Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 31 lipca 2018

534. NIE MAM ULUBIONEGO DINOZAURA


MK REED
„NAUKOMIKS: DINOZAURY. SKAMIELINY I PIÓRA”
(TŁ. ANNA STUDNIAREK)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROAŁ JOE FLOOD

Z czym kojarzy mi się słowo „paleontolog”? Z Rossem z serialu „Przyjaciele”. No może trochę z filmem Jurrasic Park… Oczywiście, z dinozaurami. Ale nie mocno… Nigdy nie miałam ulubionego dinozaura, nie fascynowało mnie triceratopsy, t-rexy i allozaury, a nazwę diplodoka łączyłam tylko z komiksem Tadeusza Baranowskiego. Owszem, uważałam je za imponujące, ale nie chciałam zgłębiać ich historii i wiedzieć, dlaczego nie biegają już przed moim domem. Tym samym miłością do dinozaurów nie zaraziłam mojej Córki. Owszem, ogląda od czasu do czasu „Dinopociąg”, ale też nigdy nie miała ulubionego dinozaura. Nie mniej jednak, gdy w nasze ręce trafił Naukomiks „Dinozaury. Skamieliny i pióra” to przepadłyśmy obie!
Wiadomości w tym komiksie jest tyle, że Majka dzieliła ich dawkowanie na trzy razy. Ale ja łyknęłam cały na jeden raz. Nie mogłam się powstrzymać! Gdy ona włożyła zakładkę na 40 stronie, wysłałam ją do kąpieli, a sama pochłaniałam kolejne, i kolejne, i kolejne…. Aż do samiutkiej wyklejki. To fascynujące – że po ziemi, po której teraz chodzimy, chodziły takie stwory, jak z baśni, jak z legend. To fascynujące, jakie były różne, jak się przystosowywały do swojego środowiska naturalnego. To fascynujące, że ptaki są właściwie… dinozaurami! To fascynujące, że od tak wielu lat temat dinozaurów wywołuje takie emocje, takie wypieki na twarzach, takie wojny i taką rywalizację między naukowcami. To fascynujące, jak wygląda praca paleontologa, jak wiele musi mieć cierpliwości, samozaparcia, siły, wiedzy, ale też wyobraźni! To fascynujące, że tyle kobiet było paleontolożkami, że także płeć piękna miała znaczące zasługi na tym polu, że temat dinozaurów jest nie tylko męski (jestem wdzięczna Autorom Naukomiksu, że o tym nie zapomnieli!). To fascynujące w jaki sposób całą tę niesamowitą wiedzę MK Reed i Joe Flood przedstawili. Naukomiks – świetny pomysł! Dlaczego? Wiadomo, że dinozaurów nie da się opowiedzieć tylko słowami, że trzeba pokazać całą ich monumentalność, mityczność, ich baśniowość obrazem. Ludzki umysł nie ogarnąłby stworzenia, jakim jest (był!) dinozaur, bez obrazu, bo po prostu współczesnemu człowiekowi dinozaur by się w nim nie pomieścił! Dlatego taka forma to strzał w dziesiątkę.
We wstępie Dr Leonard Finkelman, profesor filozofii nauki, obiecuje, że „kiedy czytacie, duch odkrycia jest w was”. Mocno to poczułam przy lekturze tego komiksu. I zaczęłam drążyć – na przykład, czy wszystkie dinozaury miały pióra?











A co jest idealnym dopełnieniem Naukomiksu o dinozaurach? Memory z dinozaurami! A jak memory to skąd? Od Jacobsonów oczywiście! Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to ludzie z pasją, zacięciem i wiedzą. A jak wiedzy mają za mało albo tylko troszkę, to udają się do specjalistów. W tym wypadku współpracowali z The Dino Academy, z Muzeum Ewolucji Instytutu Paleobiologii PAN oraz z bardzo ważnymi zagranicznymi panami od dinozaurów, o których nie chcą mówić głośno z różnych względów. Opowiadali mi, że dyskusje na temat wyglądu dinozaurów między naukowcami, są czasem bardzo zacięte i że ich kafelki mądre głowy oglądały na wszystkie sposoby, żeby na pewno wszystko było zgodne ze stanem wiedzy na dzień, w którym memo trafiło w ręce graczy. Żeby kolor się zgadzał. I ilość rogów. I pazurów. I zębów. I żeby proporcje były zachowane. To nie jest tak, że wzięli sobie ilustratora, dali mu pusty kafelek i kazali przerysować z internetu dinozaury. To nie byłyby Jacobsony! U nich wszystko musi być „right” i „perfect”. Dopóki nie byli pewni, że jest, to memo wciąż się tworzyło. Podziwiam ich za tę determinację w szerzeniu wiedzy. Można być pewnym, że gdy bierze się do ręki ich stegosaurusa czy iguanodona, to on na pewno będzie właśnie taki, jak na twardym dysku komputera najważniejszych fachowców od dinozaurów. No i jeszcze dobór dinozaurów, tak, żeby było ich 20. Jako laik dinozaurowy (dinozaurzany?) nie znam zbyt wielu nazw, ale kojarzę kilka, kilkanaście. Więc tu ich raczej nie znajdę. To nie jest „kolejna nudna gra z dinozaurami w roli głównej”. To jest gra po coś. Po co? Po wiedzę. Więc wybrali stwory, które nie przewijają się najczęściej we wspomnianym „Dinpociągu” (ja nie słyszałam dotąd o Ankylosaurusie...). No bo po co powielać wiedzę? Lepiej uczyć się czegoś zupełnie nowego, prawda? Ale uspokajam – stary, dobry Tyrannosaurus Rex jest (bez niego nie ma w ogóle tematu dinozaurów)! No i mamy dwa polskie dinozaury! Silesaurusa i Smoka Wawelskiego. Dla mnie to wielkie odkrycie, bo wydawało mi się, że te stworzenia żyły gdzieś daleko, hen, hen, za górami, za lasami, a okazuje się, że były wszędzie, także tu, gdzie teraz mieszkamy my. Niesamowite!
Jeśli ktoś kolekcjonuje (tak, jak my) memorki od Jacobsonów, to zauważy, że pudełko jest całkiem inne – zielone. „No oczywiście! Przecież dinozaury to nie jest 'świat wokół nas', ich już nie ma. Na szczęście!” - powiedzieli mi, wskazując oczywistą oczywistość, na którą ja nie zwróciłam uwagi. No to gramy, ucząc się tych język-łamiącyh nazw.









Także owszem, nie mamy ulubionego dinozaura, ale mamy ulubione źródła wiedzy na ich temat. A stąd już tylko mały krok do tego, żeby nazwać wszystkie kafelki w czterdziestokafelkowym memory imionami własnymi.

533. KŁOPOT Z PANEM K.


GRZEGORZ KASDEPKE
„BODZIO I PULPET”
SERIA POCZYTAM CI MAMO
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ DANIEL DE LATOUR

Z Panem Grzegorzem K. mam nie lada kłopot. Wiem, że napisał już chyba z tysiąc książek dla dzieci (no a już na pewno ze czterdzieści). Że wiele z nich nieustannie się wznawia. Że jest jedną z najjaśniejszych gwiazd polskiej literatury dla dzieci. Że zdobywa nagrody. Że był redaktorem naczelnym uwielbianego przez nas „Świerszczyka”. Miłością zabójczą wręcz kocham „A ja nie chcę być księżniczką”. A w odtwarzaczu majkowym w kółko (na przemian z „Dziećmi z Bullerbyn”), kręci się dysk z „Kacprem z szuflady”.
Ale nie kupuję „całego Grzegorza K.”. Może rączkę, może nóżkę. Może oczka. Ale cały…? No nie…
De Latoura kupuję zaś całego, w ciemno, za każde pieniądze. Więc postanowiłam dać szansę temu duetowi. A oprócz szansy, to postanowiłam dać głos mojej latorośli, która jest mniej więcej targetem tej książki. Piszę mniej więcej, bo Bodzio i Pulpet są już uczniami, a Majka jeszcze nie. Piszę mniej więcej, bo to książka w serii dla początkujących czytelników „Poczytam ci mamo” - owszem, jest do tego doskonała, bo ma dość duże litery, świetnie złożony tekst i krótkie rozdziały, ale takich ilości liter moja córka jeszcze nie połyka.
Ale jeśli chodzi o treść – dwóch chłopców, ich codzienne przygody i niecodziennie przewijające się to tu, to tam UFO – to jak najbardziej, bez żadnego mniej więcej.
Zaczęłyśmy od wstępu, w którym Pan Grzegorz mówi, że „Bodzio i Pulpet to książka zabawna”. No i moja Córka się tego zdania uczepiła jak rzep wiadomo czego…
Czytamy. Wybuchów śmiechu brak. Po każdym krótkim rozdziale, nieco rozczarowania w głosie i podsumowanie: „No ta nie była zabawna”. Z całego tomiku (opowiadań jest piętnaście) jedną uznała za śmieszną (tę, w której dzieciaki idą na akcję sprzątania świata). Cóż… Nie śmiała się, gdy Bodzio skonstruował urządzenie tłumaczące język ufoludków, ani gdy obydwaj wspólnie skonstruowali urządzenie do kontaktu z obcymi, nie śmiała się, gdy Bodzio i Pulpet w ramach szkolnego dyżuru dostali za zadanie podlewanie kwiatków i co lekcję biegali po wodę (nie śmiała się nawet wtedy, gdy okazało się, co z tego wynikło), nie śmiała się, gdy chłopaki robili „imprezę składkową” („Na czym polega impreza składkowa? Na tym, że dzieci przynoszą klocki i razem je składają.” [s. 69]), nie śmiała się, gdy chłopaki pojechali na wakacje (jeden w stroju nurka). Poganiała mnie co prawda mówiąc „czytaj, czytaj!” i dopytywała, kiedy poczytamy dalsze przygody Bodzia i Pulpeta, ale miałam wrażenie, że to tylko testy na poziom śmiechu i zabawności w kolejnych opowiadaniach.
Za to graficznie – miodzio, cymesik, pięknie! Przede wszystkim w tej książeczce doceniam typografię, jaką de Latour zastosował, pisząc nazwy kolejnych rozdziałów – świetne pomysły! De Latour utrzymuje się więc wciąż na szczycie listy naszych ulubionych ilustratorów. A co z Panem Grzegorzem K.? Niewątpliwie stoi na tym szczycie jedną nogą – za wspomnianą księżniczkę i za wspomnianego Kacpra. Właściwie Autor jest z nami codziennie (sic!), bo codziennie bawimy się w „Krowę za dziesięć” (to zabawa, której zasady przedstawia w jednym z rozdziałów „Kacpra z szuflady”), ale w Bodzia i Pulpeta raczej nie będziemy się bawić.










środa, 25 lipca 2018

532. NA LEWEJ STRONIE CIENIA


NATALIA O'HARA
„HORTENSJA I CIEŃ”
(TŁ. ADRIANNA ZABRZEWSKA)
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA LAUREN O'HARA

Hortensja jest dobra. Hortensja jest mądra. Hortensja żyje sobie „w ciemnym, pełnym wilków lesie, pośród białych, miękkich zasp”. I jest prawie szczęśliwa Prawie. Bo ma jeden problem. Jedną maleńką rzecz, która ściera jej uśmiech z twarzy. Cień! O jakże ona nie znosi swojego cienia! Cień jest wszędzie tam, gdzie i ona. Robi to co ona. Nie można przed nim uciec, nie można się przed nim schować. Och, jakiż jest natrętny! Jakiż złośliwy (czyżby to on podstawił jej nogę, gdy starała się uciec przed nim po schodach?).
„Nienawidzę cię, cieniu!” - krzyczy do niego Hortensja. I w końcu znajduje sposób, by się go pozbyć. Tylko czy bez cienia można żyć? Czy to będzie wciąż to samo pełne, szczęśliwe życie?Tym bardziej, że na Hortensję czyha niebezpieczeństwo, z którego jeszcze nie zdaje sobie sprawy…
Ileż myśli miałam po przeczytaniu tej książki! Jaki natłok interpretacji i rozumienia tekstu! To kilkadziesiąt zdań zaledwie (no i doskonałe obrazy!), ale skłoniły mnie do całej masy refleksji, przemyśleń, zastanowień…
Oczywiście, pierwsza nasuwa się interpretacja o pierwiastkach dobra i zła, które drzemią w każdym człowieku, o tym, że cień uwypukla światło, o dwoistości natury każdej rzeczy.
Ale ja na przykład rozszyfrowałam też cień jako rodzica. Tego, który zawsze stoi krok za dzieckiem – chroni, czuwa, nie rozstaje się z nim (bo nawet jeśli dziecko jest na drugim końcu miasta, w przedszkolu, bawiąc się w najlepsze na podwórku z koleżankami pod czujnym okiem swoich nauczycielek, to rodzic myśli… czy nie za ciepło ją ubrałam? Czy zjadła śniadanie? Czy nie obetrą jej te nowe buty? Czy uda jej się dzisiaj przejść drabinki? Czy pogodziła się z koleżanką, z którą wczoraj się na siebie obraziły? Czy spod plastra naklejonego na stłuczone wczoraj kolano, nie leci przypadkiem krew? Czy ma jeszcze pastę do zębów?…) Cień znika od czasu do czasu, przesłonięty wysokim budynkiem albo pniem drzewa. Ale wciąż jest, bezustannie jest…. Nagle, w którymś momencie swojego życia dziecko myśli, że rodzic je „prześladuje” - jest go za wiele, za mocno, za często! Chce się wyrwać, uciec, zapomnieć, chce być odrębnym bytem, samodzielnym, autonomicznym, niepodległym i niezależnym. Znajduje sposób, odcina się, pozbywa się cienia… Rodzic wciąż gdzieś tam jest, choć się ukrywa, nie pokazuje. Ale w razie niebezpieczeństwa dziecko zawsze może zawołać. Zawsze. I dopiero po latach, po wielu, wielu latach, rozumie, jak to jest być cieniem i co to właściwie za rola. Dożywotnia.
Ale jest jeszcze jedna interpretacja – to książka o tym, że nie doceniamy tego, co mamy. Jeśli jest zbyt oczywiste, bardzo łatwo nam to odrzucić, zapomnieć, zniszczyć. Szafujemy wyrokami skazującymi dla tego, co na wyciągnięcie ręki. Ale potem może się okazać, że to jedynce, co mieliśmy… Że bez tego żyć się nie da… Doceńmy to, co mamy oczywistego. Czasem to słońce, czasem deszcz. Czasem woda w kranie. Czasem buty na nogach. Czasem zeszyt w kratkę. Czasem lód na patyku. A czasem drugi człowiek, który jest z nami tak długo, że traktuje się go właściwie jak kawałek własnego ciała, własnego jestestwa. Z tych wszystkich małych oczywistości składa się nasz spokój i nasze bezpieczeństwo.
Nadinterpretuję? Być może, ale obawiam się, że skoro to picturebook, to treść tej książki zostanie spłycona. Że potraktuje się go z przymrużeniem oka, nie tak, jak na to zasługuje. Owszem, można tę książkę przeczytać po prostu, jako „zwykłą” bajkę z niezwykłymi ilustracjami (cudne, klimatyczne, magiczne!). Tym bardziej, że siostry, które napisały/narysowały wspólnie tę historię, same mówią o tym, że inspirowały się bajkami, opowiadanymi im przez babcię (Polkę!) w śnieżne noce. Ot takie bajeczki, baśnie, bajania przy kominku… Ale przecież każda baśń jest po coś, każda niesie w sobie dodatkowe znaczenie, ukryte czasem głęboko w cieniu. Warto pogrzebać, podrążyć, rozgarnąć ciemność. Można znaleźć pod spodem coś naprawdę pięknego...









wtorek, 10 lipca 2018

531. BĘDĘ KOMIKSIARZEM!


PIOTR KASIŃSKI, ROBERT TROJANOWSKI
„ZRÓB SOBIE KOMIKS”
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2018

Jakiś czas temu właśnie to usłyszałam od Majki. Że chce rysować komiksy i ilustrować książki. Gdyby kilkadziesiąt lat temu moi Rodzice usłyszeli taką deklarację ode mnie, to popukaliby się w głowę, uśmiechnęli z pobłażaniem, względnie wysłali mnie do mojego pokoju, żebym w końcu odrobiła matmę. Komiks? Toż to jakaś bzdura! Co prawda nigdy nie zabraniali mi ani mojemu Bratu czytać komiksów, ale nie sądzę, by traktowali je jak pełnowartościową literaturę.
Na szczęście podejście do komiksów (a tym samym do komiksiarzy) się zmienia i chyba w końcu (po złotych czasach Chirsty, Baranowskiego, Pawel i Papcia Chmiela) na powrót zaczynamy doceniać kunszt, maestrię i zdolności rysowników komiksów.
Wracając do „kim chcesz być w przyszłości”… Swego czasu ja i Majka byłyśmy na warsztatach z Henrykiem Glazą. Niedaleko nas siedziała nastolatka, która przyszła porysować. Bezwstydnie podsłuchiwałam jej rozmowę z Glazą, który mówił (tu następuje parafraza, gdyż pamięć nie udźwignęła dokładnego cytatu): „najważniejsze to ćwiczyć! Moja rada jest taka – załóż sobie zeszyt i rysuj, rysuj, rysuj. Zobaczysz, jak będzie Twoje rysowanie wyglądało na początku zeszytu, a jak na końcu. Zobaczysz postępy, zobaczysz, że Twoja ręka się uczy”. Podążając za radą Glazy oraz analizując powiedzenie „Czym skorupka za młodu nasiąknie”, podsuwam Majce „Zrób sobie komiks”.
Co to jest? To niepozorna, acz zupełnie genialna książka. Podręcznik. Zeszyt ćwiczeń. Instrukcja. O, to chyba najlepsze słowo.
Piotr Kasiński (scenarzysta komiksowy) i Robert Trojanowski (rysownik prasowy i komiksowy, ilustrator) stworzyli instrukcję rysowania komiksów. Zupełnie taką, jak dołączane do mebli w Ikei. Prostą. Przejrzystą. Krok po kroku. Taką, że nie może się nie udać. Że jeśli pójdziesz za wskazówkami i nie pominiesz żadnego kroku (na przykład o rozkładzie kadrów albo o kolejności czytania dymków w komiksie), to na końcu na pewno będziesz miał komiks. Zupełnie jak szafkę na książki albo stolik pod telewizor.
Co jest do tego potrzebne? Kartka. Ołówek. Czasem kredki czy farby. I ręka. I głowa. Głowa musi być pełna pomysłów. I już, to wszystko. Naprawdę? Naprawdę!
Przede wszystkim chłopaki zapraszają do komiksu – na okładce, pomiędzy nazwiskami Kasiński i Trojanowski, jest miejsce na „Twój podpis”. Bo to książka interaktywna. Nikt nie stworzy komiksu za ciebie – musisz zrobić to własnoręcznie. Oczywiście z ich pomocą. Autorzy wcielają się w rysunkowych Pika i Roba, którzy będą doskonałymi przewodnikami po komiksowym świecie. Najpierw opowiadają pokrótce co to w ogóle jest komiks i skąd się wziął (zaczynają od rysunków naskalnych, a kończą na postaciach Misia Zbysia i Ryjówki Przeznaczenia). A potem jest już praktyka – przykłady i ćwiczenia. Jak narysować komiksową postać? Jak rozplanować komiks na kartce? Jak skonstruować prawidłowo dymki? Czasem trzeba wymyślić tekst do narysowanych już dymków czasem na odwrót. Albo trzeba zrobić nietuzinkowego bohatera komiksu ze… śrubokręta czy superbohaterkę z kwiatka. Albo stworzyć komiks o tym, co się dzieje w jajku. Albo stworzyć menu dla bohatera komiksu. Albo narysować komiks na podstawie historyjki. Albo poćwiczyć cienie. No a na końcu trzeba to wszystko… pokolorować! (A jeszcze wcześniej w niektórych przypadkach zabawić się w inkera. Kim jest inker? Po tę tajemną wiedzę odsyłam do książki!)
Nie masz pomysłu na bohatera? To narysuj kółko. A potem dorysuj mu oczka i buźkę. Nóżki, łapki i jakiś charakterystyczny detal. Jeszcze tylko wymyśl mu imię, a on już sam poprowadzi Cię przez komiksowe kadry. Na takich prostych poradach opiera się cała książka. Że za proste? Absolutnie nie! Udowadniają, że każdy może tworzyć.
No bo jest jeszcze najważniejsza strona w tej całej książce: całostronicowy napis „Nie bój się rysować”! To piękne przesłanie i doskonałe umocnienie wiary we własne siły. Bo doskonała jest ta książka. Po prostu.
I jest w miękkiej oprawie, niezbyt wielkich rozmiarów, więc idealnie zmieści się do bagażu podręcznego. Jakie fajne będzie wspomnienie z wakacji, zamknięte w komiksie!
Mam nadzieję więc, że Kasiński i Trojanowski zdają sobie sprawę, że na tej książce wychowują nowe pokolenie komiksiarzy, które w przyszłości może ich zepchnąć z piedestału i zająć ich miejsce w panteonie. A może inaczej, może gdy już przejdą na emeryturę, będę powtarzać: „Oj, tak, tak, a to ja mu powiedziałem, co to jest kadr, dymek i jak przedstawić onomatopeję w komiksie.”