Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 23 stycznia 2018

479. W CZYM NOTUJEMY LISTY BARDZO WAŻNYCH SPRAW

Gdy nadchodzi grudzień, szukam niespokojnie. Węszę i tropię. Muszę mieć kalendarz! Koniecznie dzienny. Koniecznie A5. Koniecznie dość lekki. Z dużą ilością miejsca na notatki (notuję co trzeba zrobić, kupić, listy książek - do kupienia, do przeczytania i tych już przeczytanych, nazwy gier, w które koniecznie chcę zagrać z Majką teraz albo za 5 lat, tytuły filmów, na które nigdy nie mam czasu, ale może kiedyś nadejdzie emerytura…, plan postów na blog, a także początki moich recenzji. Czasem piękne zdania z książki, którą właśnie czytam). Szkoda mi zawsze wydawać dużej ilości pieniędzy na piękny kalendarz, więc zazwyczaj po prostu kupuję zwykły za parę groszy i ozdabiam rysunkiem Majki albo naklejką. Tak zrobiłam też w grudniu 2017, ale coś nie miałam przekonania do tego kalendarza. I nagle czytam, że Biblioteka Gdańska wydaje swój, książkoholikowy, kalendarz. No i mam swojego Josepha. No i się w środku stycznia przeniosłam do nowego kalendarza. Już się zaprzyjaźniliśmy, ja i J., już powierzyłam mu trochę swoich myśli i zadań specjalnych.
A od dziś kalendarz dostępny w PROMOCYJNEJ CENIE!




W tym roku Majka też zażądała kalendarza, bo przecież ma do zapisania milion ważnych spraw. Na przykład musi notować sobie przeczytane książki. Teraz robi to na kartce w zeszycie, ale musi pisać datę, a tak by przecież nie musiała - tłumaczy zawzięcie. Uśmiecham się delikatnie. Kiwam głową. Wybiera kalendarz z Gwiezdnymi Wojnami (oczywiście!). Cieszy się niezmiernie. Pierwsze notatki już powstały!







Co roku kupujemy też najpiękniejszy wiszący kalendarz – Kalendarz Pana Kuleczki. Wzrusza mnie on zawsze. Uwielbiam go co roku bardziej, a ElżbietaWasiuczyńska co roku więcej z siebie daje, malując ten kalendarz. No zachwyt, no! I naklejki! I miejsce na notatki! I opowiadanie na początku! Bez panakuleczkowego kalendarza jak bez ręki! Nie, jak bez duszy raczej! Być musi. Co roku.  







piątek, 12 stycznia 2018

478. MUSZĘ SIĘ PODZIELIĆ

FLEUR DAUGEY
„SEKRETY ZWIERZĄT”
(TŁ. ANDRZEJ STAŃCZYK)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2017

Od zawsze uwielbiałam Zeszyty. Te pisane wielką literą ze względu na zawartość i emocjonalne przywiązanie (bardzo często lądowały na noc pod poduszką). Tematy Zeszytów były różne na różnych etapach mojego rozwoju. Od zwierząt, poprzez fotografie ulubionych aktorów, po poezję własną i cudzą i cytaty z ulubionych książek i piosenek. Nie mniej jednak zawsze uwielbiałam, gdy były grube, kolorowe, gdy na ich stronach powstawały kolaże z obrazków, prób dziecięcej/nastoletniej kaligrafii (dominowały serduszka zamiast kropek i ogonki od „y” jak bluszcz oplatające inne litery), gdy mieszały się faktury (codzienna gazeta z magazynem o nieco grubszych, bardziej śliskich kartkach), kolory (w takich Zeszytach czasami wypróbowywało się wszystkie kolory świeżo zakupionych mazaków, wykorzystując do tego na przykład jakże wdzięczne słowo „LOVE”). No i naklejki! Och, uwielbiałam moje Zeszyty z naklejkami, w których działy się już w ogóle cuda! Koty obok Smerfów, świąteczne motywy obok dziwnych słów, w nieznanym języku, pisanych dziwnymi czcionkami (mogło się na przykład okazać, że to nazwa zespołu np. The Doors albo Nirvana). Do dziś z lubością oglądam w internecie wszelkie Bullet Journale, Plannery i Pamiętniki, w których panuje dokładnie taka sama anarchia, jak w moich Zeszytach, tylko wszystko jest estetyczne i nadaje się na zdjęcia w ascetycznych, szwedzkich wnętrzach z kubkiem herbaty w tle.
Dlatego właśnie od razu pokochałam „Sekrety zwierząt”.
W pierwszej chwili za tę formę. Za misz-masz, pomieszanie z poplątaniem, za ten galimatias, rozgardiasz i rwetes. Rysunki, obrazy, infografiki, różnej wielkości czcionki, ramki, tabelki, cytaty, wyróżnienia, podkreślenia, znaki specjalne, justowanie, równanie do lewej, tekst układający się w parasol… Dokładnie zaplanowany, uporządkowany chaos! A treść? Oczywiście, że nie może być poukładana i jednolita. Właściwie jedyną wspólną cechą dla wszystkich tych tekstów i tekścików są „Zwierzęta”. Ale tematyka też jest potraktowana baaaardzo szeroko. Bo są i mity, i nazwy chorób, i wiadomości z pierwszych stron gazet, i statystyki, i lingwistyka, i czysto biologiczne notatki. Otwieram przykładową stronę: informacja o tym, że zwierzęta umieją się uczyć i są wynalazcami (przykład badanego w 1960 roku stada makaków i ich nauki obmywania batatów z piasku); cytat z Jeana La Fontaine („Odwołuję się do zwierząt, by uczyć ludzi”), informacja o tym, że w 2016 roku Światowa Unia Ochrony Przyrody opublikowała listę 2065 gatunków zwierząt zagrożonych wyginięciem (i kilka przykładów: goryla górskiego zostało na świecie tylko 500 sztuk…); ciekawostka o cukierniku Ludwika XIV, który piekł biszkopty specjalnie la piesków swojego pana, a na koniec wiadomość, że sowy i puszczyki mają tak aksamitne pióra, że powietrze ślizga się po nich i dzięki temu umieją latać bezszelestnie.
A co dalej?
Na przykład informacja, że w zoo w nowojorskim Bronksie można się przejechać na karuzeli, w której wagoniki to ręcznie rzeźbione owady, a muzyka towarzysząca przejażdżce została nagrana z użyciem odgłosów prawdziwych owadów. Tak, jest adres karuzeli.
Informacja o tym, że odcisk psiego nosa jest tak samo niepowtarzalny, jak linie papilarne.
Informacja o tym, ile kosztuje najdroższy ser na świecie i z jakiego zwierzęcia pozyskiwane jest mleko do jego wyrobu.
Informacja, które zwierzęta potrafią przewidywać katastrofy.
Legenda o filozofie Chryzypie, który zginął przez osła jedzącego figi ze stołu podczas biesiady.
Rozpiska ilości snu potrzebnego w ciągu dobry różnym zwierzętom (żyrafa 1 godz 54 minuty, a tygrys 15 godz. 48 minut…)
Informację o tym, jak nazywa się poród u różnych zwierząt (owca się BAGNI (sic!))
Informacja o tym, że goryle i szympansy mogą się zarazić katarem od człowieka.
Jest informacja jak rozpoznać umaszczenie konia, wiersze, przestroga przed karmieniem królików domowych sałatą lodową, wspomnienie w jakie zwierzęta zmieniał się Zeus w mitologii, piosenka, a także rozdział o zwierzęcym homoseksualizmie i nazwy zwierzęcych odchodów (cietrzewie robią knoty).
Albo absolutnie wzruszająca informacja o wydrach morskich, które przez dwa miesiące zabierają je ze sobą wszędzie, dopóki małe nie nauczą się same pływać. A gdy nurkują po pożywienie – zawijają je w pędy wielkomorszczu gruszkonośnego, który jest zakotwiczony w podłożu, a sierść małej wyderki pozwala jej unosić się na wodzie. Słodko!
Z racji tego, że ta książka to taka mieszanka – absolutnie nie można się przy niej nudzić! Można czytać od początku do końca, od końca do początku, od środka, na wyrywki, albo zacząć od indeksu zwierzaków i badać po kolei te, które nas interesują. W przypadku młodszych dzieci można po prostu niektóre informacje pominąć (jak te o kopulowaniu, jeśli nie chce się jeszcze odpowiadać na pytanie „Skąd się wziąłem” albo te o śmierci).
Chociaż nie wierzę, że kogoś może nie zainteresować WSZYSTKO! Ostatnio Tata Majki zaczął „ćwiczyć głowę” - robi zadania logiczne, ćwiczenia z zapamiętywania i czytuje ciekawostki z różnych dziedzin życia. Kładę mu więc koło łóżka „Sekrety zwierząt” i jestem pewna, że jutro usłyszę „Niemożliwe!”, „No popatrz!”, „Nie wiedziałem!, „Niesamowite!”.

A jako, że gdy się przeczyta na przykład o tym, że jajo strusia jest większe od jego mózgu, to absolutnie i od razu chce się z kimś tą wiadomością podzielić. Więc ja się dzielę. I namawiam na odkrywanie sekretów zwierząt.  










środa, 10 stycznia 2018

477. 4 POWODY, DLA KTÓRYCH MUSISZ TO MIEĆ (INACZEJ MUST HAVE)

VICTOR ESCANDELL
„ZWIERZOŁY”
(TŁ. KATARZYNA SOSNOWSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2017

Książki z zadaniami moglibyśmy kupować na kilogramy - jak ziemniaki czy marchewkę. Majka uwielbia, a czasem, jak się dorwie, to robi kilka naraz. Więc pożądane są te grubsze, bo starczają na dłużej. A tu nagle… „Zwierzoły”… „Panie i panowie, przed wami 120 stron malowania, kolorowania, bazgrania, miętoszenia, gryzienia, wyrywania...”. Podchodzę nieco nieufnie, zaglądam do środka… i przepadam.
Nie ma nas przez najbliższy czas, bo wycinamy, rysujemy, doklejamy i oglądamy przez lupę, ale gdy Majka zajmuje się dorysowywaniem Krocionogowi Józefowi nóg motylkowych, nóg trójkowych, nóg choinkowych i nóg serduszkowych, ja wpadnę na chwilę, żeby wypunktować 4 powody – jak w tytule.

Powód 1: GRAFIKA
Victor rysownik skradł moje serce. To ten rodzaj ilustracji, które się kocha właściwie nie wiadomo za co. Za to, że są brązowo-niebieskie? Albo za to, że są dziwne? A może za to, że są nieforemne, a zwierzęta mają obydwoje oczu z jednej strony głowy? Być może – o gustach się nie dyskutuje. I zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim się spodobają. Ale jam zakochana…

Powód 2: WYGODA I RWANIE
Czasem jest tak, że aby dostać się do jakiegoś zadania, które bardzo, ale to bardzo chcemy zrobić, rozpłaszczamy książeczkę, obciążamy ją z dwóch stron łokciami i w tej niewygodnej pozycji coś tam sobie rysujemy, bazgrzemy czy dopisujemy. A i tak w miejscu grzbietu kredka pozostawia słabszy ślad… No to tutaj tak nie jest! Książka ma format bloku rysunkowego i rozkłada się niemal na płask. Dobra nasza!
No a poza tym… „Pamiętaj, że możesz wyciąć gotowe rysunki i podarować je komuś, kogo kochasz...” - ależ wiadomość! Na pierwszej stronie książki. To trochę jak odkrywanie niezakrytego, trochę jak uświadamianie sobie oczywistości, ale do tej pory nikt tego nie powiedział głośno! Przynajmniej my nie słyszałyśmy! A teraz jest – brązowo na białym! Więc Majka wybiera, które rysunki pośle najlepszej Przyjaciółce, które Babci, a które bezapelacyjnie muszą zostać z nią (no jednak większość).

Powód 3: RÓB, CO CHCESZ
Na trzeciej stornie jest jeszcze jedno bardzo ważne zdanie. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że NAJWAŻNIEJSZE. Pochodzi od Autora i brzmi: „Drodzy przyjaciele, zdradzę wam pewien sekret… Jedyną reguła w tej książce jest to, że… NIE MA REGUŁ. Malujcie i rysujcie to, na co macie ochotę1”. No i to niby też oczywista oczywistość. Jeszcze chyba oczywistsza od tego wyrywania i podarowywania. Ale czy na pewno? Czy nie jest tak, że czasem kusi nas, by zawołać: ”Nie wyjeżdżaj za linie!”, „Nie, tu powinieneś użyć czerwonego!”, „W instrukcji jest napisane, że TRZEBA pomalować, a nie porysować”… itd., itp. Hm, czasem nawet nas nie kusi, czasem nawet tak mówimy. Dlaczego właściwie? Bo obawiamy się co ludzie powiedzą?! Niebieski tam, gdzie miał być czerwony? I te kredki zamiast farby! I, o zgrozo!, wyjechanie za linie! Dlatego Victor rysownik od razu robi krok do przodu, staje po stronie dzieci (i innych twórców, którzy będą się bawić tą książką), wyprzedza wszelką krytykę i oznajmia: Rób, co chcesz. Ja jednak znalazłam jedną ważną regułę – to, co robisz, ma ci sprawiać radość – wtedy „Zwierzoły” spełniają swoje zadanie!

Powód 4: BEZ SZABLONU
Jakież tu są twórcze zadania! Jakie inne, nowe, świeże, nieszablonowe! Można wycinać, doklejać, dorysowywać, zamalowywać, można liczyć, można nawet użyć lupy, żeby zobaczyć rysunki w powiększeniu. Można na przykład pisać bajki. Albo rysować psa. Albo dokańczać langustę. Albo sprawdzać, jak Osiołek Dżordż będzie wyglądał z kręconymi włosami. Albo rysować Sokola Otta, który jest ślepy, z zamkniętymi oczami… Albo sprawdzić, ile mrówek da radę narysować w pięć minut. Świetne! Nietuzinkowe! Pochłaniające!

Więc jak dużo trzeba mieć talentu, żeby zrobić książkę z zadaniami dla dzieci? W ogóle! Wystarczy Ctrl+C o Ctrl+V. Połącz kropki, pokoloruj, policz bałwanki (w wersji wiosna – przebiśniegi), wskaż, który cień należy do której zabawki… I nawet ilustratorem, rysownikiem nie trzeba być. Wystarczy być grafikiem komputerowym, który ma dostęp do zdjęć stockowych… I juuuuuż… leci taśmowa produkcja…
Jak dużo trzeba mieć talentu, żeby zrobić kreatywną książkę z zadaniami dla dzieci? Tu już trzeba trochę wiedzieć, trochę sobie wyobrażać i trochę kombinować.
A jak dużo trzeba mieć talentu, żeby z zadaniami dla dzieci, która pozwoli im uwierzyć, że są kreatywne?
Tu już trzeba być mistrzem.

Panie Victorze – mistrzowski medal na Pana ręce!












niedziela, 7 stycznia 2018

476. POTRAKTUJMY TO KIESZONKOWO

SELMA LAGERLÖF
CUDOWNA PODRÓŻ”
ADAPTACJA TAGE I KATRIN AURELL
(TŁ. TERESA CHŁAPOWSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017

Pamiętam dwutomową księgę w twardej oprawie. Wielką, ciężką, pięknie ilustrowaną. Jeden tom był niebieski, a drugi czerwony/różowy. Obiekt mojego pożądania. Chyba prosiłam o nią Mikołaja w pełnym uprzejmości i błagania liście.
Już dziś właściwie nie pamiętam, czy pierwsza była książka, czy film. Ale wiem, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie historia Nilsa. Ależ się na niego złościłam na początku! Był okrutny dla swoich rodziców, dla zwierząt, dla roślin. Miałam ochotę odgryźć mu głowę, gdy czytałam, że ciągnie kota za ogon. I nawrzeszczeć, gdy oczyma wyobraźni widziałam go podstawiającego nogę swojej mamie, idącej z kanką wypełnioną mlekiem. Na szczęście znalazł się ktoś, kto wymierzył sprawiedliwość – krasnoludek. Pewnej niedzieli, gdy rodzice Nilsa poszli do kościoła, on został w domu. Miał chytry plan postrzelania z ojcowskiej dubeltówki. Ale rodzice zbyt dobrze znali swojego leniwego syna, który miał tysiąc pomysłów na minutę, a każdy zły i brutalny. Zadali mu więc do czytania fragment z Biblii, zapowiadając, że go przepytają po powrocie. I poszli. A Nils nudził się wprost śmiertelnie nad tym czytaniem. Do czasu, aż na brzegu skrzyni z ubraniami, dostrzegł krasnoludka. Postanowił się, swoim zwyczajem, zabawić jego kosztem i schwytał go w siatkę na muchy. Krasnoludek błagał o wypuszczenie, obiecywał w zamian „srebrną łyżkę i złotą monetę”, ale Nils był okrutny i chciwy, więc zapragnął więcej. I to był błąd, którego nie powinien był popełniać. Krasnoludki są bowiem humorzaste i drażliwe, łatwo wpadają w złość i są niezwykle czułe na niesprawiedliwość. Ten zamienił więc Nilsa w równego sobie – w krasnoludka.
Gdy Nils obudził się w nowej skórze, koniecznie chciał skrzata odnaleźć. Ale żadne ze zwierząt nie chciało mu pomóc, pomne krzywd, jakie im nieustannie wyrządzał. Nils siedział więc na murze i dumał, jak wytłumaczyć swoją przemianę rodzicom. A zbliżała się już zima i na niebie leciały klucze dzikich gęsi. Co chwilę kolejne stado obniżało lot i zapraszało gęsi domowe na wycieczkę do Laponii. W końcu jeden z gąsiorów z zagrody Nilsa postanowił, że poleci z nimi. Duży, piękny, dorodny, biały gąsior – oj, szkoda by go było, pomyślał sobie Nils i zapominając o swoim wzroście, siadł na jego grzbiecie. A wtedy właśnie gąsior Marcin uniósł się do lotu… I nie było już powrotu na ziemię… Nils i Marcin wyruszyli razem ze stadem przewodniczki – Akki z Kebnekajse – w długą, niebezpieczną, wyczerpującą, ale cudowną podróż…
Cudowna podróż” przyniosła Selmie Lagerlöf – pisarce i noblistce - największą sławę. Zaliczana jest do klasyki literatury dla dzieci, a w Szwecji jej skrócona wersja jest lekturą szkolną. Szwedzcy edytorzy dokonali jej adaptacji – wersja wydana przez Naszą Księgarnię to taka właśnie wersja „lekturowa”. I cieszy mnie to, bo mogę ją bez problemu zapakować do plecaka i zabrać nad morze, gdzie „Cudowną podróż” czyta się pewnie najlepiej, albo zaszyć się z nią na pół dnia w łóżku i czytać pięcioletniej córce. Zaczęłam nieśmiało, pamiętając, że język tej powieści do najłatwiejszych nie należy, że dużo tam gór, dolin, jezior i wiosek szwedzkich, na nazwach których można połamać język, pamiętając też, że morał tej historii jest na samym wierzchu, bije po oczach i może to będą ciosy zbyt bolesne. A ona wciąż popędzałą: „Czytaj dalej!”, gdy tylko nieśmiało zerkałam zza książki, badając jej reakcje. Ach, więc kolejna osoba zauroczona tą niezwykłą książką! Bo owszem, ta Szwecja, promowana przez Lagerlöf niemal do znudzenia, bo owszem, ten pozytywizm, bo owszem, ten Nils tak łatwo się zmienił, spoważniał, serce otworzył, bo owszem, są opisy przyrody i faktycznie czyta się czasem niełatwo, ale to naprawdę kawał wspaniałej literatury! Mądrej! Wzruszającej! Pełnej napięcia! Bo czy Nils trafi z powrotem do domu? Czy wyjdzie cało ze wszystkich przygód? Z pogoni lisa, z upadku w sidła rybaka, czy wydostanie się ze szponów sowy? Czy uda mu się ochronić Marcina przed wyczerpaniem długą podróżą, przed odrzuceniem przez stado Akki, z pazurów orła królewskiego? Ja wiedziałam, że tak, a mimo to gryzłam paznokcie ze zdenerwowania. I musiałyśmy przeczytać tę książkę na jeden raz, bo po prostu nie dało się inaczej! A to, co mi wydało się w tej historii najpiękniejsze, to podkreślany bardzo mocno, związek człowieka z naturą. Człowiek powinien być jej wdzięczny, powinien szanować ją i doceniać, bo nie jest większy, lepszy, silniejszy, mądrzejszy. Jest od niej zależny – od roślin, zwierząt, ptaków, pól i mórz. Bez natury nie ma człowieka – nie je, nie oddycha, nie biega, nie tańczy. I nie zachwyca się!





475. TAKIE SOBIE MARZENIE...

JAN BRZECHWA
„BRZECHWA DZIECIOM. DZIEŁA WSZYSTKIE. TEATRZYKI”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTORWAŁA MAGDALENA KOZIEŁ-NOWAK

Wracam do domu z pracy. Majka jak zwykle wybiega po mnie na klatkę schodową. „Mamo!” - krzyczy - „Będę […]* w przedstawieniu na Dzień Babci i Dziadka! Muszę się uczyć roli!” - oznajmia, wyciągając przed siebie kartkę z kilkoma linijkami tekstu, który ma zapamiętać. A ja się rozmarzam...
Bo Dzień Babci i Dzień Dziadka to Wielkie Otwarcie. Od tego momentu się dzieje… Te wszystkie Wielkanoce, Dni Nauczyciela, Dni Wagarowicza, Jasełka, Zakończenia Roku Szkolnego… A jeszcze po drodze czasem jakiś konkurs, turniej szkół czy inne Urodziny Przedszkola. I na każde z tych świąt warto przygotować przedstawienie. Taki sobie teatrzyk. I ja marzę, wciąż marzę o roku z Janem Brzechwą. Bo jak się okazuje, wspaniały ów poeta pisał nie tylko wiersze, bajki i doskonałego „Pana Kleksa”. Pisał też Teatrzyki!
We wstępie Grzegorz Leszczyński zwraca uwagę, że „teatrzyk” to trochę co innego niż „teatr”. Że to forma dużo lżejsza, jakby prywatna. Że idealnie nadaje się do przedstawienia domowego czy szkolnego, że doskonale będzie, gdy zagrają te „sztuczki” (nie „sztuki”) amatorzy. Więc voilá! Mamy rozwiązanie i plan na cały rok! Akademia z okazji 145 urodzin patrona szkoły? współzawodnictwo międzyszkolne? konkurs młodych talentów? Na wszystko odpowiedzią jest Brzechwa w roli scenarzysty!
Co znajdziemy w tym tomie?
A na przykład „Wieloryba” czyli groteskę radiową. Utwór o tym, jak to „Ogłaszają alarm dla rzeki Wisły!”, bo wieloryb, mieszkający dotąd w zoo, właśnie stamtąd zbiegł… Są „Wagary” czyli trochę staroświecka historyjka o pilnych i nie-pilnych uczniach, o dwójkach, Panu Woźnym i zastępie harcerzy. U-ro-cza, choć absolutnie niedzisiejsza! Albo widowiska kukiełkowe „Teatr Pietruszki”. Ach, już widzę oczyma wyobraźni te wspólne robienie kukiełek – na lekcjach plastyki, na zajęciach dodatkowych, na kółku teatralnym i w domu – w ruch pójdą kubeczki po jogurtach, stare podkoszulki i drewniane łyżki, żeby zrobić kukiełkę głównego bohatera, Pietruszki, czyli zawadiaki, który jest głosem ludu, a jednocześnie wspomnieniem z rosyjskiej młodości samego Brzechwy. Są oczywiście także klasyczne opowieści, jak „Księżniczka na ziarnku grochu” czy „Siedmiomilowe buty”. No i cudne, fantastyczne, chyba najbardziej znane „Bajki samograjki”, wśród których znalazły się „Czerwony Kapturek”, „Kot w butach”, „Kopciuszek” i „Jaś i Małgosia”. Ale, ale, że klasyka, że to nic nowego?! Myli się ten, komu przez myśl przemknęła brzechwowa wtórność! Świeżość raczej i autorskie spojrzenie na problem. Te bajki są zupełnie inne niż oryginały. Przede wszystkim są mniej brutalne niż wersje braci Grimm czy Perraulta. Teatrzyki mają uczyć, owszem, ale też bawić, rozśmieszać, sprawiać, że czas płynie miło. Zachwycona jestem na przykład, że czerwonokapturkowy wilk nie ginie z rąk gajowego (jeśli ktoś nie wie, co się z nim stanie, polecam lekturę!). A już wersja „Jasia i Małgosi” w wykonaniu Pana Jana – mistrzostwo!
A na koniec? OKLASKI! Tym bardziej, że tom, tak jak wszystkie trzy poprzednie, przygotowany jest z wielką starannością, dbałością o szczegóły, genialny edytorsko. No i kolejny raz to pięknie, bogato ilustrowany tom. Tym razem przez Magdalenę Kozieł-Nowak. Z pomysłem, z zadziorem, z humorem, ze swadą. Ja osobiście doszukuję się inspiracji Mirosławem Pokorą, ale to absolutnie nie jest ściąganie – to czysta forma podpatrywania. Poza tym wielbię Pokorę (szczególnie za te misterne fryzury, duże pupy i cienkie nóżki pań), więc absolutnie mi to nie przeszkadza.
Z dumą można tom czwarty stawiać na półce. I z satysfakcją, bo seria Naszej Księgarni to WSZYTKIE utwory Mistrza, które napisał dla dzieci, zebrane w czterech wielkich księgach. Więc zachłanność zbieraczy została zaspokojona, mogą spać spokojnie do czasu, aż znajdą nowy obiekt zbieractwa. Brzechwa już jest na półce. Cały. Od Bajek, przez Wiersze i Pana Kleksa, po Teatrzyki, o których mało kto słyszał. A szkoda, wielka szkoda...
I choć wiem doskonale, że te brzechwowe przedstawionka mogą dziś być trochę nieżyciowe… że nawoływanie do szanowania książek na przykład może się dziś wydawać nieco śmieszne, że morał czasem jest w nich zbyt nachalny i oczywisty, ale mają w sobie tyle wdzięku i uroku, że odpuszczam im wszystkie „niewspółczesne” winy i już wymyślałam sobie strój czarownicy, bo z wielką chęcią zagram kiedyś w brzechwowej wersji „Jasia i Małgosi”.
 













*nie mogę napisać, kim będzie Majka, bo OBIECAŁAM, że na pewno, absolutnie nie powiem Babci i Dziadkowi, co przygotowują, a wiem, że i Babcia i Dziadek czasem tu zaglądają.