Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 16 grudnia 2016

372.PRZYZNAJĘ SIĘ

MÅRTEN SANDÉN
„ŚWIĘTA DZIECI Z DACHÓW”
(TŁ. AGNIESZKA STRÓŻYK)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2016
ILUSTROWAŁA LINA BODÉN

Pewnej zimowej nocy na peronie dworca w Sztokholmie pojawia się trójka dzieci. To Mago, Stella i najmłodszy – Issa. Plan wydawał się doskonały – przyjadą tu, napiszą do taty Mago, a on przyjedzie z Afryki i zabierze całą trójkę do ogromnego domu, gdzie każde z nich będzie miało swój pokój. Teraz jednak są głodni, zmarznięci i nie wiadomo, gdzie będą spać. Niepewnie rozglądają się po pięknie udekorowanym dworcu – już za 24 dni Wigilia. Szukają swoich twarzy na pierwszych stronach gazet – w końcu uciekli z domu dziecka. Ale nikt ich nie goni, nikt ich nie szuka. Nie interesuje się nimi żaden dorosły oprócz jednego - „gruby staruszek z brudną siwą brodą siedział oparty o ścianę”. Bezdomny pyta o drobne, a potem zaczyna się martwić o trójkę dzieciaków bez rodziców, bez grosza, bez perspektyw i bez miejsca do spania. Tylko że z nim nie jest dużo lepiej. Kartka „Proszę o datek. Jestem głodny” jest chyba niewidzialna, bo mężczyzna nie ma żadnych pieniędzy. Nagle Issa zaczyna interesować się futerałem, który leży przed włóczęgą. Za jego przyzwoleniem, wyciąga z niego skrzypce i zaczyna grać. Najpiękniej. Najdoskonalej. Tak, że do wystawionej naprędce czapki zaczynają sypać się monety. Płacą wszyscy przechodnie. Prawie. Jedna dziewczynka słucha uważnie, ale nie wrzuca nic do czapki. Kryje się pod swoim męskim za dużym kaszkietem i obserwuje. Po skończonym koncercie Issa wręcza całe mnóstwo monet mężczyźnie. Ten bierze je i odchodzi, utykając na jedną nogę. A dziewczynka w kaszkiecie zabiera uciekinierów do domu na dachu. „Jesteśmy dziećmi z dachów” - oznajmia potem. I dodaje, że Issa to ktoś naprawdę ważny, ktoś kto pomoże Niklassonowi przypomnieć sobie, kim naprawdę jest.
Kto to jest Niklasson? Ile tak naprawdę jest dzieci z dachów? Czy Mago doczeka się na swojego tatę? Czy ten tata w ogóle istnieje? Kim jest tajemnicza Miriam, która mieszka w czymś, co wygląda zupełnie jak powiększony domek dla lalek?
Nie mogłam czekać. Nigdy tego nie umiałam. Gdy byłam mała, nigdy nie wyjadałam czekoladek z kalendarza adwentowego zgodnie z harmonogramem. Robiłam sama ze sobą zakłady, obiecywałam sobie samej złote góry, ale w końcu nigdy nie potrafiłam się oprzeć i zaglądałam pod dwudziesty czwarty numer. To nie chodziło nawet o smak czekolady – chodziło o zaspokojenie tej palącej ciekawości, ciekawości nie do okiełznania, ciekawości bez dna i bez końca: czy w dwudziestym czwartym okienku jest but, sanie, Mikołaj czy gwiazda? Zawsze wiedziałam zanim nadeszła Wigilia.
Tutaj jest dokładnie tak samo. Nie potrafiłam oprzeć się czarowi tej historii! Oczywiście szybko znalazłam dla siebie usprawiedliwienie – nie mogłam tych dzieci zostawić samych na wielkim sztokholmskim dworcu, nie mogłam iść spać, gdy nie wiedziałam, czy wszystko z nimi w porządku. A potem, gdy zabrała ich do siebie Pirania – dziewczynka w kaszkiecie – nie mogłam przecież odłożyć książki – musiałam czuwać nad Stellą, która ma lęk wysokości i zupełnie nie nadaje się na dziecko z dachu! Wymówek było multum, żeby choć jeszcze jeden rozdział, żeby dalej i dalej, choćby do w miarę bezpiecznego miejsca, żebym była spokojna o los trójki uciekinierów. I musiałam przeczytać wszystko! Bo Sandén tak buduje napięcie, tak kończy każdy rozdział, że pytania się mnożą, a odpowiedzi skrywają się gdzieś w okolicach 23 i 24 rozdziału…
To książka-tajemnica – jest jak szkatułka zamykana na mały złoty kluczyk. Wieczko uchyla się z każdym dniem coraz szerzej, ale wciąż dostrzegamy tylko fragment tego, co jest w środku. Jest piękne, jest magiczne, jest błyszczące, fascynuje, kusi, przyciąga… Niesamowite, jak bardzo ta książka pachnie Świętami, jak przypomina o ich istocie, jak przywołuje symbole (Stella znaczy gwiazda, a ojciec Mago na imię ma Melchior i pracuje w kopalni złota..), jak jest zimowa i nastrojowa! Piękna po prostu! Do oglądania też – delikatne, acz misterne rysunki, stonowane w swojej kolorystyce, ale pełne szczegółów, dopełniają tę historię jak należy.

A czytanie jej to doskonałe ćwiczenie woli, doskonały kalendarz adwentowy, doskonały sposób, by czekać. Ja, słaba istota, nie wytrzymałam i uległam pokusie… I niby wszystko było tak, jak myślałam że będzie, niby rozsiane po całym tekście wskazówki, zebrałam i pookładałam przed sobą w spójny obraz, niby od początku wiedziałam, kim jest Niklasson… Skoro tak, skoro to wszystko proste takie, bez dna drugiego, bez zagadki, to dlaczego tak bardzo dałam ponieść się emocjom? Dlaczego wzruszyłam się do łez, do potoku, do oceanu? Dlaczego chciałam od razu zacząć czytać „Święta dzieci z dachów” od nowa? Nie! Tego nie zrobię! Moje małe/wielkie oszustwo upchnę z powrotem w małe, kilkucentymetrowe okienka, zakleję przezroczystą taśmą klejącą, a od deski do deski przeczytamy tę cudną książkę gdy błyśnie pierwsza gwiazda, wprost pod choinką...









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...