Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 31 sierpnia 2013

71.POD CHUSTĄ, NAD CHUSTĄ,OBOK CHUSTY...

ASA LIND
„CHUSTA BABCI”
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2013
(TŁ. AGNIESZKA STRÓŻYK)
ILUSTROWAŁA JOANNA HELLGREN

Czytamy wszędzie. Czasem w łazience, gdy Majka się kąpie. Czasem na balkonie. Czasem na ławce, gdy zmęczymy się spacerem. Czasem w samochodzie. Czasem zwyczajnie, gdy ona siedzi mi na kolanach i ogląda obrazki, a czasem niezwyczajnie, gdy jeszcze w piżamach, rozrzucamy po całej podłodze za małe skarpetki do segregowania (ja) i zabawy (Majka): ona przekłada je z miejsca na miejsce, wkłada i wyjmuje z koszyka, zanosi do łazienki... A ja w tym czasie czytam. A ona nagle rzuca garść skarpetek i zagląda ciekawie w książkę, bo przyciąga ją jakiś obrazek. Czasem ucieka znów do swoich zabaw, słuchając tylko rytmu opowieści. Ale czasem zapomina już o tym, co robiła przez chwilą, żeby usiąść i dotykać stron, patrzeć z zachwytem.
To jej wolność.
To jej chusta babci – bo pod chustą babci jest inny świat, jest świat, w który można robić i myśleć co tylko się chce.
Gdy babcia wraca ze szpitala, dom zapełnia się ludźmi. Pewnie każdy uświadomił sobie, że może nadejść czas, gdy babcia nie wróci. Zachłannie i łapczywie chce wydrzeć czasowi babcię, pobyć z nią, nabyć się, na zapas. Tylko Biliam i jego kuzynka wiedzą, że tak się nie da.
Chcą pobyć razem i o tym pomyśleć – pomyśleć o babci na swój własny sposób. I nie mają jak, bo wciąż coś się dzieje, ktoś ich woła, przerywa w najważniejszym punkcie myślenia – dorośli nie dają dzieciom być na ich własnych warunkach.
Tylko babcia, która nagle zwolniła tempo, wie, że czas dzieci płynie inaczej. Że one też potrzebują być same ze sobą. Rozciąga nad nimi chustę i stawia znak STOP przed wejściem:
„ - Nie przeszkadzajcie dzieciom – powiedziała – Chyba rozumiecie, że muszą coś sobie przemyśleć
   - Przemyśleć? Co? - zdziwiła się moja mama
   - A to już one najlepiej wiedzą – odpowiedziała babcia.”
Ta książka jest malutka tekstem, ale wielka treścią. Tak jak dziecko – malutkie, ale mieści w sobie cały świat. Łatwo o tym zapomnieć i zedrzeć chustkę, odsłonić jego przestrzeń i wypuścić wszystkie motyle, które odlecą i mogą już nie wrócić. A przecież tyle czasu kolorowało się je w myślach!
To książka o tym, że dzisiejszy świat szybko biegnie, że każdy z nas chce nadążyć i czasem zapominamy, że może dziecko chce usiąść i pooglądać biedronki. Że czasem trzeba mu na to pozwolić, bo takiej chwili może już nie być, może się nie powtórzyć taki lot owada – dziewięć dni później babcia przecież nie żyła...

To czasem trudne – dać się uziemić, dać się unieruchomić i po prostu oglądać niebo. Albo myśleć o kamykach, które położy się komuś na grobie. To czasem trudne, żeby dać Dziecku myśleć jego własne myśli. I cichutko na palcach wychodzić z pokoju, żeby ich nie przepłoszyć. Ale trudne nie znaczy niemożliwe! Warto mieć chustkę na namiot zawieszoną na klamce – w razie, gdyby Dziecko chciało być sobą bez świadków.





czwartek, 29 sierpnia 2013

70.MY ONE – NOT ONLY – LOVE

„BAJKI O DOBRYCH WILKACH”
CZYTAJĄ:
URSZULA DUDZIAK
KATARZYNA DOWBOR
MACIEJ ORŁOŚ
MAGDALENA STUŻYŃSKA
RENI JUSIS
PŁYTA POWSTAŁA W RAMACH PROJEKTU „DUŻE DRAPIEŻNIKI W POLSCE” PROWADZONEGO PRZEZ WWF POLSKA

Wycie. Takie, które stawia na ciele wszystkie włoski, takie, które wywołuje dreszcz, takie, od którego odwracamy głowę za siebie. Jedni ze strachem, drudzy ze wstrętem – ja z tęsknotą.
Był taki czas, gdy chciałam w lesie spotkać wilka – nadal chcę, ale teraz wiem, że to po trosze cud.
Nie jestem Czerwonym Kapturkiem, więc szanse mam niewielkie, ona wyspotykała chyba większość wilczej populacji, jaka istnieje.
I zrobiła im wielką krzywdę – nie tylko rozpruwaniem brzucha, ale wizerunkiem zwierzęcia, które pożera człowieka, rzuca się na dziecko, obala świętości.
Jak teraz powiedzieć wszystkim, że to bujdy, że te historie można między bajki włożyć, że wilki to zwierzęta, którym należy się od nas opieka i szacunek, że tam w środku nich, trochę podobne do naszego serce bije? Bo one są monogamistami i zwierzętami stadnymi i wesołymi osobnikami, które troszczą się o swoje młode i silnymi, mocnymi zwierzętami...
Wilki to zwierzęta kontrowersyjne – chyba najbardziej ze wszystkich. Nie chcę rozpoczynać krucjaty, nie chcę brać wilczego krzyża na ramiona i edukować – wolałabym raczej zarażać miłością.
I odczarowywaniem złego wilka, na rzecz tego dobrego. WWF też rozpoczęło tę krecią robotę – ogłosiło konkurs na bajki, w których wilk jest prawdziwy, bo dobry. Cztery zwycięskie bajki przeczytały gwiazdy polskiego show biznesu – po to, by nawet najmniejsze dzieci mogły usłyszeć, że wilk nie gryzie.
Te bajki to może nie literatura, która zachwyca – ale na pewno taka, która chwyta za serce. I taka, której się świetnie słucha, a potem o niej myśli. I taka, od której można zacząć swoją z wilkiem przyjaźń w miejsce bojaźni.
Niewiele już o tej płycie można znaleźć w internecie – wyszła w 2007 roku. W niewielu miejscach jest dostępna. Strona, podana na okładce płyty, dotycząca projektu „Duże drapieżniki w Polsce” już nie działa. Jakaś cisza się zrobiła i sza. Tym bardziej cieszę się, że kiedyś, całkiem przez przypadek na tę płytę trafiłam. Tym bardziej cieszę się, że mogę przedstawić Majce takiego wilka, jeszcze przez tym z „Czerwonego kapturka”, przed tym z „Akademii Pana Kleksa”. Ja wychowywałam się w strachu przed wilkami - mogły mieszkać w mojej ciemnej piwnicy, albo chcieć odgryźć moją nogę, jeśli będzie wystawać spod kołdry. Mogły czyhać pod łóżkiem. Albo za zamkniętymi drzwiami toalety. Ale dość szybko zaczęłam o zwierzętach czytać, dość szybko trafiłam też na album WWF - a w nim wilka, jako zwierzę w Polsce chronione – to on się bał, to on spoglądał na drzwi toalety ze strachem i to on chował się ze wszystkimi łapami pod kołdrą – przede mną, przed człowiekiem, przez myśliwym... (do dziś pamiętam, jak z kasety, odtwarzanej na magnetofonie w tę i z powrotem, spisywałam tekst „Obławy”śpiewanej przez Kaczmarskiego – rozumiałam go dosłownie i dosłowne łzy moje płynęły na kartkę, na której pisałam) Ja byłam większa, ja byłam silniejsza i musiałam chociaż wilka pokochać, jeśli nic innego nie mogłam zrobić...






(Na stronie WWF jeszcze jedna ważna pozycja książka o Wilku Ambarasie – do pobrania zupełnie za darmo)

środa, 28 sierpnia 2013

69. NA DŁONI

ROBERTO PIUMINI
„MACIUŚ I DZIADEK”
(TŁ. EWA NICEWICZ-STASZOWSKA)
ILUSTROWAŁA EWELINA WAJGERT

[Królowa Bona otworzyła Polskę na świat, Bona otwiera Polskę na niesłusznie zapomniane książki]

„Pójdźmy na taki spacer jaki najbardziej lubimy” - mówi Dziadek do Maciusia.
Maciuś jest najmłodszym wnukiem i chyba tym najulubieńszym, tym, który pewnie przychodzi do Dziadka powierzając mu swoje sekrety i pewnie przynosi my zerwane po drodze źdźbło trawy. Bo Dziadek traktuje Maciusia jak myślącą, pełną istotę. I chyba te sekrety chowa głęboko w kieszeń, a potem zażywa jak pastylki. Bo między nim a wnuczkiem jest niesamowita więź, niepowtarzalna i niebanalna – to oni mają wspólny spacer, który najbardziej lubią i to Maciusia dziadek bierze za rękę i wymyka się z nim z łoża śmierci. Mimo, że wkoło niego stoją mama, tata, sześcioro wnucząt i kilkoro przyjaciół rodziny.
Bo cała rodzina przyszła pożegnać się z Dziadkiem – jedni płaczą, a inni dopiero będą płakać. Tylko Maciuś zastanawia się, dlaczego, bo Dziadek przecież jest taki jak dawniej. Tak jak dawniej chwyta dłoń ukochanego wnuczka i tak jak dawniej idą – tylko sposób jest trochę inny, bo wymykają się światu i wychodzą przez zwykłe drzwi, a znajdują się na niezwykłej łące.
Dwóch mężczyzn – taki, który już odchodzi i taki który dopiero się wypoczwarza z dzieciństwa, idą obok siebie w swój ostatni spacer. Rozmawiają, bo to lubią robić najbardziej. Zastanawiają się nad pojęciem prądu rzeki, łapią dwukolorowego konia na jabłko, przechodzą wspólnie przez labirynt słoneczników, wdrapują się na wieżę widokową.
I jeszcze szukają skarbu – mapą są ich splecione dłonie – gdy układają je tuż obok siebie, rysuje się na nich wyraźna droga – czy odnajdą coś na jej końcu?
I tylko Dziadka jest coraz mniej, jest coraz niższy, coraz chudszy, nawet już Maciuś przewyższa go wzrostem. Ale wciąż wędrują, do czasu, aż Dziadek mieści się już w maciusiowym wnętrzu...
Dawno żadna książka tak mnie nie wzruszyła – kartki mokre od łez. Nie za Dziadkiem – taka jest kolej rzeczy, choć umieranie boli tych, co pozostają. Płakałam nad pięknem tej śmierci, nad jej uwzniośleniem, nad tym, jak w magiczny sposób można uczyć się od Dzieci żałoby. W głowie mam opowieść mojej cioci – mój Tata, gdy był mały, patrzył, jak umiera jego Dziadek. Dawno to było i w zwyczaju było wystawianie zwłok w domu, aby każdy miał szansę się pożegnać ze zmarłym. I, wedle słów mojej cioci, mój mały wtedy jeszcze nie-Tata, przychodził do swego martwego dziadka i opowiadał mu dzień i pokazywał nowe spodnie, wszystko jak dotychczas, bo miał go w sobie i umiał z nim rozmawiać, mimo że usta dziadka już się nie poruszały.
O tym jest ta książka. O wierze, że śmierć to tylko taki żart, takie przymrużenie oka, że człowiek też może zmienić stan skupienia i zamienić się w uczucie, o tym, że gdy się kocha naprawdę to po prostu połyka się swoją miłość, albo wciąga nosem. A ta miłość jest z nami na zawsze.
„Wiem” - odpowiedział na to Maciuś.





[mojej własnej Babci, w rocznicę tego, jak stała się tak mała, że zmieściła się do mojego wnętrza]

[Dziękujemy królowej Bonie za mecenat]


68.TUWIM JEST DOBRY


wtorek, 27 sierpnia 2013

67.NIE TYLKO DLA...

KATARZYNA WĘGIEREK
„Z NOTATNIKA MŁODEGO PODRÓŻNIKA”
WIDNOKRĄG, WARSZAWA 2011
ILUSTROWAŁ RYSZARD NIEDZIELSKI

[Można być innym, ale widzieć to samo, wiedzą to w Widnokręgu i udowadniają dzielnie]

Gdy byłam mała miałam mnóstwo autek, samochodzików, resoraków. Podobno wolałam bawić się nimi, niż lalkami. Nie wiem, czy wpływ miał na to fakt, że przez pierwsze cztery lata życia mieszkałam pod jednym dachem z dwoma chłopakami – bliźniakami, czy fakt, że po prostu niektóre zabawki niesłusznie się kategoryzuje. Wiem natomiast, że gdy tylko uświadomiłam sobie, że Majka nie ma ani jednego autka, kupiłam jej pierwsze, które wpadło mi w oko. I uznałam tym samym, że dopiero rozpoczynam kolekcję, bowiem jednym z najpozytywniejszych wspomnień z mojego dzieciństwa były zawody resorakowe, urządzane z moim bratem na kawałku deski, opartej o łóżko. Każdy ma prawo do własnych fascynacji i nie uważam, żeby samochody były tylko dla chłopaków.
Dlatego powitałam w swoim domu „Pojazdy i nie tylko” z ramionami otwartymi szeroko.
Kolejny raz Widnokrąg dał dowód na to, jak szerokie są ich horyzonty, jak niesztampowy sposób na zwiedzanie świata, jak mocno uszy otwarte na słowa dzieci, jak dobrze wiedzą, co może spodobać się małemu czytelnikowi.
Bo to nie jest zwykła książka o świecie, nawet nie książka o świecie przystosowywana, krojona i szyta na miarę.
To jest książka o świecie z punktu widzenia pasażera – w Pakistanie ciężarówki, w Indiach Nano, a w Brazylii Embraera E170.
Jedenastoletni Tomek wybiera się ze swoimi rodzicami w świat – na blisko cztery miesiące staje się kimś innym – staje się podróżnikiem. Nie ma na plecach plecaka z podręcznikami, ale plecak z drogowskazem do przygody. I notatnik, w którym pisze swój pamiętnik. I pewnie przewodniki po Japonii, Korei, Wietnamie, Indonezji, Indiach, Pakistanie, Etiopii, Zanzibarze, Senegalu, Maroku, Brazylii, Peru i Boliwii oraz Gwatemali.
Każde z tych miejsc zwiedza innym środkiem transportu – bo raz jest dwukółka (Maroko), a raz Ngalawa (Zanzibr).
Rzuca nam też garść ciekawostek. A to, że kolej magnetyczna osiąga prędkość 570 km/h, a to, że ciężarówki w Pakistanie ozdabia się około 10 tygodni, a to, że łodzie z jeziora Titicaca, które przewożą turystów, mają dzioby ozdobione plecionymi głowami zwierząt, a to, że chicken busy w Gwatemali powstają z autobusów amerykańskich, które według Amerykanów już się nie nadają do użycia, a według Gwatemalczyków – jak najbardziej!
Doskonale wyobrażam sobie Tomka – wysoki, chudy, rezolutny chłopak, z opadająca wciąż na oko grzywką, piekielnie inteligentny i obdarzony zmysłem obserwacji.
Szata graficzna tej książki przywodzi mi na myśl pamiętniki, w których wkleja się naklejki, bilety wstępu do muzeów, kartki pocztowe, papierki po cukierkach i zdjęcia – wszystko to, co przypomina o podróży. To takie zeszyty, które pęcznieją i mają naderwane okładki od zbyt częstego otwierania („Pojazdy i nie tylko” są na spirali, więc im to nie grozi – Majka ciągała je po całej podłodze i otwierała chyba z milion razy już – są wciąż jak nowe!) takie najosobistsze, najwykochańsze.
I kolejny raz to książka interaktywna, bo jest znajdowanie różnic i jest kolorowanie i łączenie kropek i zamalowywanie obrazka według cyferek – wszystko to, co pamiętam ze swojego dzieciństwa z dużych książek z rozmaitymi ćwiczeniami, które wypełniało się z wysuniętym i przygryzionym językiem, w totalnym zapamiętaniu.
Oryginalna pozycja, do zwiedzania świata, który między kołami, między falami, między kopytami...








[Dziękujemy trzem Mamom z ósemką Dzieci, które patrzą na Widnokrąg, że przyjęły nas w pewnym sensie do swojego grona i pozwoliły poczytać swoje książki]
  

66.W OCZEKIWANIU NA OBIAD


sobota, 24 sierpnia 2013

65.ZABAWA W SŁOWA CZYLI MAJKA BAWI SIĘ JĘZYKIEM

MICHAŁ LIPSZYC
„WYPRAWA W MORDĘGI”
ALEGORIA, WARSZAWA 2012
ILUSTROWAŁA HALINA SIEMASZKO

[Alegoria stawia na przekaz artystyczny, wydaje więc książki artyzmem urzekające]

Majka bawi się językiem.
Dotyka go, bada, patrzy na niego w lustrze, wprawia w drżenie i wyraźnie cieszy się, że jest. Bez języka nie byłoby słów. To najbardziej unerwiony narząd w ciele człowieka, od niego nerwy idą do oczu i do uszu, od niego zaczynają się wszystkie „mama” i „tata”, a potem cała reszta świata.
Majka bawi się językiem – zaczyna tworzyć swój własny, zaczyna składać dźwięki, zaczyna pojmować, że z ust można wydobyć polecenie, prośbę i podziękowanie. Zaczyna rozumieć, że światy można językiem tworzyć i że ma wielką moc sprawczą.
Ale żeby stworzyć swój język do końca, żeby pojąć jego nieograniczoną moc, musi zrozumieć:

Tę prawdę chcą odkryć także jeżopiski. Jest Co, jest Gdzie i jest Jak – ich imiona doskonale je określają – to najbardziej ciekawskie jeżopisy w całej Jeżopuszczy. Wciąż pytają, wciąż dociekają, wciąż się zastanawiają. Są typowymi dziećmi, które pożerają świat kawałek po kawałku, które widzą inaczej i mają w sobie bezbrzeżne pragnienie, by posiąść każdą informację jaka istnieje. Są jak malutkie gąbeczki, które nasiąkają informacjami, puchną od nich, pęcznieją, a później dorosną i zda im się, że więcej już nie pomieszczą nowości i zaczną powoli zapominać.
Ale na razie chłoną.
Pytają zwykle starszyzny, bo ona najmądrzejsza.
I pewnego dnia, pada pytanie, na które nie ma odpowiedzi w Jeżopuszczy – SKĄD SIĘ BIORĄ SŁOWA?
Trzy jeżopiski muszą wyruszyć do Mordęgi, aby znaleźć odpowiedź. Nie straszna im daleka droga, tęsknota za domem i brak duszonych mordaczków w maśle co wieczór. Muszą wiedzieć, a to imperatyw, któremu poddają się od razu – wyruszają.
Po drodze spotyka ich mnóstwo przygód i mnóstwo słów. Obserwują, badają, poznają, by zdążyć do prawdy absolutnej, która niby oczywista, ale jakże zaskakująca.
A ja z Majką czytamy i słów nam brak...
Brak, bo skąd wziąć na coś takiego słowa?
Na to tworzenie, na to bawienie się, na to oka przymrużenie, na to oczarowywanie/zaczarowywanie, na to oka puszczanie i początku dociekanie....
Jak znaleźć słowa na piszczarki, takie grzyby, co piszczą, gdy się je gryzie, na grzechotnikta, który nieustannie gubi swój ogon i nie wiadomo, czy jest grzechem, czy grzechotem, na słoniafę, co trzeba ją doić z liter, na jezioro Morskie Ucho i na węża BoA, który oznajmia, że „Bo atakują ananasy, bo antylopy albo asy, bo anten akurat awaria, arktyczna albatrosów aria” [s.35]
I jak znaleźć słowa na jeżogbura, który mamrocze trochę pod nosem, a trochę do jeżopisków „ Wypapciane to czasy, gdy papciuki bez nart mi mućki papkają...” [s.32]
Jak znaleźć słowa na te obrazy, które tak pięknie ożywiają tekst, tak mocno go dynamizują, tak go uatrakcyjniają i podnoszą jego wartość, choć bez nich już tekst ten bezcenny?
No skąd się biorą na to słowa?





[Dziękujemy Alegorii, że dzielą się z nami swoim pięknem]

czwartek, 22 sierpnia 2013

64.SAM SIĘ NIE POGILGOCZESZ!

KEVIN WALDRON
„PAN PIKULIK I NIEPOROZUMIENIE W ZOO”
(TŁ. ANNA BŁASIAK)
ŁAJKA, GDYNIA 2012
ILUSTROWAŁ KEVIN WALDRON

[Łajka pierwsza poleciała w kosmos, teraz my możemy latać w kosmos z Łajką]

Pan Pikulik jest dyrektorem zoo. Ma swoje rytuały, dzień poukładany, niczym w schowkach, zamykanych na złoty kluczyk – tu poranne śniadanie, tam obchód całego terenu ogrodu, jeszcze dalej obiad, zabawa z synem. Maleńkie trybiki, co się zazębiają i układają w odpowiedni wzór – wszystko gra, a pan Pikulik z radością wykonuje swoje obowiązki i pcha swoje życie do przodu. Tego ranka, jak co ranka, wstaje i ubiera swoją ulubioną zieloną kurtkę. Ale z kurtki niestety wyskakuje guzik, zbyt ciasno opina ona sylwetkę szacownego dyrektora zoo. Pan Pikulik przytył, zbyt się objada, za mało ma ruchu i starzeje się. Guzik toczy się „niewiadomogdzie”, a z nim dobry nastrój naszego bohatera. Tego dnia nic nie będzie na swoim miejscu, bo nawet zwierzęta są jakieś smutne...
Nie możemy powiedzieć więcej, ani ja, ani Majka. Bo gdybyśmy choć jeszcze jedno słowo, choć dźwięk jeden jeszcze, to mogłoby być za dużo.
Fabuła ta bowiem to delikatna i misterna konstrukcja, która łatwo może się zawalić, jeśli poznamy zbyt wcześnie za dużo szczegółów.
To jak dobry dowcip, którego pointa czeka, czeka, a potem wyskakuje na nas zza rogu, łaskocze i gilgocze w stopy, a my śmiejemy się w głos. Co by było, jeśli byśmy się spodziewali? Przecież z jakiegoś powodu samemu nie można się pogilgotać!
„Pan Pikulik” to humor, jaki lubię. Nienachalny, może też niezbyt wyszukany, ale to taki prywatny masażer mięśni brzucha. Taka książka, do której się wraca i którą dzieci, zapłakane ze śmiechu, mogą oglądać/słuchać/czytać wciąż i wciąż.
I te ilustracje!!!! Hobby Waldrona było rysowanie zwierząt – gdy było ich już tak wiele, że sam nie dawał rady się nimi zająć, musiał przecież wymyślić kogoś, kto da im jeść, zajrzy w paszczę, sprawdzi, czy wszystko w porządku i który będzie je kochał niemal tak samo jak sam stwórca.
Powstał Pan Pikulik – dyrektor – pewnie na rozmowie kwalifikacyjnej z Waldronem zadanie miał nader proste, bo on i jego syn są przeuroczy.
Ale ja oczywiście najbardziej pokochałam słonia i do tego obrazka wracam najczęściej!
A Majka zakochana w niedźwiedziu.
Dobrze, że niedługo kolejna wycieczkado zoo Waldrona – bo mało nam, oj za mało!






[Dziękujemy Łajce, że zamerdała dla nas ogonem i zamiast kapci przyniosła w pyszczku książkę]


Książki Wydawnictwa Łajka najlepiej kupować w księgarni sopockiej Ambelucja! (lub na www.ambelucja.pl)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

63.KARTONY PIĘĆ. KLASYKA (CZYLI TUWIM PO RAZ DRUGI)

JULIAN TUWIM
W AEROPLANIE”
BONA, KRAKÓW 2013
ILUSTROWAŁA ADA BYSTRZYCKA

[Królowa Bona otworzyła Polskę na świat, Bona otwiera Polskę na niesłusznie zapomniane książki]

[Przegląd kartonów* ulubionych i mniej]

Klasyka to jest taka dama, co się nie starzeje. Wciąż biega w podkolanówka, jednej opadającej na stopy, a drugiej śmiesznie zrolowanej. Wciąż ma dwa warkocze, przewiązane na końcach kolorowymi wstążkami. Ma ciągle tyle samo lat. Jest aktualna wczoraj i dziś. I będzie jeszcze przez kolejnych tysiące lat.
Myślę, że gdy ktoś kiedyś odkopie szczątki naszej cywilizacji, to odkopie "Tuwima". Bo on jest jednym z najklasyczniejszych naszych klasyków. Bo można go czytać w nieskończoność. Bo moja mama uczyła się kiedyś „Lokomotywy”, potem ja „buchałam jak gorąco”, a za jakieś trzy lata Majka będzie liczyć "ze czterdzieści wagonów". A oprócz pociągu, rzepy i ptaszków jest jeszcze aeroplan.
Ja wsiadam. Majka wsiada. Wsiada każdy, kto łaknie piękna.
Bo klasyka charakteryzuje się też tym, że można się z nią bawić. Że można ją modyfikować. Że można ją naginać, naciągać, zmieniać, ciąć i łatać, a ona i tak pozostaje taka sama.
W przypadku najnowszego wydania, które serwuje nam wydawnictwo Bona, przyjemność mamy podwójną. Cieszymy uszy, bo kurka, która ucieka babci i wskakuje do aeroplanu, żeby zobaczyć „pociągi jak gąsienice” i 'krówki jak boże krówki” to pieszczota bębenka i kowadełka.
Ale cieszymy też oczy, bo nerwami wzrokowymi płynie do środka nas samo piękno. Pomysł chyba fruwał w powietrzu i Ada Bystrzycka musiała wsiąść do aeroplanu i sobie go ściągnąć na ziemię. Kukiełki i czarno-biała grafika, zamknięte w małej poręcznej formie, w twardostronicową książkę, którą małe rączki mogą przeglądać i oglądać i zaglądać i wyglądać do woli – nasz egzemplarz, choć od kilku dni towarzyszy nam wszędzie, trzyma się nienaruszony!

W zeszłym tygodniu byłyśmy u Dziadków – babcia i kurka były z nami. Tam widziałyśmy się wszystkie pierwszy raz – zachwyt. Niedowierzanie. Oklaski.






W ten weekend odwiedziłyśmy gdański Park Reagana.






Babcia i kurka z nami. Wskoczyły do plecaka. To dowód na jeszcze jedną właściwość klasyki – dobra jest wszędzie – na łące, na plaży, na narzucie, na kocu, na kolanach, z herbatą i z wodą. Pomiędzy źdźbłami trawy, pomiędzy ramionami taty, a dłonią mamy, między chrupkami i kawałkiem jabłka, a gdy się ją na chwilę odłoży, żeby pobiegać po drzewach, to na pewno wtedy, gdy się wróci, będzie niezmieniona.
Chwała ci za to, Klasyko!










* nasze książeczki z twardymi stronami, idealne dla małych rączek


[Dziękujemy królowej Bonie za mecenat]

62.FOTO STORY. STORY THREE - LITERACKI SOPOT (ASA LIND)

Co prawda poszłam sama, bez Majki, bo Ona "męczyła" Najlepszych Dziadków na Świecie, ale poszłam tam z myślą o Nas dwóch.
Bo było spotkanie z Asą Lind, autorką "Piaskowego wilka".
Bo "Piaskowego wilka" mamy, kocham-y, czytamy...
Bo mocno ten Literacki Sopot nakierowany jest na Dzieci w tym roku i to od skandynawskiej podszewki - Szwecja jako pierwszy kraj wprowadziła zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci! Skandynawskie podejście do wychowania to dla mnie rodzicielstwo równości - zawsze trzeba pamiętać, że Dziecko to człowiek, a nie tylko Dziecko.
I mimo że spóźniłam się na spotkanie, to cieszę się, że nie zrezygnowałam i dotarłam, bo nawet kawalątka warto było posłuchać.
Asa jest cudowna - pełna ciepła, choć z zimnego kraju, sympatyczna i bardzo otwarta.
I mądra!

(Asa Lind z tłumaczką "Piaskowego wilka" Agnieszką Stróżyk)

(Asa Lind)








(Asa Lind)


(Agnieszka Stróżyk)






A oprócz spotkania odwiedziłam targi, gdzie:

zrobiłam zakupy



poznałam wspaniałą osobę - Monikę, właścicielkę księgarni Ambelucja - miejsca, w którym można kupić same mądre i piękne książki dla Dzieci. I Monika podarowała mi i Majce "Pana Pikulika", żebyśmy się z nim poznały



odwiedziłam stoisko Wydawnictwa Alegoria, gdzie czekała na mnie paczuszka!!! (dziękuję pani Joanno!)