Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 20 grudnia 2016

374.ZAMIAST CZYLI „PISZĘ MELJA”

ARTUR JANICKI
„SKĄD SIĘ WZIĘŁY MAŁPY W INTERNECIE?”
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2015
ILUSTROWAŁ PRZEMYSŁAW SURMA

Bombki. Renifery. Mikołaje. Śnieg. Bałwanki. Kolorowe lampki. Porozkładane w strategicznych miejscach na sklepowych półkach. To ten czas, gdy tracimy głowy i wcielając się w Mikołajów, chcielibyśmy zasypać Dzieci prezentami. Tylko jak zobaczyć spod nich cokolwiek? Jak w tej górze prezentów oddychać??? Pokutuje przekonanie, że prezent musi być drogi. I najlepiej elektroniczny, bo tylko wtedy ma wartość. Komputer, tablet, laptop, ajfon – coś z dostępem do wi-fi byłoby najlepsze…
A ja proponuję coś zamiast. A może nie do końca zamiast. Może najpierw. Może obok. Może dodatkowo.
Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z internetem. To było w pierwszej klasie szkoły średniej na lekcji informatyki. Wiem, że dla niektórych brzmi to niewiarygodnie, ale jestem z pokolenia, którego pierwsza komórka była wielkości cegłówki i miała jeden zakres i które w dzieciństwie biegało, skakało, robiło ogniska, spało pod namiotem, zbierało butelki na sprzedaż, puszki i papierki po czekoladach do kolekcji i marzyło o piórniku z wyposażeniem, w którym w miejscu pióra była tekturka z piórem namalowanym. Wracając do lekcji… Nauczyciel posadził nas przed ekranem i powiedział coś w stylu „Pogrzebcie sobie w sieci”. Moja przyjaciółka, która miała dużo starszego brata, w dodatku zafascynowanego nowymi technologiami, chyba już miała w domu internet. Więc pokazała mi jakąś stronę z Lennym Kravitzem, w którym wtedy się kochałyśmy. „Możesz tu znaleźć wszystko” - rzekła i poszła do swojego komputera, chyba ściągać testy z angielskiego, albo tłumaczenie jakiejś piosenki. A ja siedziałam 45 minut przed tą jedną stroną, nie bardzo wiedząc, co z nią począć. Miałam w głowie pustkę – taki ogrom wiedzy, informacji, możliwości, że zupełnie, ale to zupełnie nie wiedziałam od czego zacząć i czego właściwie mam szukać.
Teraz jest inaczej, wiem. Teraz moja czteroletnia Córka mówi do mnie: „Mamo, piszę melja!” i „Mamo, wysyłam Babci zdjęcie na mesendżerze”.
A skąd w ogóle te „melje”? A skąd te mesendżery i inne? Skąd małpy, bez których żaden „melj” do „meljobiorcy” nie dotrze? Dla mnie to wciąż niewyobrażalne, fascynujące i ocierające się o magię – ta cała technologia, ta cała informatyka, to że przepisuję moje myśli, a ktoś, do kogo mam bardzo dużo kilometrów, może odczytać je już sekundę później. Czy nie warto się nad tym zastanowić ZANIM zaczniemy klepać w klawiaturę? Nie warto popić ze źródełka wiedzy? A może to być łyk orzeźwiający, lekkostrawny, o smaku pomiędzy oranżadą a sokiem malinowym.
Oto przed nami laptop. W wersji mini. Idealny do szkolnego plecaka (albo do damskiej torebki). Jest tu wszystko, co potrzeba – ekran, ikonki, zapis liczb w systemie dwójkowym („Dlaczego Internet lubi zera i jedynki?”)… I jest maaasaaa wiedzy! O najstarszej stronie internetowej, która wciąż działa, o wirusach komputerowych, o serwerach, o rozmowie przez internet, o emotikonach, o domenach, o filmach oglądanych online (nawet o tym, dlaczego się czasem zacinają i co to jest to całe „buforowanie” - wiecie???), o ruchu pakietów w światłowodzie, no i o tym, skąd się wzięły małpy w internecie (albo psy, jeśli jesteś z Rosji, albo ślimaki, jeśli z Włoch, albo słoniowe uszy, jeśli pochodzisz z Islandii...)! A wszystko świetnie zilustrowane przez Przemka Surmę – skomentowane zabawnymi, jednookienkowymi komiksami.
Podoba mi się, że po tym zagmatwanym, zawiłym świecie łączącym miliony komputerów, wymieniających wciąż setki milionów danych, oprowadza nas dziewczynka i jej tata. Banał może, ale warto, żeby nasze dziecko uczyło się ważnych rzeczy od nas, a nie „na podwórku”. A już na pewno rzeczy, które mogą być zagrożeniem – tu jest to liźnięte, maźnięte, zaznaczone, ale nie podkreślone. To, że trzeba być czujnym, sceptycznym i krytycznym wobec treści, jakie w internecie znajdujemy. Że trzeba umieć dzielić przez dwa, a czasem nawet przed sto dwa. I to, że nie można podawać swoich danych adresowych, bo nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie. I to, że Internet może uzależniać. Że to marudzenie? Że to tylko bla, bla, bla? Nic z tych rzeczy – to podstawy, to pierwsza sprawa, o której powinno się mówić, wprowadzając temat komputerów, internetu, sieci i „this whole thing”… Co nie zmienia faktu, że nie ma co popadać w obsesję i co nie zmienia faktu, że ostatni rozdział ma tytuł „Czy Internet może być piękny?”, a odpowiedź jest zdecydowanie twierdząca.

Więc jeśli już ktoś kupił elektroniczne coś i zamierza to wrzucić pod drzewko; jeśli to coś będzie miało dostęp do neta (a będzie, bo inaczej nie będzie cieszyć),to naprawdę warto dołożyć do tego Internetu instrukcję!  








1 komentarz:

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...