Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 8 grudnia 2016

370. TRADYCYJNA KOLACJA WIGILIJNA

MALINA PRZEŚLUGA
„BOMBKA Z GWIAZDKĄ”
TASHKA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA JAGA SŁOWIŃSKA I MOSS PAPERS
TYPOGRAFIA I SKŁAD ANNA KUKUŁA I UNCO

Uczesani. W mgiełce najlepszych perfum. Z czystymi paznokciami. Odświętnie ubrani. W wyprasowanych koszulach. W rajstopach, które cisną i krawatach, które duszą. Albo w gryzącym swetrze w renifery. Ale uśmiechnięci. Trochę niecierpliwi. Trochę zawstydzeni, choć przecież to nie pierwszyzna. Podekscytowani. W powietrzu unosi się zapach barszczu. Głodni, choć z tego podekscytowania mamy ściśnięte żołądki. Czekamy, bo na niebie jeszcze nie widać gwiazd. Wypatrujemy. Co chwile okno przecieramy. I nagle… jest! Pierwsza Gwiazdka! Uśmiechamy się. Słychać trzask przełamywanego opłatka… Zaczęła się najpiękniejsza kolacja w roku.

Tak wygląda to od naszej strony. A jak kolacja wigilijna wygląda z perspektywy nieba? Co czuje pierwsza gwiazdka? Niepokój debiutu, strach, że się zgubi i tremę. Ale też wielką radość, że to ona będzie pierwsza, że ludzie czekają, że od niej, od tej malutkiej dziurki w niebie zależy teraz tak wiele. „To idę” - „Nie potknij się o Księżyc” - „PIERWSZA!!!”.
I jest.
Siadamy do stołu.

Prześluga zrobiła rzecz, która do tej pory wydawała mi się niemożliwa – zszyła tradycję z nowoczesnością. Tak, że nie widać szwów i wystających nitek. Zrosło się. Wygląda, jakby było tak od zawsze. Pokazała Wigilię nietuzinkowo. Pokazała Wigilię od strony przedmiotów, od strony symboli, od strony bombki, choinki (która akurat w tym przypadku jest nieco… hmmm… osobliwa), od strony karpia (ha! Ten egzemplarz akurat zostanie oszczędzony i żywy aż do końca kolacji, ba! dłużej nawet!), od strony brody Mikołaja (skrywa wiele tajemnic…) i Mikołajowej, która na co dzień pozostaje w cieniu, a niektóre dzieci nawet nie wiedzą, że istnieje ktoś taki (a kto dbałby o Mikołaja przez cały rok?!), od strony płatka śniegu i sianka pod obrusem. I od strony prezentu… Nawet najwięksi sceptycy (prezent ma bardzo niskie poczucie własnej wartości…) ulegają niezwykłej magii, która dzieje się tylko raz w roku. Dzięki takiemu sprytnemu zabiegowi, Prześluga podkreśliła wagę symboli, przypomniała, po co są Święta. Dała nawet instrukcje - „Jak się bawić”, „Jak śpiewać kolędy” i najważniejsze - „Jak przetrwać do następnych Świąt”. Bo to „most wonderful time of the year” przecież. Nawet dziś. W tym zabieganiu, materializmie, usilnym Świąt odczarowywaniu i odzieraniu z dodatkowych znaczeń, w tym pragnieniu by zamiast wełnianych ręcznie robionych skarpet z bałwanem znaleźć pod choinką albo PlayStation, albo iPada, albo fajną bluzę z kapturem, reklamowaną w telewizji (albo najlepiej wszystkie te rzeczy naraz). No bo w końcu robimy kolację z dwunastu dań, kupujemy osiem kilogramów mandarynek, jedziemy czterysta kilometrów do rodziny w Koluszkach i zasiadamy razem przy stole. Narzekamy, ale robimy. A to przecież coś znaczy.

A w tej niezwykłej książce pięknie znaczy! Nic dziwnego, skoro odpowiedzialna za stronę graficzną jest Jaga Słowińska i Moss Papers (przy okazji wspomnę tu o Annie Kukule i UNCO – przepiękną typografię i skład zrobili… w klimacie, magiczną i cały ten „pada śnieg, dzwonią dzwonki sań!”). Subtelne, stonowane grafiki, dużo zawijasów, maleńkich szczególików, złota, ornamentów i dekoracji. Ale bez przeładowania, bez przegadania. Perfekcyjna choinka! Wszystko co najważniejsze. I z humorem, z jajem, współcześnie bardzo. Kolejna mistrzyni igły w tej książce – też szyła tak, że szwów nie widać...

Kolacja wigilijna o coś więcej, niż zwykły posiłek. Nie chodzi o zaspokojenie głodu, choć tyle smakołyków na stole. Chodzi o symbole, o punkty, według których poruszamy się tego dnia, a które stanowią o jej wyjątkowości. To jak drogowskazy – gdy docieramy do kolęd, wiadomo, że wszystko idzie zgodnie z planem, gdy mijamy sianko, to wciąż jesteśmy na dobrej drodze, gdy dobijamy do prezentów, wiadomo, pięknie się udało. Możemy odetchnąć. Zdawałoby się, że w tym celebrowaniu jest nuda niezmienności, że jest skostniałość wieków, ale to ta powtarzalność rytuałów stanowi o pięknie Świąt. To, że wyciągamy z wielkiego pudła wciąż tę samą bombkę, która wisiała na drzewku naszej babci trzydzieści lat temu. I wieszamy ją. Mimo że jest ukruszona. Chowamy ją z tyłu, „od ściany”, ale jest…
„Tradycja. Nie rozumiem tej całej tradycji. Dlaczego na przykład mam siedzieć prawie rok w jakimś pudle i wychodzić z niego tylko na parę dni, w dodatku zimą, gdy dzień taki krótki i wszystko ma dwa kolory – czarny i biały? Bo to tradycja. Dlaczego muszę bimbać na kłującym świerku, a nie na przykład na huśtawce?” - pyta choinkowa bombka. Uśmiecham się. Ja też pytam czasami. Po co? Po co sianko pod obrusem, po co choinka, po co kilometry światełek, które co roku trzeba godzinami rozplątywać, a potem szukać tej jednej lampki, która akurat się przepaliła, po co jakieś puste miejsce przy stole, po co rozmowa ze zwierzakami o północy i po co dwanaście wigilijnych potraw… „Podłączyli nam lampki. Odbijają się we mnie miliony maleńkich światełek. Cała świecę! I cztery uśmiechy… Kot pacnął mnie łapką. Chyba mu się podobam. Zima już nie jest czarna i biała.”…

Właśnie po to, właśnie dlatego...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...