Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 15 marca 2017

396. KSIĄŻKA, KTÓRĄ TRUDNO SFOTOGRAFOWAĆ



„CHIŃSKIE CIENIE. WESOŁA ZABAWA DLA WSZYSTKICH”
ŹRÓDŁO: BILBIOTEKA NARODOWA, WYDANIE Z 1935 ROKU
OPRACOWANIE GRAFICZNE I SKŁAD ADELINA SANDECKA
ART EGMONT, WARSZAWA 2017

„TEATRZYK CIENI. WYCIENANKA”
OPRACOWANIE GRAFICZNE I SKŁAD ADELINA SANDECKA
ART EGMONT, WARSZAWA 2017

Czarne toto, choć okładkę ma białą. Z pięknego, matowego papieru, który połyka calusieńkie światło i nie chce oddać. A do tego rusza się ciągle, wierci, podskakuje, przybliża i oddala. Szuka najlepszego kąta oświetlenia, najostrzejszego konturu. Na dodatek trzeba tę książkę oglądać w ciemnościach, z jednym małym punktowym światełkiem, rzuconym wcale nie na stronice, tylko na ścianę…
Mówię o „Chińskich cieniach”, kolejnym zaskakującym tomie od Art Egmontu. Było już rysowanie, była kaligrafia, zapomniane sztuki, które, jak się okazuje, może posiąść każdy. Teraz czas na coś genialnego w swojej prostocie, prastarego, odwiecznego, towarzyszącego człowiekowi od chwili, gdy wykrzesał pierwszy ogień. Czas na cienie…
Każdy chyba na koncie swojego dzieciństwa ma lecącego po ścianie ptaka, złożonego z dwóch dłoni. To trochę jak międzynarodowy znak dobrej zabawy, trochę jak patyk, guma do skakania i kamień, trochę jak rozwinięcie hasła „childhood unplugged”, trochę jak „nie robiłeś, to nie miałeś dzieciństwa”… Jedna z tych zabaw, po które sięga się, gdy zawodzą wszystkie inne. Albo taka, z której można zrobić coś zupełnie magicznego...
I tu „Chińskie cienie” wygrywają już na starcie, zanim w ogóle się do nich zajrzy. Bo cóż to za wspaniała książka, którą „czyta” się dopiero po zmroku? Tajemnicza, zagadkowa, niesamowita…
A jeśli dodać do tego przygotowania, wycinanie kształtów z wycinanki „Teatrzyk cieni”, obmyślanie fabuły, to drżenie oczekiwania przerodzi się w hołd dla książki, czarne strony w twardej oprawie przeistoczą się w dobrą zabawę – zupełnie jak alchemia, papier w złoto…
To przecież tak naprawdę tylko kilkadziesiąt stron z rysunkami rąk! Jak to możliwe, że to jest tak bardzo nośne? Jak to możliwe, że nie można się oderwać i próbuje się, dopóki na ścianie nie pojawi się zamierzony kształt? Jak to możliwe, że dotąd jeszcze nie wyciągnęło się czarnego brystolu i ze wstydem teraz korzysta się z pomocy wycinanek, pieczołowicie wycinając kształty wilka, słonia i ryby? Jak to możliwe, że nie zauważyło się samemu, że ścinki przypominają delfina i też warto je nadziać na słomkę i obsadzić w teatrze?!
Wierszyki, zapisane w książce przy każdej instrukcji cienio-rzucania, były nam zupełnie zbędne. Rzuciłyśmy na nie okiem i zaczęłyśmy snuć swoją własną opowieść – o słoniu, który spotkał rybkę i kota i skrył się z nimi przed upałem pod palmą… I o wilku Wolfim, który kończył zabawę cieniami, bo niektórzy musieli się udać na spoczynek… „Mamo, chcę jeszcze cieni! Nie mogę iść spać!” - oznajmiła stanowczo moja córka. I zaczęła wykręcać dłonie na wzór pokazany w książce – koza, pies, zając, gęś… „Jeszcze tylko pięć, dobrze?” - zapewnia błagalnie. I krzyczy z zadowolenia, gdy coś jest choć trochę podobne do pierwowzoru.

Nieśmiała ta książka, skrywa się w cieniu, wychodzi po zmierzchu, unika aparatu, światło słoneczne ją razi… Jak paprazzi podglądałam ją trochę przez obiektyw, ale nie umiem dobrze pokazać jej wnętrza. Trzeba po prostu samemu rzucić je na ścianę...


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...