Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 25 lutego 2016

307. FRAGMENT WYCIĘTY NOŻYCZKAMI

LUCYNA KRZEMIENIECKA
„Z PRZYGÓD KRASNALA HAŁABAŁY”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁ ZDZISŁAW WITWICKI

Nie byłam przekonana co do tego spotkania.
Ona lat 3,3. Paluszkiem biega po ekranie dotykowego telefonu i uwielbia strzelać sobie selfi. Pasjami wielbi kolor różowy, najlepiej ten jasny. Jej rodzice robią zakupy przez internet i odbierają za pomocą jakichś dziwnych kodów z wielkiej szafy przy hipermarkecie. I wszyscy cykają foty, które widać od razu. I choć ona nie omija lasu szerokim łukiem i wie, co to jest „sromotnik smrodliwy” to jest jednak miastowa panienka XXI wieku.
A On? On lat 62. A że bohaterom literackim liczy się lata pewnie razy dwa, więc na karku dobrze ponad wiek. Bawi się w cenzurowane, gdzie królowa siada na tronie kolkowym, gada jakoś tak dziwnie – niby prozą, a przecież wierszem, wita się słowami „czy pani zdrowa?” w miejsce „hej, cześć albo siema”, przyjaźni się z wilgą, wiewiórką i sójkami, a z ludzi to zna Sidrygę, Kumigę, Bryndę, Rzepigę i na dodatek babę Sabę.
A jednak się bardzo polubili. Od kiedy się poznali, to rzadko się rozstają. Spędzają ze sobą czas w domu, w samochodzie i codziennie w tramwaju, w drodze do przedszkola. Jej nie przeszkadza, że On mówi: „Wpierw się do wstania nie przymuszę, zanim nie zabrzmią fujarki pastusze!”, a ktoś odpowiada mu „Od dwudziestego marca zagrzewa słonko choć starca.”. Rozumieją się. Może nie słowo w słowo, ale się dogadują. Podpytywałam ją, czy nie jest za trudno i czy na pewno wie, o co chodzi. Z przekonaniem kiwała głową. Nie wierzyłam, ale zaczęłam przepytywać z treści. Ku celom wyższym. Odpowiadała bez zająknięcia. Wiedziała, że jest krasnalem, że ma na imię Hałabała, że mieszka w opuszczonej wiewiórczej dziupli, że nosi krecie futerko i że przeżywa przygody. Z przygód lubi chyba najbardziej tę, gdy Hałabała wybiera się na spacer z borsukiem, ale nie mogą się dogadać co do pory wyjścia. A może tę, gdy krasnal prosi leszczynę o zapasy orzeszków? Ja zaczytuję się w tej, gdy zimą baba Saba zaprasza Hałabałę na wesele, ale tylko pod warunkiem, że przyniesie bukiet, co daje szczęście. A razem podczytujemy, jak bawi się z małymi jeżykami w cenzurowane. Co to jest to cenzurowane? Podpytujemy Babci, bo to taka zabawa z jej czasów i płynie do nas jakieś zamglone wspomnienie, jakieś urywki zabaw na podwórku przed kamienicą, zasady, wyciągane z czeluści pamięci. Bo teraz już przecież nikt nie zbiera plotek i nie opowiada ich królowej…

Cieszy mnie ta przyjaźń ogromnie, bawię się nią sama, podsycam uczucie między nimi rada, że Hałabała to wartościowy przyjaciel. I mimo że różowego u niego nie uświadczysz, ba!, ubogi w kolory, trzema barwami świat maluje, to powstał nawet pomysł, żeby obrazek z niedźwiedziem powiesić w dziecięcym pokoju. Tylko przerażenie w jej oczach sprawiło, że jeszcze nie wisi. „No bo jak mamo będziemy czytać Hałabałę, jeśli wytniesz kawałek książki?”









306. ELEMENTARZ Z ALĄ



CZESŁAW JANCZARSKI
„JAK WOJTEK ZOSTAŁ STRAŻAKIEM”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA MARIANNA SZTYMA

ALINA I CZESŁAW CENTKIEWICZOWIE
„ZACZAROWANA ZAGRODA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA AGNIESZKA ŻELEWSKA

Majka woli kreskówki z mojego dzieciństwa, niż te współczesne. Jeśli trzymam w jednej ręce „Tajemnice Wiklinowej Zatoki” a w drugiej „Krainę lodu” to mogę być pewna, że wybierze rok 1984. Ostatnio zaczęłam rozmawiać z Tatą Majki o tym, czy to nie jest tak, że ja i on wysyłamy jakiś przekaz podprogowy. Nieświadomy także dla nas samych. Takie „wybierz lewą!”, którym to zaklęciem zaklina się gdzieś w głowie. Bo to nasze dzieciństwo, nasz „raj utracony”, nasz chleb z cukrem, bazy, podrapane kolana i wieczorynka o 19, na którą czekało się cały dzień. To coś, co było/chyba ciągle jest/ kawałkiem nas samych. Dlatego tak bardzo chcemy, żeby ona też pokochała bohaterów naszego dzieciństwa.
Po części ta sytuacja przekłada się na książki. Na wszelkie wydania „z tymi samymi rysunkami”, które wyszukuje się w antykwariatach (albo kupuje czasem z bajońskie sumy na portalach aukcyjnych). Na „Elementarz”, bo jak go nie będzie, to nie ma przecież szans, by nauczyć się literek. I jak nie będzie Ali, to jak opanować A literkę? To oczywiście można drążyć psychologiczną łopatką – jeśli miało się szczęśliwe dzieciństwo, chce się do niego wracać i wierzy się, że to, co nas ukształtowało jest dobre dla następnych pokoleń. Bla, bla, bla.
Oczywiście, że „Ala ma kota” to najważniejsze zdanie „Elementarza” Falskiego (którego nota bene nie było w pierwszym wydaniu…), że Lassie zawsze wraca, a pies jeździ koleją i to jak synonim 100%, że najpiękniejsze rude włosy ma Ania z Zielonego Wzgórza i że „Im bardziej prószy śnieg, tym bardziej sypie śnieg” (źródło cytatu jest oczywiste i w oczywistym tłumaczeniu - nie będę się ośmieszać przytaczając je).
Nie mniej jednak bohaterowie z lat dziecięcych, są już dorośli. Czasem starzy. Mówią językiem niezrozumiałym, mają przestarzałe poglądy na świat, zabawy i obowiązki (ostatnio dziesięcioletni syn koleżanki zastanawiał się, czytając „Chłopców z placu broni”, po co zbierać kit?).
Jak zaradzić, jak wyjść z impasu, jak znaleźć środek złoty, nie pozłacany?
Nasza Księgarnia wpadła na świetny pomysł. Wyciągnęła z dna szafy te wszystkie Szewczyki Dratewki, czarne owieczki, Wojtków, co marzą, by być strażakami i pingwiny, które pewien profesor zamknął w lodowej zagrodzie i dała im nowe ubrania. Współczesne. Piękne. Niebanalne. Oczywiście takich zabiegów jest tysiące. Kolejny Brzechwa w koszmarnej oprawie komputerowych obrazków, twory grafików, nie ilustratorów, tysięczne wydania tej samej literatury. Ale Nasza Księgarnia postawiła na jakość. Zaprosiła do współpracy ludzi pasją, z sercem, z pojęciem o technice, z pobrudzonymi od kredek/farb/kleju palcami. Takich, którzy na pewno przed zilustrowaniem książki ją czytają i zastanawiają się, jak zakomponować stronę, jak wydobyć z bohaterów istotne cechy pociągnięciem pędzla. Zaprosiła profesjonalistów, ilustratorów książek dla dzieci z doświadczeniem. Powstała bardzo dobra seria – dobra, bo piękna. A jak piękna, to i tekst zyskuje. Zyskuje nowych czytelników. Takich, którzy po latach będą szukać w internecie wydania „Zaczarowanej zagrody” z ilustracjami Żelewskiej i będą mieli przed oczami Wojtka Sztymy.

I choć akurat na czarną owieczkę Orłowskiej-Gabryś się nie zamieniam, to doskonałą Żelewską przyjmuję, jak swoją.  














sobota, 6 lutego 2016

305. PRZEBIEGŁOŚĆ MYŚLOWA

SOPHIE SCHERRER
„MAŁA NINA”
(TŁ. MARTA KRZEMIŃSKA)
BIBLIOTEKA AKUSTYCZNA, WARSZAWA 2015
CZYTA JOANNA PACH-ŻBIKOWSKA

Małe Dziecko zadaje dziennie coś tak około pół tysiąca pytań. Im starsze, tym pytań jest mniej – to naturalne, bo rosnący człowiek wie coraz więcej o świecie, doświadcza i poznaje. Z czasem pytania stają się głębsze – nie można już na nie odpowiedzieć jednym słowem, nawet nie jednym zdaniem. W dzieciach piękne jest to (choć bywa przekleństwem zmęczonych dniem dzisiejszym rodziców), że mają naturalną potrzebę zgłębiania świata. Piękne jest też to, że nie boją się pytać, nie ma dla nich tematów tabu i faktycznie analizują to, co powiesz. Są do bólu czasem logiczne, są inteligentne i „myślowo przebiegłe”- poddają w wątpliwość, sprawdzają, czy odpowiedź pasuje kolorem, kształtem, fakturą. Zazdroszczę im tej odwagi, by chcieć być mądrym, by podważać i dążyć do sedna.
Mała Nina z pewnością nie tylko czuje, ale myśli. Nie odrzuca „szkiełka i oka”, wręcz przeciwnie, kieruje się na równi emocjami, co dociekliwością.
Ma lat osiem, rozwiedzionych rodziców, jako jedyna dziewczynka na placu przed szkołą dzierży dwa rożki z cukierkami na rozpoczęcie nauki i bardzo chciałaby mieć psa. Pies odpada, bo mama Niny „dość ma już roboty przy niej samej”. Ale może chociaż świnka morska, którą można kupić za własne pieniądze ze świnki skarbonki?

Właśnie dlatego, że każde dziecko jest z natury swej naukowcem, odbiór „Małej Niny” może być różny. Bo też Scherrer nie napisała książki o małej głupiutkiej dziewczynce, która bierze świat takim, jakim jest, zgadzając się pokornie na to, jakim chcą go pokazać dorośli. Ona myśli. I ma odwagę (niektórzy pewnie powiedzieliby „czelność!”) nie zgadzać się z dorosłymi i z ich oglądem świata. „Do połowy było super, ale potem wyrzuciłam książkę do kosza” - czytam w jakiejś internetowej recenzji. Bo wkraczamy w rzeczy niewygodne – w dziecięce postrzeganie wiary. Autorka staje w kościelnej ławce obok 8-letniej Niny przygląda się, jak dziewczynka wypluwa opłatek do złączonych dłoni, żeby zabrać go ze sobą do domu, zrobić z niego zakładkę i mieć go zawsze przy sobie. Staje obok, gdy Nina chce ochrzcić swoją świnkę morską, bo martwi się o jej życie pozagrobowe. Ale religia to nie jedyna sprawa, która daje Ninie do myślenia. Troszkę za jej, autorki, sprawą, Nina staje wobec niełatwych sytuacji – po rozwodzie rodziców, Nina zawsze ma dwa przyjęcia urodzinowe, ale czy będzie miała też dwie komunie?; jak zareaguje na nowego mężczyznę u boku swojej mamy?; jak przyjmie nową „koleżankę” - córkę partnerki swojego ojca? czy będą „siostrami” tak szybko, jak chcieliby tego ich „zakochani” w sobie rodzice? A co się stanie, gdy ukochaną świnkę morską rozszarpie pies sąsiadów? Scherer nie daje Ninie łatwego życia, choć jest to życie szczęśliwe. Sprawia, że Nina zderza się z rzeczywistością czasem bardzo boleśnie, ale pozwala jej wstać, rozmasować guza na głowie i MYŚLEĆ o tym, co się wydarzyło, reagować zgodnie z 8-9-letnim sumieniem i doświadczeniem, analizować i wyciągać wnioski. W wersji audio słychać to nawet mocniej – Joanna Pach-Żbikowska świetnie moduluje głos, nadając mu tony piskliwej ośmioletności i mocnej rezolutności małej Niny. W zderzeniu ze sprawami ostatecznymi i ze sprawami wzniosłymi, okazuje się, że nie wszystko jest tak proste i oczywiste, jak wydawałoby się dorosłym. A Nina na zastany porządek rzeczy reaguje dociekliwością, nie zgadza się na: „bo tak jest i już”. A ja podziwiam tylko Sophie Scherrer, że jest tak doskonałą obserwatorką dzieci; że udało jej się napisać książkę, która wywołała taką burzę – czyż nie oznacza to, jak dawno wyrośliśmy z zadawania pytań?

wtorek, 2 lutego 2016

304. BEZ PODTEKSTÓW

AGNIESZKA HORUBAŁA
„STO NÓG STONOGI FRUZI”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁA ZOSIA DZIERŻAWSKA

Niedzielna wycieczka. Mijamy fabrykę lodów. „To tak jak fabryka butów!” - krzyczy Majka tryumfalnie. Najpierw zaczynamy tłumaczyć coś o różnicy między butami a lodami, ale córka patrzy na nas zdziwiona. „No jak u Fruzi, fabryka butów!”. A no tak! Literatura, która wkracza w rzeczywistość…
Ale po kolei! Bo fabryka butów była prawie na końcu.
Fruzia jest stonogą. Taką sobie zwyczajną, co mieszka w pewnym niewielkim miasteczku, ma konwaliowe mydło, lubi gorące kakao, zapach maciejki i swój ogród. Ma pracę, którą bardzo uwielbia – robi na drutach skarpetki i sprzedaje je w przydomowym sklepiku. Skarpetek ma Fruzia całe mnóstwo, bo też na swoje sto nóg trochę ich potrzebuje. Butów natomiast ma tylko pięćdziesiąt par – po jednym na każdą nogę. Na jednej parze nosi trampki, na innej baleriny, na jeszcze innej mokasyny. Wyobrażam sobie, jak zmęczone musiały być jej nogi, gdy po całym dniu w różnych butach przychodziła w końcu do domu i mogła zdjąć całe sto, co do jednego! Najgorsze jednak było to, że Fruzia wybiera się w góry, a jak wiadomo, tam potrzeba butów wygodnych i mocnych, które uniosą właściciela na sam szczyt. Fruzia więc wybiera się do sklepu, żeby zakupić pięćdziesiąt par solidnych damskich traperów. Okazuje się jednak, że to nie takie proste i na zakupy będzie musiała poświęcić dużo więcej czasu, niż my, dwunożni, kiedykolwiek.
I fabryka butów, o której wspomniałam na początku, mogłaby się wydawać całkowitym kart odkryciem, zabawy odebraniem i zdradzeniem zakończenia, ale uspokajam, że ta historyjka kryje w sobie coś więcej.
Dawno nie czytałam tak bezpretensjonalnej książki dla Dzieci, tak pozbawionej moralizatorstwa, takiej zwykłej, ciepłej historyjki. Jest Fruzia, buty, kolorowe skarpety, zapach maciejki i czytanie w łóżku ulubionych książek. Nie ma podtekstów, nie ma zagadek, nie ma drugiego dnia. Ot taka sobie opowiastka o sympatycznej stonodze, która ujęła moją córkę. Jakoś się ostatnio przyzwyczaiłam do tego, że w większości dziecięcych książeczek przemyca się wiedzę. Że w innym wydaniu Fruzia trafiając do fabryki butów zaliczyłaby linię montażową i krótki kurs współczesnych technologii obuwniczych. A ona nie – poszła po prostu po buty, a nie po przyswajanie, notowanie, obserwację. Zaskoczyło mnie to i zaraz zaczęłam próbować wtłaczać wiedzę dodatkową, od siebie - „A wiesz ile nóg ma naprawdę stonoga?”*; „A policz ile owadów występuje w książce” (sprzedawczyni mrówka, sprzedawcy komar i świetlik, klientki ważka i biedronka, klient konik polny, szewc pająk, „informatorka” motyl, ochroniarz bąk, właścicielka pensjonatu stonka i rzesza postaci trzecioplanowych i tła). Ale szybko zrezygnowałam, poddając się niespiesznemu rytmowi opowieści i idealnie dobranym delikatnym rysunkom.
A Majka?
-O czym jest ta książka?
-O tym, że Fruzia szła do sklepu, a oni mówili „Co?! Ile?!” i mówili „Idźcie gdzieś tam, wtedy znajdziecie buty”. I Fruzia tam szła, gdzie kazali i tam spotkała stonogę drugą, pana Stonogę i zajmował dużo miejsca. Kupili w końcu buty!
-A podobała ci się książka?
-Podobała. Najbardziej, że wszystko było OK i że później wszystko skończyło się dobrze. I że już spała.
Dobranoc Fruziu.







*otóż jeśli ktoś chce wiedzieć to podobno zależy od gatunku i podobno od 30 do nawet 400.