak przyjmować prezenty, cieszyć się z nich, a potem odkładać za siebie na ziemię, by przyjść kolejne.
Niektórzy podczas swoich urodzin zasypiają, inni się ich boją, a jeszcze inny je „odfajkowują” – szast, prast, zatańczyć, zaśpiewać, zjeść – i po krzyku!, jedni się cieszą, inni są posępni i o posępność proszą swoich gości.
Ale każdy jakoś świętuje – w hołdzie dla swojej szansy na życie.
Czy ja już wyznawałam, że kocham Tellegena? Że jego krótkie historyjki sprawiają, iż głośno chichoczę w środkach komunikacji miejskiej? Że podziwiam jego talent do snucia opowiastek, do układania tych bzdurek, które czasem mają sens głęboki jak studnia, a czasem są po prostu historyjkami do uśmiechu? Że to fantastyczne, że w jednym Lesie mieści Hipopotama, Słonia, Prosię Ziemne, Bizona, Popielicę i Kozioroga Dębosza (co prawda to nie jego zasługa, że tu mieszkają, bo to jego córka wymyślała, o kim tym razem chce usłyszeć bajkę, ale jego zasługą jest, że tak dobrze ten Las umeblował)? Że mamy tak zbieżne poczucie humoru i estetyki? Że zazdroszczę jego córce takich bajek na dobranoc? I czy już wspominałam, że nie wyobrażam sobie Tellegena bez Ewy Stiasny? Że tylko jej pozornie niedbała kreska, szaleństwo farb i chaos linii pasuje do Słowika, który świętuje swoje urodziny za murem, do Popielicy, która przez roztargnienie zamiast tortu upiekła na urodziny nos i do Wszystkiego, które jak wszystko, ma od czasu do czasu urodziny…? 








[My dwie i one dwie – Dwóm Siostrom kłaniamy się w pas w podziękowaniu za egzemplarz]

196.ZAKAMARKOWA ZAPOWIEDŹ

LOTTA OLSSON
SENS ŻYCIA”
(TŁ. AGNIESZKA STRÓŻYK)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2014
ILUSTROWAŁA MARIA NILSSON THORE

[Zakamarki – gdzie modzie i sztampie mówi się wielkie NIE!]

Pewnego dnia Mrówkojad zadaje Orzesznicy pytanie – Co by było, gdyby mnie nie było? Pytanie jest tylko z pozoru bez sensu, ma w sobie filozoficzną głębię – bo czy ktoś w ogóle zauważyłby, że nie ma Mrówkojada? Czy powstałaby po nim w świecie jakaś dziura, jakaś wyrwa? Czy świat choć trochę by się zmienił, czy byłby dokładnie taki sam? Czy w ogóle jestem światu potrzebny? Orzesznica próbuje przekonywać Mrówkojada, że on, ten konkretny i niepowtarzalny egzemplarz, jest bardzo potrzebny – chociażby jej i że na pewno, ale to na pewno, zauważyłaby, gdyby zniknął… Tylko, że wpadający w filozoficzno-melancholijny nastrój Mrówkojad, nie jest łatwym przypadkiem. Dochodzi do wniosku, że jest tylko kurzem, pyłkiem, drobinką we wszechświecie, „marnym paprochem w kosmosie”… No i fakt, może Orzesznica ewentualnie zauważyłaby jego brak (a to pewnie dlatego, że są najlepszymi przyjaciółmi), ale świat – gdyby ta drobineczka piasku spadła mu z grzbietu – pewnie nie… Mrówkojad jest przygnębiony.
Ale tylko do czasu, gdy wpada na pomysł, jak zachować się w pamięci potomnych, jak zaistnieć w świadomości świata, jak zafundować sobie nieśmiertelność – NAPISZE KSIAŻKĘ!
No tak… ale jest nowy kłopot – bo co się teraz czyta? Czy poezja jeszcze jest modna? A może jakiś romans? Kryminał? Książka kucharska?
Pomysł przychodzi jak oświecenie – SENS ŻYCIA – to będzie chciał przeczytać każdy, bo każdy chciałby wiedzieć, jaki tak właściwie jest życia sens. Tylko jaki? No właśnie? Mrówkojad wyrusza w świat na poszukiwanie odpowiedzi….
Nie znałam się do tej pory z Orzesznicą i Mrówkojadem. Nie wiem, jak oni się poznali – trafiłam już na ich zażyłość, na ich rytuały, na ich do siebie dopasowanie – Mrówkojad jest duży, pocieszny, trochę niezdarny, jest bałaganiarzem, impulsywnym i lekko rozkojarzonym. Orzesznica to ta mądra, mocno stąpająca po ziemi, ta, która czuwa, by Mrówkojad na swoich ideałach i przemyśleniach nie pofrunął zbyt wysoko nad ziemią i nie zniknął w niebie. To ta poukładana, która ma plan dnia, która nigdy nie próżnuje, pracowita i dokładana, ta która ma hobby – pieczenie tortów. Mrówkojada, wielkiego dzieciaka, traktuje trochę z przymrużeniem oka, ale nigdy nie daje mu tego po sobie poznać – otacza go dyskretną opieką i bardzo, bardzo go lubi. Owszem, czasem ją denerwuje – rozbita filiżanka, połamane krzesełko – ale zawsze powściąga ten gniew i przekierowuje zapał Mrówkojada w twórczą stronę. I wybacza mu błędy, bo bardzo, bardzo go lubi. I nie wyobraża sobie, żeby go nie było – ona wie, że na jej przyjaźni z Mrówkojadem opiera się po trosze sens życia (i na tym bardzo, bardzo lubieniu). Ale nie mówi mu tego, bo wie, że Mrówkojad sam musi do tego dojść.
Gdy patrzę na nich z boku, gdy podglądam, jak pieką tort – Orzesznica daje Mrówkojadowi zadanie – ma zrobić różę z lukru – ale on sobie z tym nie radzi i w końcu lepi jakąś stuloną kulkę – i gdy zerkam na to, jak Orzesznica chwali go i stwierdza, że to piękny pąk róży – to widzę mądrą mamę i jej syna. Mądrą, bo kocha go bardzo, bardzo, ale daje mu tyle swobody, ile on potrzebuje, by samemu badać świat, by samemu odkrywać jego tajemnice i swój prywatny sens życia.
I mądra jest ta opowieść o sensie życia, o tym, że każdy ma inny, ale wszystkie są równie ważne, o tym, że sensu życia nie można nikomu narzucić i że szukanie go dla siebie, to wielka wyprawa w świat, to spotkania z ludźmi, doświadczenie, to słuchanie i patrzenie, to odkrywanie tego, co się samemu kocha.
I podoba mi się pomysł Mrówkojada na książkę i tylko czekam, aż wyjdzie nakładem Zakamarków ;-)






[Dziękujemy Zakamarkom, że wpuściły nas w swoje bez-ogonkowe ;-) królestwo]  

poniedziałek, 23 czerwca 2014

194. ŁADOWANIE BATERII CZYLI PONIEDZIAŁEK

 
Pierwszy letni - damy radę światu!

193. ...HOLIK

Mój Mąż jest muzoholikiem. Kolekcjonuje dźwięki, tak jak ja kolekcjonuję słowa. W tej swoje miłości jest i wybredny i niewybredny, bo z jednej strony na jego półce z płytami (głównie czarnymi, bo dźwięk w nich miękki, czysty...) obok Radiohead, stoi Prodigy i Bob Marley obok Erykah Badu, znajdzie się trochę metalu, trochę elektroniki, ale i „Cztery pory roku” i Tadeusz Nalepa. Ale nie wszystko mu smakuje, na języku rozgniata nuty i część wypluwa... Nie mniej jednak ten muzyczny eklektyzm, który zajmuje kilka półek i dużo pamięci w komputerze, to coś, czego słucha także Majka. Owszem – są w jej uszach jakieś „Stare niedźwiedzie”, jakieś „Kółka graniaste” i kołysanki (niekoniecznie do snu), ale obok „My jesteśmy krasnoludki”, „Najłatwiejsze ciasto w świecie” i trochę bardziej wymagającego „raz królewna złotowłosa, cudny miała sen” (z płyty „Dobrej nocy i sza”) słyszy – dużo częściej „Kiss me hard before you go, Summertime sadness” (Lana Del Rey), albo drugą o lecie „Summertime, time, time, Child, the living’s easy.” (najczęściej w wykonaniu Janis Joplin), czy „Rap o Paprodziadzie to Paprodziada rap. Tak! Dziada rap. Tak!” (jej ukochany – i nasz - Łąki Łan) czy nawet „I've got cocaine runnin' around my brain” (Dillinger) albo „Gnijąca modelka w taksówce, bez instynktu macierzyństwa” (Pidżama Porno). Nigdy nie osłanialiśmy jej przed dźwiękami, nigdy nie nakładaliśmy słuchawek ze słodkimi melodyjkami, gdy akurat słuchaliśmy CocoRosie, czy Hey. Już w brzuchu jeździła do Sopotu posłuchać Możdżera, a w tym szykuje się na Globalticę.
Edukacja muzyczna bez tabu – i bez trzymanki.
Dlatego, przechodząc do sedna, chcę dziś napisać o niezwykłej płycie, która, choć dla dzieci, opędza się od infantylizmu i seplenienia.
Pod pseudonimem Jerz Igor, kryją się (albo się eksponują) Jerzy Rogiewicz i Igor Nikiforow. Obaj panowie mają w swoim dorobku wiele nut (dość powiedzieć, że Jerzy grał w zespole Pink Freud) – i Jerzy jakieś półtora roku temu został tatą Tadzika – chcieli dla niego nagrać płytę. Ale nie chcieli ograniczać muzyki, nie chcieli zamykać jej w czterech ścniach, więzić w jednej tylko parze uszu (choć najważniejszej, bo synowej) – nagrali piękną płytę, trochę w domu, trochę w studiu, z własnych funduszy. Zabrakło im kasy na trochę ważnych rzeczy – na przykład na tłoczenie płyt i druk okładek – więc zaprezentowali się na portalu crowdfundingowym Polak potrafi i zdobyli potrzebne pieniądze. Na piękną muzykę, na cudną okładkę, która w założeniu miała opierać się burzom i naporom (rączkom i ząbkom najmłodszych słuchaczy), a którą stworzyły Agata Dudek i Małgorzata Nowak (nawet to było dla nich ważne, wizualna strona muzyki!), na żywe instrumenty, na teksty bajkowe, napisane przez przyjaciół (Joannę Halszkę Sokołowską, Kamila Gamzę, Adama Repuchę, Grzegorza Uzańskiego) – czytałam gdzieś, że poprosili o jedno, żeby te teksty były ponadczasowe, żeby nie mieściły komputerów i laptopów, bo takie ciężkie urządzenia wypadają łatwo z tekstu i za jakiś czas mogą się zepsuć i nie mówić już tak wiele, jak kosmita, krowa, albo sowy...
Ja, choć może słoń nie nadepnął mi na ucho aż tak mocno, nie słyszę niuansów, które wyłapuje mój Mąż, nie rozróżniam delikatnych drgań dźwięków i zupełnie bez różnicy mi, jakiej marki mam słuchawki, bo w każdych słyszę to samo. Ja słucham głównie tekstów, a tutaj są magiczne, senne, oniryczne, pełne znaczeń i sensowne(!!!), co, wbrew pozorom, nie jest tak mocno oczywiste, jeśli spojrzeć na muzykę dla dzieci. Wzrusza mnie, aż do granicy łez, tekst o najmniejszym śnie, którego większe, silniejsze, wypchnęły z kolejki i który nie zdążył się przyśnić i zajmuje pierwsze miejsce w kolejce na następny sen... i oczywiście „Królewicz” znany już przed rokiem, który zyskuje dodatkowo, bo ma fenomenalny, plastelinowy teledysk (nie wiem, czy to tylko pogłoski, ponoć do wszystkich piosenek mają być zrobione takie teledyski).



Idąc zaś tropem mojego Męża i jego upodobań – słucham PRAWDZIWEJ MUZYKI, żywej, autentycznej, GRANEJ, a nie robionej – w trąbkę ktoś dmucha, w perkusję uderza, po skrzypcach wędruje smyczek... do tego gratka – syntezatory Casio z lat osiemdziesiątych, takie oczko puszczone w stronę starszych, którzy urodzili się mniej więcej wtedy, gdy te instrumenty.
To cenne, to ważne – ten wysiłek, czas, włożony w tę płytę, niespieszne jej powstawanie, dopracowanie i dośpiewanie do końca. Ten szacunek do małego słuchacza, wiara w to, że on słyszy, że nie jest estetycznie pusty, że warto dla niego robić dobrą muzykę, z przesłaniem, co już w założeniu ma być ponadczasowe.
To kołysanki, piosenki na dobry sen, ale ja nazwałabym tę płytę chilloutową – taką na zamknięcie oczu, rozluźnienie wszystkich mięśni, na dźwięko-masaż...
I pewnie banał, i pewnie wszędzie to zdanie, ale nie mogę się powstrzymać, bo samo się nasuwa: WIELKA MAŁA PŁYTA...


[Za możliwość przesłuchania płyty – wielokrotnie! - dziękujemy Jerzowi Igorowi] 

piątek, 13 czerwca 2014

192.ZROBIŁYŚMY

W skarbnicy wiedzy i pomysłów (czytaj internet) znalazłam pomysł na świetną zabawkę - filcowe jedzonko. Pół niedzieli, kilka arkuszy filcu, nieoceniona pomoc mojego Dziecka przy wypychaniu chlebka watą i jest - obiad dla misia, nauka udawania (bo póki co małe ząbki wbijają się w filcowe pieczarki naprawdę) i pełne uznania "Torba! śliczna torba!" - wielka duma! I choć szyć nie umiem, powiem jedno - filc wciąga!



191. JESTEM ZŁY!

MAURICE SENDAK
TAM, GDZIE ŻYJĄ DZIKIE STWORY”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁ MAURICE SENDAK

[Dwie Siostry- dwa razy więcej radości!]

Max jest dzieckiem. I psoci zupełnie jak dziecko. Zamknięty szczelnie przed światem w kostiumie wilka z długim ogonem i szpiczastymi uszami, wystawia na próbę cierpliwość całego świata. Ma młotek, ma widelec i poskramia nimi świat. Pewnie jest znudzony, pewnie nikt się nim nie zajmuje, pewnie w ten sposób chce zwrócić na siebie uwagę. I zwraca, bo mama, doprowadzona do granic wytrzymałości, wysyła go do jego pokoju – bez kolacji. Co prawda słyszy w odwecie gniewne „Zjem cię!” chłopca na odchodnym, ale nie zmienia zdania, ignoruje jego złość. Chłopiec zamknięty w czterech ścianach wie, że nie będzie przez nikogo słyszany, że nawet, gdyby teraz wrzeszczał, gdyby drapał i gryzł, to mama nie przyjdzie. Dlatego porzuca realny świat i sadzi w swoim pokoju wielki las z tysiąca drzew. Wsiada na własną łódkę i żegluje tam, gdzie żyją dzikie stwory. Stwory są przerażające – zupełnie, jak gniew jego mamy, pewnie podobnie jak ona wykrzywiają twarz. Ale Max postanawia, że się nie da – ćwiczy na stworach przeciwstawianie się – w końcu może być górą, w końcu to ona wygrywa, jest silniejszy i może rozkazywać. Jest najdzikszym z dzikich stworów, więc zostaje królem. Ma pod panowaniem kilka dzikich stworów, w końcu ktoś go kocha całym sercem, jemu i tylko jemu poświęca czas, wielbi i hołubi – w końcu jest najważniejszy! Tylko, że w małym serduszku kiełkuje tęsknota za domem i w końcu jest już większa niż las, w którym mieszkają dzikie stwory. Max znów wsiada na swoją łódkę i płynie w odwrotnym kierunku, ignorując prośby stworów, by został. Tęsknota i miłość pierwotna jest silniejsza niż wszystko inne. Okazuje się, że jednak mama go kocha, że kolacja wciąż jeszcze jest ciepła...
Sendak mówił o dzieciństwie, że to bardzo specyficzny czas, gdy trzeba walczyć z bólem, tęsknotą, agresją, lękiem i że poszukuje się wciąż szczęścia. O tym jest „Tam, gdzie żyją dzikie stwory” - o tej dziecięcej huśtawce, o tym, jak bardzo dziecko potrzebuje akceptacji, o tym, że jeśli nie dostane jej w domu szuka wytrwale, gdziekolwiek, o tym, że miłość dziecka do rodziców jest niezniszczalna, o tym, że dziecko ma prawo do gniewu, że ma prawo być egocentrykiem i ma prawo egzekwować to takimi sposobami, jakie zna, o tym, że „niegrzeczność” zawsze wynika z czegoś, ma korzenie w samym środku dziecięcego serca.
Niesamowite, że Sendakowi udało się opowiedzieć to wszystko w kilku zdaniach i w dużych, pięknych rysunkach. Zawarł tam cały świat uczuć, wykrzywioną w niemym grymasie twarz Maxa, dumę, gdy dostaje koronę i berło, i ten specyficzny uśmiech, dopiero kiełkujący, gdy już wraca i widzi talerz i łyżkę i szklankę mleka obok...
I teraz, 50 lat po premierze, po 19 milionach sprzedanych egzemplarzy, w końcu klasyka trafia do Polski i daje przyzwolenie na te wszystkie uczucia także polskim dzieciom. Nareszcie!







[My dwie i one dwie – Dwóm Siostrom kłaniamy się w pas w podziękowaniu za egzemplarz]

190. 32-GIEGO, WYŚCIG BEZ JAJEK I NAJSZCZERSZE ŻYCZENIA

 DANIEL NAPP
„PAN BRUMM OBCHODZI URODZINY”
(TŁ. ELŻBIERA ZARYCH)
BONA, KARKÓW 2014
ILUSTROWAŁ DANIEL NAPP
[Królowa Bona otworzyła Polskę na świat, Bona otwiera Polskę na niesłusznie zapomniane książki]
Pan Brumm tego ranka budzi się rozleniwiony. To będzie zwykły dzień, niewątpliwie przyjemny, bo po śniadanku ma zamiar udać się w stronę hamaka, bez uniesień, spokojny. Zbliża się do kalendarza, zrywa kartkę i oczom jego ukazuje się data – dziś 32 – Chooo-inka! – krzyczy Pan Brumm. Bo – to zupełnie nie do wiary – dziś są jego urodziny! I - drugie zupełnie nie do wiary – on o nich zapomniał! A obiecał kolegom imprezkę. I to taką, na której nie będą się nudzić… Tymczasem nie ma tortu, nie ma pewnie nawet składników na tort, a już na pewno nie ma czasu na jego upieczenie – bo do drzwi pukają chłopaki…
I świetnie pasuje podwójne dno tytułu – Pan Brumm stara się jakoś obejść te urodziny, jakoś przemknąć obok chyłkiem, boczkiem. Zachowuje zimną krew, twierdzi, że ma już gotowe wielkie atrakcje, których koledzy nie zapomną przez długi czas i zaprasza na urodziny na świeżym powietrzu. No i jest – na przykład wyścig z jajkami bez jajek, albo wyścig w workach bez worków… To niezupełnie najlepsze przyjęcie urodzinowe, na jakim byli koledzy Pana Brumma, no niezupełnie…
To krótka historyjka (Dzieci w takich wypadkach są świetne z matmy – skoro ta była krótka, to żeby się zgadzało, powinno się ją przeczytać trzy razy pod rząd), ale pełna treści. I już nawet nie chodzi o jej lekko dydaktyczny ton (leciuteńko!), ale o humor, o genialne rysunki – duże, czytelne, dobrze rozmieszczone na stronie, o Pana Brumma – wielkiego, puchatego, czasem nieporadnego, który mnie rozczula i który rozśmiesza Dzieci głównie dlatego, że jest od nich wiele, wiele większy, a popełnia podobne gafy, podobnie się zachowuje i pod jego futrem kryje się po prostu mały chłopiec. No (osobiście bardzo), doceniam kolegę Pana Brumma (czy oni się jakoś nazywają?), punkowca z irokezem, ze skrzyżowanymi na plecach szelkami i glanami – miodzio!
Nie wiem, jak to się stało, ale to było nasze pierwsze spotkanie z Panem Brummem – no i od razu wpakowałyśmy się mu na urodziny – świetny początek znajomości! Ale nie przyszłyśmy bez prezentu, przyniosłyśmy dużo śmiechu (Pan Brumm jest TAKI pocieszny!!!), niedosyt i piosenkę „Stary niedźwiedź mocno śpi”, którą od jakiegoś czasu wałkuje Majka…
Sto tomów Panie Brumm!!!






[Dziękujemy królowej Bonie za mecenat]

środa, 11 czerwca 2014

189.NIE TYLKO O JEDZENIU

RUTU MODAN
„UCZTA U KRÓLOWEJ”
(TŁ. ZUZANNA SOLAKIEWICZ)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA RUTU MODAN
WYDANE W SERII KRÓTKIE GATKI

[Kultura gniewu to chaos, z którego wypadają perły]
Nie garb się! Nie mlaskaj! Nie mów z pełnymi ustami! Nie bujaj się na krześle! Nie baw się jedzeniem! Nie karm psa! Nie mlaskaj! Nie siorb! Nie, nie, nie… Dzieci, zasiadające do obiadu (albo idące na spacer, albo bawiące się, albo kapiące się, albo po prostu siedzące na kanapie…) obwarowujemy tym „nie rób!” tak bardzo, że czasem nie widać zza niego samego Dziecka. Czasem dlatego, że chcemy, żeby na tym „nie!” oparło się jak na wielkiej poduszce i nie zrobiło sobie krzywdy. Ale czasem dlatego, że „tak nie wypada”, bo „co ludzie powiedzą”, bo „powinno się”, bo „w dobrym tonie jest”… Sami ograniczani od dziecka nakazami i zakazami, które miały uczyć nas zasad dobrego wychowania, weszliśmy w rolę i teraz powtarzamy mechanicznie to, co zostało nam wszczepione razem z dorastaniem. A przecież niejeden dorosły, gdy był dzieckiem, powtarzał sobie, że jak będzie duży, to codziennie będzie robił bańki w szklance z sokiem jabłkowym, że będzie jadł w łóżku i kruszył tam maleńkimi drobinkami ciastek i że właśnie będzie opowiadał coś z pełnymi ustami, jeśli historia będzie tego warta i zupełnie nie będzie można wytrzymać jeszcze trzech sekund z jej opowiedzeniem.
W dziecięcym słowniku brak jest pojęcia „dobre wychowanie” i rodzice muszą mozolnie nadbudowywać do niego znaczenia.
Nina też nie jest do końca pogodzona z ideą dobrych manier. Owszem, wie, że nie wolno siorbać zupy, że nie wolno mlaskać i że krzesło to w żadnym wypadku nie huśtawka, ale zapomina się i pewnie co wieczór słyszy to samo:
Skoro, jak mniemam, historia powtarza się co wieczór, tata już nie ma argumentów na obronę manier. W końcu sięga po ten ostateczny, najważniejszy, ucieka się do autorytetu Jej Królewskiej Mości – „A co by było, gdybyś była zaproszona na ucztę do królowej?*”. No właśnie…
Oczywiście wiadomo, co dzieje się w chwilę potem – trąby, czerwony dywan, majestat i goniec odczytujący ze zrolowanej kartki papieru zaproszenie – dla Niny, do królowej, na kolację...
Maja tylko przez chwilę czuje lekki niepokój – ale wie przecież doskonale, jak się zachować, inwigilacja trwała już jakiś czas i te wszystkie NIE! NIE! NIE! ma w tyle głowy, tuż obok alfabetu i tabliczki mnożenia…
A na uczcie jest tak strasznie, strasznie nudno… I jest milion sztućców, które nie wiadomo do czego służą (który widelec jest do makaronu???) i drugi milion szklanek i kieliszków, jest
czyli wszystko to, czego Nina nie lubi… Nie ma za to makaronu z keczupem i trzeba go specjalnie zamówić w kuchni… A wiadomo, że gdy na stole pojawia się makaron z keczupem, uczta u królowej nie będzie taka jak zawsze… Szczególnie, jeśli jedna mała dziewczynka pokaże wszystkim co to znaczy cieszyć się jedzeniem, a nawet więcej – cieszyć się życiem!
To dla mnie książka o dwóch rzeczach – po pierwsze o tym, że ludzie w sztucznościach, etykietach, klatkach z „nie wolno” i „nie wypada” czują się źle – że ich to boli, swędzi, piecze, uwiera i że chętnie zrzuciliby gorsety, tylko troszkę się obawiają co powiedzą inni. I patrząc na to z boku, jak na ucztę u królowej z lotu ptaka, można zauważyć, że jedna pani siedząca obok drugiej pani ma ochotę po prostu się najeść do syta i nie zostawiać przepisowej łyżki zupy na dnie talerza, jeśli jej smakuje, ale obawia się tej drugiej pani. A ta druga myśli dokładnie to samo, tylko obawia się tej pierwszej. I tak sobie sztywno siedzą przy stole, przy życiu i nigdy nie są w pełni zadowolone.
To też książka o tym jak Dzieci potrafią odrzucić tę sztuczność, nadętość i bufonowatość. Jak potrafią wziąć sprawy w swoje ręce i pokierować światem tak, że stanie się piękny i że będzie pełniejszy. Wystarczy, choć od czasu do czasu, ich posłuchać – brawa dla królowej, że nadstawiła ucha i USŁYSZAŁA co mówi Nina.
Owszem, warto przestrzegać jakichś reguł i zasad, warto wpajać Dzieciom „dziękuję”, „przepraszam” itp. – nie warto jednak robić tego za wszelką cenę, w każdej sytuacji i o każdej porze roku. Czasem trzeba odpuścić, wybrudzić sobie ręce rozgniecionymi truskawkami, dać czekoladzie rozpuścić się w kącikach ust i cieszyć się, że makaron z keczupem to najlepsze żarełko na świecie**!






[Ostatnia niedziela była piękna. Planowaliśmy to dzień wcześniej, podekscytowani pomysłem i ciekawi, jak będzie się nim cieszyć Nasza córka. Wielka niebieska torba, koc piknikowy w kratkę, jajka na twardo, pomidor, ogórek, nawet posiekany drobno szczypior i ruszyliśmy na Śniadanie nad Morzem. Cieszyła się bardzo, sok z pomidorów ściekał jej po brodzie, nam przelewał się między palcami, wcinała upiaszczone ogórki i w rozpuszczonej na słońcu czekoladzie maczała palce. Bez konwenansów. Uczta u królowej.]


*pomysł na książkę Rutu Modan zaczerpnęła z życia – gdy upominała swoją córkę, która przy stole zachowywała się nie do końca zgodnie z regułami dobrego wychowania, sama sięgnęła po argument z wizytą u królowej. A co odpowiedziała córka? „tak się składa, że królowa jest moją bardzo dobrą przyjaciółką i powiedziała mi, że jem wręcz doskonale”. Szach mat!
**mi osobiście, w kontekście jedzenia akurat (choć oczywiście w „Uczcie u królowej” jedzenie jest tylko pretekstem), trochę luzu i swobody dało BLW. I choć Majka posługuje się już widelcem (noża jeszcze nie opanowała), to wciąż, gdy coś smakuje jej niesamowicie, w ruch idą dłonie – żeby było szybciej, intensywniej, żeby poczuć jedzenie także dotykiem, żeby uzmysłowić je jeszcze bardziej.
PS DLACZEGO, ACH DLACZEGO ANGLOJĘZYCZNA MAYA ZAMIENIŁA SIĘ W POLSKOJĘZYCZNĄ NINĘ?

dostałam odpowiedź: Nina jest w oryginale, to Amerykański wydawca zmienił jej imię.
[Dziękujemy Kulturze gniewu za pełną gniewu kulturalnego pozycję]