Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 12 marca 2013

41.SMOK TYLKO MÓJ (CHOTOMSKA Z LUTCZYNEM CZYLI TO MUSI SIĘ UDAĆ!)


WANDA CHOTOMSKA
„SMOK ZE SMOCZEJ JAMY”
BABARYBA, WARSZAWA 2011
ILUSTROWAŁ EDWARD LUTCZYN

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Gdybym na szybko, zbudzona ze snu miała rzucić nazwisko jednego, jedynego ilustratora – byłby to Lutczyn. Ci, których dzieciństwo przypadało na lata osiemdziesiąte, pewnie tak samo, jak ja, wyszarpnięci z ramion Morfeusza, powiedzieliby to samo. Kiedyś był wszędzie, było go dużo i był rozpoznawalny – nie tylko jego ogromne, sumiaste wąsy, ale też kreska – niepowtarzalna i znajoma. Z zapałem przerysowywałam jego ilustracje do specjalnego zeszytu, w którym były „moje” rysunki. Wydawały się takie proste, takie niewymagające. Ale zawsze się okazywało, że ja tak nie potrafię, że oko wyszło krzywo, że głowa za duża, że z kota zrobił się pies. A on, pokazywany w telewizji, w kilka chwil, w kilka maźnięć mazakiem, wyczarowywał czyjś portret, albo scenkę rodzajową. Chciałam mieć takie same mazaki – bo myślałam, że może w nich tkwi ta moc i talent. A flamaster często tkwił w kieszeni jego koszuli i wydawał się niedostępny...
A w duecie, wraz z Lutczynem, Chotomska – duet mojego dzieciństwa! Bo z Chotomską, jako dziecko, miałam zaszczyt się spotkać, na jakimś konkursie literackim. Byłam pod ogromnym wrażeniem, bo poezja wypadała z jej ust jak zwykłe słowa, a ja się zastanawiałam, kto je tam umieścił i co ona je, że to się na wiersze zamienia? Patrzyłam na nią i chciałam być tak samo zdolna. Do dziś w zakamarkach któregoś z albumów fotograficznych mam zdjęcie z nią.
„Smoka ze smoczej jamy” ja akurat nie pamiętam... To nie jest książka, której wznowienie wywołało szybsze bicie mojego serca i smak gumy balonowej w buzi. Nie mniej jednak cieszę się, że będzie to książka dzieciństwa Majki – to zadziwiające, jak dobre duety ilustrator/autor mogą przetrwać lata i bawić kolejne dzieci i dzieci tych dzieci i następne i następne....
Bo to przede wszystkim książka, która ma bawić – oparta jest oczywiście na legendzie o Smoku Wawelskim, ale przerobiona na wersję light. Wersję, która sama się czyta, sama się śpiewa, sama się recytuje. Wiersze Chotmoskiej mają to do siebie – są zwiewne, niewymuszone, fruwające...
Majka była książką zachwycona – przyciągnął ją kolor okładki, wściekle różowy (tutaj oczko ze strony wydawcy – złowrogi smok i róż – jak ja kocham takie kontrasty!). Rogi w książce już są objedzone i środek przewertowany w tą i z powrotem. Ilustracje aż do niej krzyczą – z Lutczynem nie mogło być inaczej – jest prosty, a dzięki temu wyraźny i czytelny.
Ja wydaniem jestem zachwycona z dwóch powodów – pierwszy to wersja angielska wiersza (przetłumaczona przez Barbarę Bogaczek i Tony'ego Howard'a) – czytałam także tę, również jest rytmiczna, sprawna, składna (choć oczywiście nie tak bliska sercu, jak polska!). A drugi powód to coś, co w książkach uwielbiam – taki mały bonus: możesz wpisać do kogo książka należy i narysować tam swój portret albo wkleić zdjęcie, możesz pokolorować smoka i możesz narysować mamę i tatę jako pogromców smoków. O ileż przyjemniej wracać po latach do takiej książeczki, takiej o której się wie, że jest TYLKO moja i niczyja więcej!






[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem] 

2 komentarze:

  1. Z tym dodatkowym miejscem na własną twórczość to tak różnie bywa. Ja akurat nie jestem entuzjastką. U nas przy trójce dzieci książka to puchar przechodni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne - nie mówię, że wszędzie, ale warto mieć kilka takich książek "Tylko dla siebie", które nie przejdą na siostrę i nie pochodzą od brata :-)

      Usuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...