Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 31 grudnia 2016

377. W CO SIĘ UBRAĆ NA SYLWESTRA

ALICJA BUDZYŃSKA, KATARZYNA OLECH-MICHAŁOWSKA
„TRENDY I OWĘDY CZYLI CZEGO NIE WIEDZIELIŚCIE O MODZIE, A CHCIELIBYŚCIE WIEDZIEĆ”
ART EGMONT, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA , PROJEKTOWAŁA AGATA RACZYŃSKA

Ja jestem raczej owędy. Mam kilka swoich ulubionych ciuchów i lepiej czuję się w spodniach niż w sukience. Moim ulubionym materiałem jest dresówka i wolę oversizy od mini. I nie wiem, czy to modne, czy nie. Nie wiem, czy trafiłam swoimi szarymi spodniami w tegoroczny trend, czy raczej powinnam je odłożyć na dno szafy wraz z końcem zeszłej zimy. Ale nie wyrzucać – moda zatacza kręgi i wraca sama do siebie...

A Majka się stroi. Uwielbia. Brokat, wstążki, pierścionki, spinki i tiul. Też nie wiem, czy jest modna, ale na pewno modniejsza niż ja. Dobiera, dopasowuje, odrzuca to, co jej nie pasuje. Dziś, w Sylwestrowy ranek, wyciągnęła z szafy swoją ulubioną tiulową spódniczkę. Kolor granatowy. „Chcę mieć dziś wszystko w granacie!” - oznajmiła, szukając granatowych rajstop. Niepocieszona włożyła na siebie niebieskie majtki – „To nie granat!” - stwierdziła z żalem. (Granatowych majtek w szafie brać. Zdecydowanie do nadrobienia!!!) I poszła, cała granatowa, tworzyć sylwestrowe maski – to przecież NIEZBĘDNY dodatek w taki dzień, jak dziś...


Nie rozumiem pokazów mody, nie wiem po co tworzy się kolekcję ubrań, która zostanie pokazana tylko na wybiegu, nie wiem, po co kobietom buty na tak wysokich obcasach, że przewracają się idąc – jeżeli w ogóle idą. Nie kręci mnie puder, róż, pomadka. Owszem, wiem, że kilka zgrabnych zabiegów poprawia urodę, że warto czasem podkreślić kości policzkowe i depilować brwi. Ale z przerażeniem patrzę, jak na filmikach na Youtubie dziewczyny malują połowę twarzy, żeby pokazać, jak bardzo można być kimś innym, niż się jest, używając cieni do powiek, podkładu i eyelinera. I jakie ilości mazideł do tego zużywają. Takie, których nawet nie potrafię nazwać.




Ale gdyby tak potraktować modę jako sztukę? Jako obraz zmieniających się trendów, jako coś, co ma zachwycać, a nie tylko służyć codzienności? Gdyby ukazać piękno sukienek, butów, kapeluszy, diademów, kolczyków, torebek i okularów? Gdyby zaprzeć dech w piersiach różnorodnością materiałów – kolorami i fakturami? Co, gdyby pośledzić modę, jak paparazzi iść za nią krok w krok przez wieki i przez miejsca? Co, jeśli ustawić obok siebie ikony – mody, ekranu, sceny - i sprawdzić, czy mają podobne czy różne ubrania, fryzury, dodatki? Co, gdyby w końcu potraktować ubranie jak znak, jak manifest, jak wyrażanie opinii?

Wtedy powstanie taki niezwykły album, jak „Trendy i owędy”.


Parę słów – reszta to obraz! Bielizna, włosy, rękawiczki, stroje karnawałowe z wielu stron świata, stroje używane w różnych dyscyplinach sportów, szaty cesarza i „król jest nagi”, top modelki, Dawid Bowie i Michael Jackson, Coco Chanel i Madonna. I zbroja rycerska na tej samej stronie, co aztecki jaguar i Sioux z 1989 roku, na jednej stronie papież, pop i lama, obok siebie punkowiec, hipster, rockers i emo. To wstęp – misz masz, tygiel, groch z kapustą, od którego można zacząć przygodę z modą – niesamowite, że każdy najmniejszy skrawek materiału, który na siebie wkładamy, może coś znaczyć! Że okrywanie nagości można przekuć w sztukę, zwykłą, prozaiczną potrzebę w coś tak pięknego! Chylę czoła i wracam myślami do swoich lat młodzieńczych. Oglądam siebie – to, jak mama w wielkim kotle farbowała mi wszystkie ciuchy na zielono (w moim okresie zielonym), a potem na czarno, gdy nie nosiłam żadnego innego koloru. Śledzę swoje podarte na kolanach spodnie, glany (wiosna, lato, jesień, zima) i wszystkie naszywki na rękawie kurtki, które doskonale określały kim jestem… Uśmiecham się sama do siebie i wkładam małą czarną. Podobno doskonała na każdą okazję...








piątek, 23 grudnia 2016

376.KSIĄŻKI NA „O”

Książki na "o". Bo wszystkie trzy obrazkowe. I obowiązkowe. Wszystkie trzy bez słów. Wszystkie trzy duże, choć dla tych najmniejszych. Na pewno nie do trzymania w małych rękach, ale do wodzenia palcem jak najbardziej. Muszą być duże, bo oparte na prostym pomyśle – znajdź ulubionego bohatera na każdej ze stron – nie mieściłyby inaczej ogromu szczegółów. Niby nic nowego, ale czy musi być zawsze nowe? Jeśli coś działa doskonale, to po co to udoskonalać? Ja lubię, ty lubisz, oni, one lubią… Jest coś wciągającego w tej zabawie. Zaczniesz i już nie możesz przestać. Szukasz, badasz, głowę przekręcasz, bo może pod innym kątem lepiej widać… I znajdujesz coraz to nowe szczegóły, a na twarzy uśmiech rośnie, rośnie…

GERMANO ZULLO& ALBERTINE
„W GÓRACH”
„NAD MORZEM”
BABARYBA, WARSZAWA 2016

Germano Zullo & Albertine otrzymali w tym roku Bologna Ragazzi Award, a taka nagroda nie dostaje się każdemu… Więc „hip, hip, hura”, że książki wydał polski wydawca, że mamy na wyciągnięcie ręki kawałek uznanego świata. Nie można nie skorzystać, grzech nawet! Tym bardziej, że książki są naprawdę oryginalne. Niepodrabialna kreska! I pomieszanie światów – tego rzeczywistego, codziennego, ze zwierzęcym i z fantastycznym – nad morzem zagubił się jakiś ufok, a w górach dziwne niebieskie coś, z wyglądu przypominające trochę muminkową Bukę… Ale poza tym jest jak na każdych wakacjach/feriach. Kąpiele w morzu, pływanie na materacu, lody, sklepy z dmuchanymi wodnymi zabawkami, wysyłanie kartek pocztowych, wakacyjne fotografie i ogromna żyrafa… No dobrze, to może nie jest najczęstszy widok na plażach, ale u Zullo & Albertine to właśnie jest norma – nienormowalność… A zimą? Normalnie – wyciąg, sanki, łyżwy, śnieg, bałwan, igloo, przerębel, choinka i dziecięcy wózek na płozach – takie wyposażenie zimowego turysty. Moimi ulubionymi bohaterami są Czytający Gość i Mama z synkiem. Czytający gość czyta, by poznać. Gdy brodzi w morzu czyta „Tajemnice wody”, gdy odwiedza wesołe miasteczko - „Tajemnicę lunaparków”, gdy jeździ na nartach też nie wypuszcza z rąk książki – oczywiście „Tajemnice wyciągów narciarskich”. Och, jaką moją bratnią duszą jest on z tym czytaniem tu i tam! A Mama z synkiem? Latem się szukają – mama krzyczy, woła, niepokoi się, a Adaś zwiedza świat, by na końcu książki zupełnie zwyczajnie, z naturalnością i spokojem, właściwym tylko dzieciom, oznajmić „Mamo, tu jestem”… A w zimie chłopiec PYTA. Bez przerwy, o wszystko, zawsze, ciągle, nieprzerwanie. Ale mistrzostwem świata jest mamina odpowiedź na KAŻDE pytanie:
„A jak ty myślisz?”. Uwielbiam tę mamę za to! I humor, humor, humor! To coś, czego te książki są pełne. Zdecydowanie „moje” poczucie humoru, nieco odrealnione, czasem absurdalne, nietuzinkowe… I tak, to może być prezent także dla dorosłego!













PAWEŁ KŁUDKIEWICZ
„ROBOTY”
BABARYBA, WARSZAWA 2016

Na ziemi wylądowały właśnie dziwne stworzenia – trochę roboty, a trochę kosmici. I robią tu niezłe zamieszanie! Ale to dobrze. Jest co oglądać, śledzić, komentować. W samej książce nie ma słów, ale polecam zacząć od słów kilku, które jednak są – na tylnej okładce. To coś jak napisy końcowe i „w rolach głównych”. A tu – same gwiazdy: Akumulator Janusz („zapewnia dobrą energię”), Literobot(y) („ciekawe jaki zbudują wyraz?”), Kraftwercik („robotyczny talent muzyczny”), Fotobot czy Elektrożyraf. Nie ma nudy, nie ma sztampy. I co te roboty robią na ziemi. Zwyczajnie – rżną w pokera, pływają pontonem, robią babki z piasku, grają na bębnach albo na butelkach napełnionych wodą, malują Mona Lizę i… czytają „Bajki robotów”!!!

Autor zadedykował „Roboty” swojemu synkowi. Ale, jestem pewna, nie tylko Wojtek się ucieszy!  








środa, 21 grudnia 2016

375. OBDAROWAĆ WEWNĘTRZNE DZIECKO CZYLI PRL KONTRA WSPÓŁCZESNOŚĆ

DIETER BRAUN
„GALERIA DZIKICH ZWIERZĄT. PÓŁNOC”
„GALERIA DZIKICH ZWIERZĄT. POŁUDNIE”
(TŁ. AGNIESZKA HOFMANN)
EGMONT ART, WARSZAWA 2016

To była pierwsza albo druga klasa podstawówki. Do zaliczenia była tabliczka mnożenia. I nie wchodziła mi do głowy. Nie pamiętam już, czy ćwiczyłam bardzo wytrwale, czy po prostu, z właściwą sobie awersją do cyferek, poddałam się szybko. Ale dwója wpadła! Szok, płacz, niedowierzanie (no świetnie się wtedy uczyłam, to była druga dwója w życiu)! Przyszłam do domu, wydukałam to okropne, hańbiące mnie wyznanie… I znów cios – a ten już w samo serce! Bo rodzice mieli dla mnie książkę. I to nie byle jaką! KSIĄŻKĘ O ZWIERZĘTACH! Jako dziecko, które na tym etapie życia chciało być weterynarzem, miało kota, zaczepiało wszystkie psy podwórkowe i zbierało wszystko, dosłownie wszystko, co miało na sobie wizerunek zwierzęcia (choćby to była reklamówka, taka siatka w sensie), załamałam się podwójnie. Bo wyrok był zaiste surowy – dostaniesz, jak zaliczysz tabliczkę mnożenia, nie wcześniej*. A ona, ta tabliczka, tak bardzo mi przecież nie wchodziła do głowy! A tu, na wyciągnięcie ręki był album! O-ZWIE-RZĘ-TACH!!! Przypomnę, czasy PRL, w sklepach na półkach te octy i nie, nie można było iść do sklepu i kupić książki. No, ewentualnie rosyjską (i takie miałam, bo miały piękne ilustracje). A tu takie coś. „W świecie zwierząt” - pierwszy tom serii „Świat wczoraj i dziś”.
Chyba od wtedy mam w sobie ten podziw dla pięknych, pięknie zrobionych książek. Swoistą pokorę i poddańczość. I w dzisiejszych czasach, czasach obfitości w dziale literatury dziecięcej, nie nadążam za swoim wewnętrznym dzieckiem. Nie nadążam z kupowaniem mu prezentów. Bo ono wciąż tam jest. Głodne estetycznych doznań. Nieukierunkowane w postrzeganiu piękna. Zakochane w kiczu. Nieuświadomione.
„Galeria dzikich zwierząt” jest więc dla wszystkich. Tematyka to pewniak – któż nie lubi oglądać zwierzaków? Dzieci lubią, dorośli lubią, dziadkowie lubią, nawet nastolatki lubią. Pewniak, powtarzam. Wizualnie to majstersztyk! Urodzeni w latach osiemdziesiątych, będę wyć z zachwytu, będą zestawiać „Galerię...” i „W świecie zwierząt” i zazdrościć własnym dzieciom (ileż to już razy napadało mnie takie uczucie). Będą ją kupować trochę dla siebie, trochę pod pretekstem, co nie znaczy, że nie spodoba się obdarowanym docelowo. Spodoba się! A jeśli dodam, że obwoluta to plakat? Pełnia szczęścia.
Literek w niej jest trochę – w sam raz, by nie zakłócać percepcji obrazu. W sam raz, by zapytać podczas proszonego obiadu: A wiecie, że lis czasem zjada dżdżownice? A wiecie, że pędzelki na uszach rysia wyostrzają słuch? A wiecie, że irbisy nie ryczą? (kto to jest irbis? Odsyłam do „Galerii dzikich zwierząt. Północ”). A wiecie, że lemury katta walczą ze sobą ogonami, unurzanymi w wydzielinie z gruczołów ramiennych? (really? REALLY?). A wiecie, że diabłu tasmańskiemu w gniewie czerwienieją uszy? Kilka linijek, zaledwie gdzieniegdzie**. Nie zawsze. Czasem sam obraz. Nie potrzeba słów. Potrzeba patrzenia. Potrzeba zachwytu. Potrzeba umiłowania szczegółu. Potrzeba wrażliwości na piękno.
Od kiedy zobaczyłam te książki, przeciągnęłam dłonią po papierze, wiedziałam, że to będzie hit tegorocznego Bożego Narodzenia. Egmont Art "pozamiatał"! - więcej słów nie pamiętam.





















*ażeby wszystkich uspokoić – tak, dostałam album, zaliczając 7*8 i 4*5 i 2*4 i całą resztę na piątkę.
** wspomnę tylko, że konsultacji merytorycznej udzielili Tomasz Samojlik i Mikołaj Golachowski – ufam więc tym paru słowom bez zastrzeżeń!