Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 26 marca 2013

43....BO FANTAZJA JEST OD TEGO...


HERVE TULLET
„TURLUTUTU A KUKU, TO JA!”
(TŁ. MARTA TYCHMANOWICZ)
BABARYBA, WARSZAWA 2012
ILUSTROWAŁ HERVE TULLET

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Przyznaję, że podchodziłam do tej książki nieufnie. Obchodziłam ją dookoła, obwąchiwałam, dotykałam okładki i jakoś bałam się zajrzeć do środka. Bo na okładce jest jakiś dziwny stwór – jakieś oko w koronie, w tunice (?) z drugim okiem... (już nawet gdy to piszę brzmi dziwnie). A druga sprawa to fakt, że mam rozpadający się telefon – ten sam od dziewięciu lat, a on dzwoni i wysyła sms i to wszystkie funkcje, jakich w nim używam. A tu we wszelakich recenzjach książek Tulleta czytam „iPad, tablet, komputer”. No przeraziłam się i odwróciłam na pięcie od tej książki, choć ciągle mnie intrygowała – jak z horrorami, które ogląda się jednym okiem spod kołdry...
Jakież szczęście nieprzyzwoite wręcz, że w moje rączki dostała się ta książka! Że ją w końcu otworzyłam! Że zajrzałam, że posmakowałam, że poszłam za nią...
I polubiłam Turlututu, choć wciąż wydaje mi się nieco niepokojący z tym swoim okiem (mam jakieś skojarzenia z okiem przeznaczenia...).
Ta książka to podręcznik rozwoju wyobraźni! To ćwiczenie wiary w słowo, w obraz i w siebie. To taki trick Tulleta, który to oko nieszczęsne do nas puszcza.
Bo pomysł jest właściwie bardzo prosty – Turlututu chce pomalować pokój, więc mamy mu w tym pomóc – musimy potrząsnąć książką, żeby wymieszała się farba – a na następnej stronie okazuje się, że już zaczyna się mieszać, ale musimy potrząsnąć mocniej – a na następnej stronie okazuje się, że potrząsaliśmy tak mocno, iż Turlututu zakręciło się w głowie – a na następnej stronie okazuje się, że ściana pomalowana i musimy dmuchać, żeby wyschła...
….albo trzeba śpiewać...
...albo mówić zaklęcia...
...albo obracać książką...
Przyznam się, że ta książka działa trochę jak terapia. Wchodzisz w nią z lekkim drżeniem i przekonaniem, że na pewno nie jesteś na tyle otwarty, żeby wciskać namalowany na kartce guzik i wierzyć, że to coś zmieni, coś poruszy, że w ten sposób odkryje się inny świat. Ale wciskasz, bo taka jest konwencja.
I ani się obejrzysz, gdy śpiewasz „My jesteśmy krasnoludki” śmiejąc się w głos i pukasz w namalowane drzwi, oczekując niespodzianki po ich drugiej stronie. Wyobraźnia jest narkotykiem, od którego bardzo łatwo się uzależnić, który sprawia tak wiele radości, że nie można jej tak po prostu odstawić. Gdy raz się zajrzało do papierowego pudełka, w którym ukrywa się Turlututu, to zajrzy się jeszcze raz i kolejny i kolejny...
Majka jest jeszcze za mała, by rozumieć, że Turlututu nie trzeba uderzać po twarzy (oku?), a naciskać guzik, albo śpiewać. Ale nie mogę się doczekać, kiedy będę miała okazję przeczytać z nią tę książkę i kiedy potrze mój nos i pociągnie mnie za ucho... i mam nadzieję, że zawsze będzie wierzyć, że to odczynia wszystkie czary...





[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem] 

sobota, 23 marca 2013

42.PO ŁZACH ZAWSZE UŚMIECH


ZBIGNIEW LENGREN
„GAŁGANKOWY SKARB”
BABARYBA, WARSZAWA 2010
ILUSTROWAŁ ZBIGNIEW LENGREN

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Lubię wiersze. Wierszę czyta się prosto, rytmicznie, dzieją się same, bez naszego udziału. Gdy czyta się wiersz Dziecku, to w człowieku budzi się aktor i bez trudu zmienia głosy, pędzi za tekstem, albo wolno jak żółw wdrapuje się na jego wierzchołek – zależy, jak autor dyktuje. Ten aktor nie zna tremy i jest tak przekonujący, że Dziecko śmieje się w głos. I za wierszami idzie się jak w dym. Ale tylko za tymi dobrymi, za tymi, które można czytać po wielokroć i nigdy się nie nudzą, za tymi, które bawią babcie, matki, a na samym końcu córki. I mają jeszcze szansę bawić kilka pokoleń naprzód, tych, które jeszcze się nie urodziły.
Do takich wierszy należy „Gałgankowy skarb”. Wierszyk o dziewczynce, która zgubiła ulubioną lalkę. I dziewczynka płacze, bo dla niej lalka to jak dziecko – największy skarb. I nie ma znaczenia, że lalka to Murzynek, a Kasia jest biała, bo przecież dziecko się kocha mimo wszystko, dziecka się nie wybiera. Kasia-mama odchodzi od zmysłów i jedyne, co potrafi powiedzieć to, że „ja moją szmacianą laleczkę chcę!” i wzywa na pomoc rodzinę, znajomych, nawet pieska. Szuka mama, tata, brat, ciocia, szuka nawet stróż Walenty. Gdy nie mogą znaleźć zguby proponują Kasi w zamian wazonik, korale, balonik, ale wiadomo przecież, że serce Kasi nie da się oszukać. I ktoś w końcu sprawia, że koniec jest szczęśliwy, że dziewczynka chwyta w objęcia swoją lalkę, że wszystko wraca tam, gdzie być powinno.
Lubię ten wiersz, bo lubię takie, gdzie jest dużo wyliczeń, gdzie rytm i rym idą w parze, gdzie ciocia, wujek, babcia i piesek nadają dynamiki, gdzie jak refren powtarza się jedna fraza, a wokół niej szaleńczo krążą inne strofy.
Nie mogę milczeć na temat rysunków – rozpoznawalna kreska, dużo humoru, dziadek, co szuka lalki w pieluszkach.
Nie dziwię się, że dzieci polskie zawnioskowały o Order Uśmiechu dla Lengrena. Uśmiecham się ja też. I Majka!





[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem]  

wtorek, 12 marca 2013

41.SMOK TYLKO MÓJ (CHOTOMSKA Z LUTCZYNEM CZYLI TO MUSI SIĘ UDAĆ!)


WANDA CHOTOMSKA
„SMOK ZE SMOCZEJ JAMY”
BABARYBA, WARSZAWA 2011
ILUSTROWAŁ EDWARD LUTCZYN

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Gdybym na szybko, zbudzona ze snu miała rzucić nazwisko jednego, jedynego ilustratora – byłby to Lutczyn. Ci, których dzieciństwo przypadało na lata osiemdziesiąte, pewnie tak samo, jak ja, wyszarpnięci z ramion Morfeusza, powiedzieliby to samo. Kiedyś był wszędzie, było go dużo i był rozpoznawalny – nie tylko jego ogromne, sumiaste wąsy, ale też kreska – niepowtarzalna i znajoma. Z zapałem przerysowywałam jego ilustracje do specjalnego zeszytu, w którym były „moje” rysunki. Wydawały się takie proste, takie niewymagające. Ale zawsze się okazywało, że ja tak nie potrafię, że oko wyszło krzywo, że głowa za duża, że z kota zrobił się pies. A on, pokazywany w telewizji, w kilka chwil, w kilka maźnięć mazakiem, wyczarowywał czyjś portret, albo scenkę rodzajową. Chciałam mieć takie same mazaki – bo myślałam, że może w nich tkwi ta moc i talent. A flamaster często tkwił w kieszeni jego koszuli i wydawał się niedostępny...
A w duecie, wraz z Lutczynem, Chotomska – duet mojego dzieciństwa! Bo z Chotomską, jako dziecko, miałam zaszczyt się spotkać, na jakimś konkursie literackim. Byłam pod ogromnym wrażeniem, bo poezja wypadała z jej ust jak zwykłe słowa, a ja się zastanawiałam, kto je tam umieścił i co ona je, że to się na wiersze zamienia? Patrzyłam na nią i chciałam być tak samo zdolna. Do dziś w zakamarkach któregoś z albumów fotograficznych mam zdjęcie z nią.
„Smoka ze smoczej jamy” ja akurat nie pamiętam... To nie jest książka, której wznowienie wywołało szybsze bicie mojego serca i smak gumy balonowej w buzi. Nie mniej jednak cieszę się, że będzie to książka dzieciństwa Majki – to zadziwiające, jak dobre duety ilustrator/autor mogą przetrwać lata i bawić kolejne dzieci i dzieci tych dzieci i następne i następne....
Bo to przede wszystkim książka, która ma bawić – oparta jest oczywiście na legendzie o Smoku Wawelskim, ale przerobiona na wersję light. Wersję, która sama się czyta, sama się śpiewa, sama się recytuje. Wiersze Chotmoskiej mają to do siebie – są zwiewne, niewymuszone, fruwające...
Majka była książką zachwycona – przyciągnął ją kolor okładki, wściekle różowy (tutaj oczko ze strony wydawcy – złowrogi smok i róż – jak ja kocham takie kontrasty!). Rogi w książce już są objedzone i środek przewertowany w tą i z powrotem. Ilustracje aż do niej krzyczą – z Lutczynem nie mogło być inaczej – jest prosty, a dzięki temu wyraźny i czytelny.
Ja wydaniem jestem zachwycona z dwóch powodów – pierwszy to wersja angielska wiersza (przetłumaczona przez Barbarę Bogaczek i Tony'ego Howard'a) – czytałam także tę, również jest rytmiczna, sprawna, składna (choć oczywiście nie tak bliska sercu, jak polska!). A drugi powód to coś, co w książkach uwielbiam – taki mały bonus: możesz wpisać do kogo książka należy i narysować tam swój portret albo wkleić zdjęcie, możesz pokolorować smoka i możesz narysować mamę i tatę jako pogromców smoków. O ileż przyjemniej wracać po latach do takiej książeczki, takiej o której się wie, że jest TYLKO moja i niczyja więcej!






[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem] 

piątek, 8 marca 2013

40.PO ANGIELSKU


HEINZ JANISCH
„PAN JAROMIR NA TROPIE KLEJNOTÓW.POWIEŚĆ DETEKTYWISTYCZNA”
(TŁ. JOANNA BORYCKA-ZAKRZEWSKA)
BONA, KRAKÓW 2013
ILUSTROWAŁA UTE KRAUSE

[Królowa Bona otworzyła Polskę na świat, Bona otwiera Polskę na niesłusznie zapomniane książki]

„You are a cat. I am a dog. This is a house. What time is it?” - pyta Pan Jaromir Miss Snowflake... A Miss Snowflake nie odpowiada i z wyższością odwraca głowę. A Pan Jaromir chciał tylko poćwiczyć angielski na rodowitej Angielce. Nie udało się, bo Pan Jaromir to zaledwie asystent, a Miss Snowflake jest złotą medalistką...
Ale po kolei...
Pan Jaromir dostał informację o posadzie wiernego towarzysza od przyjaciół. Poszedł na rozmowę do lorda Hubera z wielką nadzieją. Miał numer trzydziesty siódmy, ale zdyskwalifikował trzydziestu sześciu poprzednich kandydatów i niewiadomą liczbę kolejnych kilkoma rzeczami – tym, że nie boi się niczego innego niż tego, iż podczas jego snu wyląduje na nim UFO; tym, że doskonali wciąż porozumiewanie się w języku angielskim; tym, że czytuje co rano angielską prasę i tym, że zafascynowała go lordowska laska z wbudowanym mikrofonem. Tak oto przyjął posadę u cenionego detektywa w stanie spoczynku. W swoich warunkach uwzględnił angielską prasę co rano, podróż nad morze raz w roku i żadnych spacerów we mgle. A tym wszystkim warunkom nie przeszkadza przecież to, że Pan Jaromir jest psem...
Lord Huber zaś nie do końca jest detektywem w stanie spoczynku – jego sława, wprawne oko i doskonała zdolność analizy sytuacji sprawiają, że wciąż ktoś powierza mu nietypowe sprawy. Tym razem zabiera nowego asystenta,towarzysza, a wkrótce też zapewne przyjaciela i wyruszają do kurortu Bad Grunberg. Dokonano tam kradzieży niezwykle cennych klejnotów – drzwi zamknięte, a sejf otwarty... Goście hotelowi, którzy wtedy przebywali w hotelu to pewna para małżeńska, która wciąż się kłóci, baron Legenstein z aparatem słuchowym i pewna dama, właścicielka ślicznej pudliczki Miss Snowflake, wygrywającej wszystkie psie konkursy piękności...
Ta powieść oczarowała mnie przede wszystkim swoim angielskim minimalizmem, swoim angielskim humorem i angielskimi manierami. To nie jest powieść – fajerwerk, który odpala się, wybucha i szybko unosi się z niej dym rozwiązania. To książka, którą się smakuje, idzie równym rytmem, równym tempem, puszcza co chwilę oczka – szczególnie, gdy mowa o lordzie Huberze – detektywie o nienagannych manierach i specyficznym poczuciu humoru. Humor zapewne bardziej rozśmieszy dorosłych, jest takim delikatnym uśmieszkiem pod wąsem, umaczanym w angielskim piwie.
Cenię sobie to, że intryga nie jest prosta jak kijek, ale jak pęczek drutu w kieszeni – niby wiadomo, niby się podejrzewa, ale mimo to lord Huber i Pan Jaromir musieli mi wyjaśnić kilka kwestii. Dzieci będą miały jeszcze więcej uciechy, ćwicząc zdolności skojarzeniowe.
Tak samo oszczędne, acz sugestywne są ilustracje – trzy kolory – biały, czarny i niebieski – przywodzi na myśl uczucie chłodu, gdy pada na ciebie słynna angielska mżawka, ale jednocześnie Pan Jaromir i lord Huber zawsze wywołują uśmiech – jakby niebieski, wypełniający ich kontury, był wzięty prosto z siódmego nieba. Przywodzą mi na myśl ilustracje z moich starych książeczek, klasyczne, a przez to niepodważalnie urocze.
I dobrze, że na końcu książki lord Huber wspomina o kradzieży obrazu z zamkniętego muzeum, a Pan Jaromir odpowiada mu entuzjastycznym „Let's go!” - chętnie pójdziemy z nimi do tego muzeum, jeśli tylko nas zaproszą...





[Dziękujemy królowej Bonie za mecenat]

środa, 6 marca 2013

39.KARTONY DWA. O POCIESZANIU


STANISŁAW JACHOWICZ
„CHORY KOTEK”
WILGA, WARSZAWA 2012
ILUSTROWAŁA ANNA XAWERY ZYNDWALEWICZ

[Przegląd kartonów* ulubionych i mniej]

Tego kartona Majka też dostała będąc jeszcze dzieckiem brzuszkowym - od przyjaciół z Warszawy. Więc najpierw czytałam wierszyk małemu Frankowi i dziwiłam się bardzo, że nie pamiętam prawie nic. Tylko to słynne „Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku...”. Ale co się stało kotkowi? Na co chorował? Okazało się, że to wierszyk o łapczywości, zachłanności i żarłoczności. Że koteczek się przejadł i boli go brzuszek. Że teraz ma stosować ścisłą dietę i nie może zajadać się myszkami i ptaszkami. Tylko kleik, co zaklei głód, ale nie zaspokoi podniebienia... Jachowicz ostrzega dzieci przed łakomstwem i wciąga w to nawet Boga, który ma dzieciom w tym pomóc... Ech, dziwny wierszyk, gdy patrzę na niego teraz. Ale jednocześnie drogi sercu, bo zawsze na dnie serca kołacze się to „I przyszedł pan doktor: „Jak się masz koteczku?”. A wierszyki z dzieciństwa zawsze łaskoczą w serce. I nie można się ich wyrzec nawet, jeśli niezupełnie chcesz recytować ten wierszyk swojej córce, której niedługo zaczniesz wprowadzać stałe pokarmy do diety i marzysz, że będzie cieszyć się smakami.
Rysunki mnie nie powaliły, ale Majce chyba się spodobały. Głaskała kotka (i pana doktora też) i chyba dodała mu jeszcze jeden powód do wzięcia L4 – ugryzła parę razy – w łapkę, w ogonek, w ucho... I na pociechę znów głaskanie, głaskanie-pocieszanie, bo „Pan kotek był chory”... i kolejne pokolenie dowiaduje się o tym, a potem zapomni, na co...




* nasze książeczki z twardymi stronami, idealne dla małych rączek