Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 29 marca 2017

402. KSIĄŻKI BEZ SŁÓW

Są takie dni, gdy nie mam sił. Przychodzę do domu, nogi bolą po wspinaniu się na czwarte piętro, w środku głowy mam jeszcze wciąż małpy z miliona maili, które przeczytałam tego dnia w pracy, a do tego zaczyna boleć głowa. Najchętniej zakopałabym się pod kocem, tak głęboko, że nie byłoby mnie widać i spałabym ze trzy dni. Ale w progu wita mnie radosny szczebiot mojej Córki: „poczytamy?”.
Albo w sobotę rano… Sobota to magiczny dzień – w tygodniu zwlekam Majkę z łóżka, stosując drastyczne metody – zrywanie kołdry i przymusowe pionizowanie. A sobota – zimne stopy, które przytulają się do moich ciepłych, snem rozgrzanych i jakieś chichoty, jakieś słowa, twarda okładka książki wbita w mój bok… podnoszę powiekę – jest 6:23… I słodkie, donośne „poczytamy?”.
No czasami mi się nie chce! Język mam zdrętwiały. Oczy bolą. Albo wolałabym poczytać sobie, „w głowie”. I choć uwielbiam głośne czytanie mojemu Dziecku, to czasem mam ochotę wrzeszczeć - „naucz się już literek!”.
I wtedy pojawiają się takie książki - koła ratunkowe. Książki bez słów. Książki, w których można układać fabułę, jak nam wygodnie – nawet nielogicznie, nawet bez sensu, z dialogami lub bez… To książki, które można wyciągnąć, jak magik z kapelusza, w najlepszym możliwym momencie, wręczyć dziecku, posadzić je tuż obok siebie i półsennie słuchać, jak zmyśla, wymyśla, bawi się słowem… Polecam taki sposób na niedospane sobotnio-niedzielne poranki… Zawsze warto mieć coś „bez słów” w zasięgu dłoni, wyciągniętej z okolic łóżka – szafka nocna, pod-poduszka, podłoga tuż przy wezgłowiu…

KONCEPCJA KRZYSZTOF ŁANIEWSKI-WOŁŁK
„BINEK I PULPET W ŚWIĄTYNI MAJÓW”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁ ADAM WÓJCICKI

Niby zwykła wycieczka: jakiś Jukatan, Gwatemala, Meksyk czy inny las tropikalny. Wycieczka autobusem firmy Polonus Rex, wprost w okolice świątyni Majów. Wszędzie aparaty fotograficzne, chcące utrwalić szczegóły: dziwne zwierzęta, niesamowitość zieleni, osobliwości architektoniczne. Binek też może zrobiłyby kilka zdjęć i uważnie przyjrzał się krajobrazowi, gdyby nie Pulpet! Wyrywa chłopcu smycz z ręki i biegnie. Gdzie? Wprost do wejścia do świątyni. Binek nie ma wyboru – przecież nie odjedzie stąd bez psa! Cały mokry, spocony i zmęczony upałem, biegnie za swoim pupilem...
Co to jest za książka! Co to jest za wyprawa! Ogrom szczegółów, kolorów, wątków, dynamiczna akcja (każdy Binek na stronie to inny moment wędrówki), niebezpieczne pułapki i nieprawdopodobne przygody: zjazd rwąca rzeką, przeprawa na lianie przez potok, w którym mieszka krokodyl, rejs czółnem, walka z wężem, zrywający się most i walące się na głowy starożytne cegły… Dzieje się! Właściwie nie wiem, co się dzieje najpierw, a co potem, co jest skutkiem a co przyczyną, gdzie się przygoda kończy, a gdzie dopiero zaczyna… Nie bez powodu na okładce widnieje „tam i z powrotem”! Można tę historię zacząć opowiadać od tyłu do przodu, można zacząć od środka… Jest też pewien haczyk… Na każdej ze stron ukryły się elementy do znalezienia: trzy węże, rytualna maska Majów, pięć małpek złodziejek (ach, jak trudno je dostrzec wśród innych małp!) i nieśmiały Kinkażu, który od razu został maskotką całej książki i szuka się go w pierwszej kolejności (najpierw myślałyśmy, że to imię, ale naprawdę istnieje takie zwierzę, które unika bezpośredniego kontaktu ze światłem słonecznym… może stąd pomysł, że jest nieśmiały?). A gdy już wszystko znaleźliśmy, gdy emocje opadły, gdy Binkowi i Pulpetowi jakoś udało się wykaraskać ze wszystkich tarapatów, to jest jeszcze magiczna tablica… Na tej tablicy rysunki, literki, cyferki… O co tu chodzi? Szyfrujemy, jak prawdziwi łamacze Enigmy… 4K, 1I, 20O… i tak dalej… i nagle… Czyżby? Naprawdę? Niemożliwe? Są tam? Ale gdzie? No to Z POWROTEM!!






DOBROSŁAWA RURAŃSKA
„ZNAJDKA”
TADAM, WARSZAWA 2016

Dobrosława Rurańska urzekła mnie już kiedyś, przy okazji „Myszki”. Teraz utwierdziła w przekonaniu, że jej talent wielki jest! Stworzyła prześliczną, przewspaniała opowieść o samotności! To zupełnie nieprawdopodobne, jak wiele emocji, jak wiele myśli, jak wiele uczuć przekazała samą tylko ilustracją. No, nie „tylko”, aż! Jej obrazy są misterne, zaszczegółowione, kunsztowne i dopracowane. Te listki! Te trawy! Te blaszki na grzybów kapeluszach! Te łuski rybie! Te ziarnka malin! Te wnętrza kwiatów, które z taką ochotą obsiadają owady! Rurańska kocha się w przyrodzie i to widać. Narysowała jej magię, jej witalność. Tu wszystko żyje, brzęczy, rusza się, pełza, kołysze… Oglądanie tej książki to tak, jakby w pełni lata położyć się na łące i wtopić się w tło, usłyszeć ziemię, otworzyć się na to, co widać, słychać, co rodzi się, co rozkwita… Natura ma zawsze wiele spraw do załatwienia, jest pracowita, nigdy się nie zatrzymuje i to wszystko jest w tym picturebook'u. Cała natury witalność. No i jest też jeden czarny zwierz (roboczo nazwijmy go kotem dla potrzeb interpretacji…). Jeden, sam, choć wszystko wokół niego istnieje podwójnie – dwa robaki, dwie ryby, dwie muchy i dwie myszy… Kot nagle zdał sobie sprawę, że czegoś, kogoś!, brakuje u jego boku… Zaczyna się zastanawiać, może nawet tęsknić… Ale Natura nie darmo nazywana jest matką – podsuwa Kotu jajo… To co, że dwie ryby wyglądają identycznie, to co, że dwie muchy wyglądają identycznie, to co, że dwa słonie(???) wygadają identycznie, a on i jajo to dwie zupełnie różne postacie… Kot jest czarny, jajo złote, kot jest puchaty, jajo gładkie, kot ma uszy i ogon, jajo jest okrągłe… Ale teraz kot też istnieje podwójnie, ma się o kogo troszczyć, ma kogo przytulać w nocy, ma z kim dzielić się malinami i obserwować świat… Tylko co wykluje się z jaja???








SONIA CHAINE, ADRIEN PICHELIN
„SWOIMI SŁOWAMI… CZERWONY KAPTUREK”
ENTLICZEK, WARSZAWA 2016

Na koniec absolutna perełka!
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę książkę pomyślałam – to mapa skarbów! Skarbami są słowa, skarbem jest opowieść. Choć przecież słów nie ma w tej książce. Nie ma nawet ilustracji. Są znaki! Dziewięć prostych form graficznych – mama to niebieski trójkąt, Kapturek jest oczywiście czerwony, a babcia ma kolor fioletowy. Las to po prostu zielony kolor. A wilk, bez którego nie byłoby żadnej wersji „Czerwonego Kapturka”? To czarne nożyce.
Instrukcja jest prosta – dajemy Ci ważne dla historii miejsca, przedmioty i bohaterów – reszta należy do Ciebie! Można iść tropem znanej wszystkim baśni, tylko użyć do jej opowiadania słów z własnego, prywatnego słownika, a nie posiłkować się stylem Grimmów. Być może dziewięć symboli to za dużo, by zapamiętać, by się nie pomylić i nie opowiedzieć babci zamiast myśliwego… Jest sposób – na czerwonej wstążeczce przyczepiona jest do książki zakładka – a na niej najprawdziwsza ściąga, bryk taki, bo jest i legenda, wyjaśniająca symbole i streszczenie baśni w 32 punktach. Ale warto po prostu puścić wodze fantazji, nie trzymać się ram i opowiedzieć swoją własną baśń. To może się wydawać trudne, może być na początku mozolne, może krępować, możemy myśleć, że „ja nie potrafię” i wracać na spokojne, utarte szlaki klasycznej opowieści. Albo, co gorsza, odrzucić tę książkę. Ale warto wyjść z kokonu, warto dać popracować zastygłej wyobraźni, warto kompletnie oderwać się od „Czerwonego Kapturka” i podryfować gdzieś na zupełnie inne oceany… Jeśli się wstydzimy, to pierwszy raz można powiedzieć coś samemu sobie. Jeśli się boimy, że nam nie wyjdzie, to można opowiedzieć sobie „Bajkę geometryczną” - w domu stał trójkąt, drugi poszedł drogą i spotkał nożyczki… Drugi raz można dodać więcej szczegółów – choćby uzupełnić kolory: jeden trójkąt był niebieski, a drugi czerwony, a droga biała, a nożyczki czarne. Trzeci raz warto dodać - „Dawno, dawno temu” na początku. Czwarty raz – pójdzie samo!

Ta niepozorna książeczka kryje w sobie prawdziwą magię! To trochę jak podręcznik bajkopisarstwa, trochę jak podręcznik do ćwiczeń wyobraźni, trochę jak pomoc przy pokonywaniu własnych słabości – wstydu i niewiary w siebie. Od tej książki mogą się zacząć bardzo ciekawe historie! Każdy z nas może być bajko-twórcą!







poniedziałek, 27 marca 2017

401. TROCHĘ STARSZY TYDZIEŃ PO RAZ PIĄTY CZYLI GDZIE WSZECHŚWIAT MA LEWĄ STRONĘ?

JANUSZ LEON WIŚNIEWSKI
„MARCELINKA RUSZA W KOSMOS. BAJKA TROCHĘ NAUKOWA”
TADAM, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA ANIA JAMRÓZ

Marcelinka na razie jest myślą. Powstała w głowie swojej mamy. A skoro już gdzieś powstała, to znaczy, że jest. Unosi się więc we Wszechświecie, który ludzie zwykle piszą wielką literą, przytłoczeni jego ogromem. Marcelinka czeka na to, aż będzie mogła pojawić się na Ziemi. I chce w tym Kosmosie znaleźć Najważniejsze. Teraz dryfuje gdzieś po lewej Wszechświata stronie i prowadzi naukowe dyskusje z Żywą Duszą, którą tam spotkała. Ta żywa dusza to Duszek, co ma dużo włosów na głowie, chodzi poczochrany, ale lubi, gdy go czesać, mruczy czasem z zadowolenia, cieszy się że spotkał Marcelinkę, bo przestało mu być nudno i umie odpowiedzieć na każe pytanie o Kosmosie, jakie tylko istnieje. No prawie.
Bo ta książka to wyjątkowe połączenie nauki, bajki i filozofii. A jak wiadomo, filozofia nie potrafi odpowiedzieć na wszystkie pytania („wiem, że nic nie wiem”), a w bajkach może się zdarzyć wszystko.
Wydaje mi się, że można tę „bajkę trochę naukową” interpretować na wiele sposobów. Nie do końca bowiem wiadomo, czy Marcelinka porusza się po tym Kosmosie, który badają naukowcy, po tym, który zmierzony, zważony, ten zdeptany stopą ludzką w kombinezon specjalny schronioną i łazikami, sondami, pojazdami kosmicznymi, czy to jakiś Kosmos-wyobrażenie, Kosmos-niebyt, Kosmos z wykrzykników, które przewijają się w ludzkiej mowie: „ale Kosmos!” to przecież coś nie ogarniętego myślą, zupełnie nie do pojęcia. Czy to miała być trochę lekcja astronomii, budowy Wszechświata, sprytnie ukryta w bajce o małej dziewczynce? Dużo tu czarnych dziur, fotonów, karłów, lat świetlnych i grawitacji, dużo podróży z prędkością światła i wyliczania, jak daleko Słońce jest od Ziemi i ile byśmy do niego jechali samochodem. Ale nie do końca w tej przestrzeni kosmicznej się odnajduję. Chwyciłam tylko tę myśl początkową, że mama sobie Marcelinkę wymyśliła, że ciągle właściwie ją stwarza w wyobraźni i dlatego ona już jest. Chwyciłam to, co znam, bo dobrze pamiętam, jak sama, głaszcząc ciążowy brzuch, swoją córkę we Wszechświat posyłałam. I piękno w tym znalazłam… Ale jeśli chodzi o te wszystkie mądre słowa jak Wielki Wybuch, cząsteczka i Osobliwość… szukam dość po omacku, wrzucona na tę lewą stronę Wszechświata, tuż obok Marcelinki, przycupnięta i niewidzialna, nie mogę zadawać pytań. Zazdroszczę dziewczynce, bo ona ma przynajmniej Duszka.
Marcelinka „pomyślała, że każdemu dziecku przydałby się taki Duszek, który wie prawie wszystko o Wszechświecie. Podczas układania jego włosów można by tak wiele się dowiedzieć i nawet trochę zrozumieć.” [s.29]
No nie tylko dziecku by się przydał! Mnie też, mnie dorosłej, która nie umie mnożyć lat świetlnych przez kilometry, która nie umie „emcekwadratować” i która nie wie w co zmienia się foton i kiedy… Pogubiłam się i właściwie zrozumiałą dla mnie było jedno – ciekawość, ogromna, niepohamowana ciekawość Marcelinki, ta dziecięca, ta naiwna, ta z głodem wiedzy, poupychanym między milionem pytań, które dziewczynka zadaje! Odpowiedzi już nie zawsze przyswajałam...
Janusz Leon Wiśniewski jest naukowcem - z wykształcenia jest fizykiem, ekonomistą, doktorem informatyki, a na dodatek doktorem habilitowanym chemii. Ma prawo gadać niezrozumiale, ma prawo przynudzać i usypiać studentów swoim ciepłym, wykładowym głosem. Nawet Marcelinkę znudził w pewnej chwili, wkładając w usta Duszka zbyt zawiły „kosmiczny” monolog: „czasami, szczerze mówiąc, Duszek przynudzał. Wtedy zamiast go słuchać, myślała o tym, co robi teraz mama na Ziemi.” [s.49] Ja odpływałam moimi myślami niesfornymi i nie-logicznymi, tymi niepoddającymi się naukom ścisłym w stronę ilustracji. Są oszałamiające! O-SZA-ŁA-MIA-JĄ-CE!Ania Jamróz absolutnie przyćmiła wielkie nazwisko autora, stłamsiła tekst swoimi pędzlami, kredkami i cienkopisami, sprawiła, że chłonęłam te obrazy i układałam w głowie własną historię.

A może to właśnie o to chodziło? O tę samodzielną po Kosmosie podróż? O poruszenie wyobraźnią i ujrzenie niewidzialnego??? O to, że to w końcu na Ziemi, w przestrzeni znanej i oswojonej jest to, co Najważniejsze?...











niedziela, 26 marca 2017

400.TROCHĘ STARSZY TYDZIEŃ PO RAZ CZWARTY CZYLI DLACZEGO MAM MOKRĄ PODUSZKĘ

„WILCZE DZIECI” (TOMY 1-3)
HISTORIA: MAMORU HOSADA
ILUSTRACJE: YU
PROJEKT POSTACI: YOSHIYUKI SADAMOTO
(TŁ. MONIKA SEKULAR)
WANEKO, WARSZAWA 2016

A wiedzieliście, że mangę czyta się „od tyłu”? Że jest rysowana przeważnie czarno-biało (oprócz okładki i kilku pierwszych stron) i wydawana na podłym papierze? Ja nie miałam pojęcia. Nie znałam dotąd mang, choć w głowie dźwięczy mi jeszcze muzyczka z „Czarodziejki z Księżyca”, oglądanej w dzieciństwie. Ale dla tej historii musiałam zacząć czytać od prawej do lewej…
Hana się zakochuje. Tak zupełnie nagle i niespodziewanie. Ten chłopak jest piękny, tajemniczy i zamknięty w jakiejś nieodgadnionej skorupie. A Hana jest prostolinijna, szczera, otwarta. Jest jak otwarta dłoń – niczego nie kryje, wszystko daje od siebie. To ona pierwsza wyciąga rękę. Ale on za nią chwyta. Idą dalej razem – przez łąkę, przez życie. Okazuje się, że chłopak faktycznie coś ukrywa. Każe jej zamknąć oczy, a gdy Hana je otwiera, stoi przed nią wilk. „Mój ojciec był potomkiem jednego z ostatnich japońskich wilków. Ten gatunek wymarł przed około stu laty.” Hana nie ucieka, nawet nie odchodzi…
Trochę później dzwoni do chłopaka, a w dłoni trzyma książkę „Poród w domu” - przecież nie może iść do lekarza zrobić badań, przecież dziecko w jej brzuchu ma teraz postać wilka, prawda?
Hana i chłopak-wilk są szczęśliwi, są najszczęśliwsi, jak tylko mogą być, znaleźli siebie, stworzyli rodzinę. Mają dwójkę dzieci – Yuki i Ame. Wszystko jest tak, jak być powinno na tym najlepszym ze światów – miłość, miłość, miłość… Ale świat czasem gryzie, mocno, do krwi. Tuż po narodzinach Ame, chłopak-wilk idzie zapolować – być może to instynkt, być może chciał przynieść świeżo upieczonej matce coś pożywnego, być może takie prezenty wilki darowują sobie w leśnej dziczy. Ale ten wilk już nie wraca. Ciało „wielkiego psa” znajdują policjanci pod mostem. Jak teraz Hana ma żyć? Jak wychowywać dwójkę małych dzieci-wilcząt? Jak ukrywać ich wycie do księżyca przed właścicielem domu, który nie pozwala swoim lokatorom trzymać w mieszkaniach zwierząt? Jak ukrywać uszy, które nieustannie wyskakują z głowy niesfornych szczeniąt-dzieci? Jak trzymać z dala od ostrych ząbków sprzęty? Jak wciąż odprawiać opiekunkę społeczną, która sprawdza, czy z dziećmi wszystko w porządku, skoro nie pojawiają się na obowiązkowych szczepieniach? Jak zarabiać na życie, skoro nie może oddać dzieci do przedszkola, by iść do pracy?
Hana ucieka z miasta. Ucieka w góry, bo takie było kiedyś marzenie chłopaka-wilka. Znajduje najbardziej odosobniony dom, stary, rozpadający się, ale tani. I zaczyna nowe życie. Życie, w którym jej dzieci mogą swobodnie wyć do księżyca. Życie, w którym przestała tak bardzo bać się innych ludzi. Życie, w którym jest miejsce na wybory – jej dzieci będą musiały wybrać, czy chcą być ludźmi, czy wilkami. A jeśli ludźmi, to będą musiały nauczyć się trzymać we wnętrzu swoje wilki.
Jaką drogę wybiorą? I czy Hana będzie potrafiła pogodzić się z każdym ich wyborem?
Nie umiem czytać tej historii spokojnie, z dystansem, jak fikcji. Wywołuje w mojej głowie scenariusze, budzi wspomnienia. Sprawia, że mam ochotę złapać za rękę moją córkę i już nigdy, nigdy jej nie puścić! To najpiękniejsza historia o macierzyństwie, jaką znam! I nie wyobrażam sobie, żeby „Wilcze dzieci” mogły zostawić kogoś obojętnym! Jest w tej mandze tyle emocji! I tyle czystej, bezwarunkowej miłości. Hana mówi, że popełniła mnóstwo błędów wychowawczych, ale ja nie widzę żadnego. Tak mądrze i pięknie podążała za swoimi dziećmi, tak mądrze i pięknie je kochała… Przyjęła je dokładnie takimi, jakimi są – z ogonami, pazurami i kłami. Nigdy nie zwątpiła, nigdy nie krzyczała, nigdy nie złorzeczyła. Nie znała teorii – wahała się pomiędzy weterynarzem a pediatrą, a zamiast książek o noworodkach czytała książki o lesie, wilkach i dzikiej zwierzynie, ale ani na moment nie przestała swoich dzieci kochać. I to okazało się najważniejsze i najlepsze, co mogła im dać.

Niesamowity, piękny, wspaniały komiks, napisany/narysowany na podstawie scenariusza filmu animowanego (który też kocham!). Komiks od którego mam mokrą poduszkę. Komiks, przez który wyglądam jak typowa mangowa bohaterka – z wielkimi oczami napełnionymi łzami. Przez który, albo może raczej dzięki któremu. Bo to łzy wzruszenia, emocji, łzy, od których się myśli, analizuje i od których dochodzi się do wniosku, że kocha się swoje dziecko bez względu na wszystko!