Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 30 sierpnia 2017

436. OKULARY W PASZTECIE

CLÉMENTINE BEAUVAIS
„PASZTETY, DO BOJU!”
(TŁ. BOŻENA SĘK)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2017

Pamiętam pewno okropne, koszmarne badanie u szkolnej pielęgniarki na koniec podstawówki. Wszyscy grzecznie stali w kolejce, ważyli się, mierzyli, a potem zasiadali przed tablicą z cyferkami i literkami, do jednego oka przykładali drewniany lizak , a drugim mieli odczytywać literki i cyferki. Standard. Zwykła formalność. Czekałam, roześmiana, rozgadana, w grupie koleżanek. Zupełnie spokojna. Do czasu, gdy zasiadłam sama na twardym krześle i wzięłam do ręki lizak… Jaka to litera? Jaka to cyfra? Nie widzę… Pamiętam jak przez mgłę, że koleżanki ucichły. Po ciasnym, małym gabinecie poniosły się szepty… A ja siedziałam ze ściśniętym gardłem i obserwowałam rękę pielęgniarki, notującej coś czerwonym długopisem na mojej karcie zdrowia. W domu zakopałam się pod kołdrą i najzwyczajniej w świecie rozryczałam, a mama nie mogła wydobyć ze mnie, co się stało. To był płacz histeryczny, płacz spazmatyczny, płacz rozpaczliwy, płacz niekontrolowany. W końcu, przerażona usłyszała, co mówię, między łykaniem jednej i drugiej łzy i litrów smarków z nosa: „Bo będę musiała nosić okularyyyyyyyyyy….”.
To nie były czasy kolorowych oprawek, fantazyjnych kształtów i hipsterów z wielkich brylach na nosie. To były czasy denek od butelek, brązowych oprawek i krzyków z głębi gardeł: „Okularnica!”. Ostatecznie okulary założyłam 1,5 roku później i już dużo spokojniej podeszłam do badania u okulisty, ale wciąż wzdrygam się na wspomnienie tamtego dnia. Już słyszałam w głowie te docinki, te obelgi, te śmiechy…
Nie wiem, czy upokorzenie można stopniować. Czy coś może boleć bardziej lub mniej. Ale mogę sobie wyobrazić, że Mirelle, Astrid i Hakima cierpiały znacznie mocniej od nastoletniej dziewczynki, która miała założyć na nos okulary. Te dziewczyny w facebookowym głosowaniu otrzymały tytuły Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta… Ała!
Całe szczęście, że w tym roku Brązowym Pasztetem została Mirelle Laplanche. Jak mogę mówić w tym kontekście o szczęściu? Mogę! Bo Mirelle przez dwa poprzednie lata zdobywała tytuł Złotego Paszteta. Bo Mirelle nauczyła się mechanizmu obronnego. Bo Mirelle wypracowała w sobie taki dystans, że może pod ogłoszeniem wyniku na Facebooku kliknąć „lubię to!”. Bo jest inteligentna, wygadana, dowcipna, a do tego zupełnie i absolutnie przeurocza! To nie znaczy, że nie płakała, gdy po raz pierwszy wygrała w konkursie. To nie znaczy, że jest ze stali i żadne kamienie w nią rzucane nie zostawiają siniaków. To nie znaczy, że gdy ktoś ją obraża, to nie dociera do jej ucha środkowego… To znaczy, że jest silna i postanowiła być ponad to. Że założyła sobie: „nie będę cierpieć, bo szkoda mojego czasu, łez, szkoda mnie” - i nie cierpi. A przynajmniej doskonale udaje. Nieświadomie wykorzystuje wszystkie mechanizmy obronne, jakie podsuwają podręczniki psychologii, ale radzi sobie doskonale. Dlatego, gdy w jej okno puka Astrid, która ma kaprawe oko i tytuł Złotego Paszteta, Mirelle wie co robić. Wspierać. Ale też wyśmiać. Wytrzeć jej oczy ironią. I śmiechem. I jeszcze raz ironią. A potem trzeba jeszcze pocieszyć Paszteta Srebrnego. I nagle okazuje się, że trzy brzydkie dziewczyny, których nikt w szkole nie poważa, z którymi nikt nie chce siedzieć w ławce, z którymi nikt nie chce rozmawiać, mogą mieć przyjaciółki. Hmmm, można to nawet nazwać paczką. A gdy do paczki dołącza jeszcze brat Hakimy, oślepiająco wprost piękny, ale bez nóg, które stracił na wojnie – nie pozostaje nic innego jak wymyślić plan. Jaki plan? No jakiś! Taki, który pozwoli odwrócić głowę od facebookowego rankingu, taki, który pozwoli miło spędzić czas, a może nawet taki, który zawstydzi/wbije w ziemię/zaskoczy wszystkich, którzy głosują w pasztetowym konkursie?
Plan rodzi się dość szybko – trzy dziewczyny, trzy rowery, jedna przyczepka i jeden opiekun w postaci beznogiego chłopaka na sportowym wózku inwalidzkim i droga z Bourg-En-Bresse do Paryża. W Paryżu muszą być 14 lipca. Nieodwołanie! Absolutnie! Koniecznie! Po co? Każda z nich ma swój własny prywatny powód, ale każda z nich chce go zachować dla siebie aż do godziny zero. Chciałam tylko powtórzyć - jadą na rowerach! Podczas gdy każda z nich jest otyła, z zerową kondycją fizyczną … Ale jest jeszcze trochę czasu, więc zdeterminowane wsiadają na siodełka niemal od razu! I zaczyna się ciężki trening, pokonywanie własnych słabości i praca nad sobą.
Ale to nie jest książka o chudnięciu! To nie jest książka o zmianie siebie i akceptacji rosnącej wraz z malejącą liczbą kilogramów. To nie jest nawet książka o akceptacji siebie „taką, jaką jestem”. Żadna z nich nie akceptuje tego, jak wygląda, ale żadna z nich nie chce też tego zmieniać. To taka forma buntu przeciwko chorym zasadom, ustalonym przez nie-wiadomo-kogo. Ale to też nie jest książka o tym, że trzeba łamać stereotypy i ustalać własne zasady. To nawet nie książka o tym, że piękno wewnętrzne jest najważniejsze i że „nie oceniaj książki po okładce”, choć każda z bohaterek (i jeden bohater), to fantastyczne osobowości. Oczywiście najbardziej uwielbiam Mirelle za jej język, dowcip, inteligencję i hart ducha.
Albo owszem, to książka o tym wszystkim naraz, ale mnie najważniejsze wydaje się, że to książka o dojrzewaniu, o nauce życia, o tym, jak spod kół uciekają kilometry, a w głowie układa się świat, o wyzbywaniu się dziecięcego egoizmu, poświęcaniu siebie dla innych i odnajdywaniu w tym przyjemności, satysfakcji, spełnienia.
Brzmi bardzo, bardzo górnolotnie i… nudno! A przecież to doskonała książka! Pełna humoru (głównie za sprawą ciętych ripost Mirelle i mistrzowskiego przekładu Bożeny Sęk), akcji i napięcia. Jak zakończy się wyprawa Pasztetów? Czy dadzą radę dojechać do Paryża i zrealizować swój plan? Czy opony wytrzymają?
A zakończenie – petarda! Nie zmieniłabym go ani na jotę! Powtórzę się - to doskonała książka! I jeszcze raz – to doskonała książka! W czysto słownikowym znaczeniu tego słowa.



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

435. CHCIAŁABYM ZAREZERWOWAĆ POKÓJ

SCENARIUSZ: FLORIAN I KATHERINE FERRIER
RYSUNKI I KOLOR: KATHERINE FERRIER
„HOTEL DZIWNY. PRZEZ ZIMĘ DO WIOSNY”
(TŁ. MAŁGORZATA JANCZAK)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2017
SERIA KRÓTKIE GATKI

Zimą Hotel Dziwny zapada w sen. Taki długi, długaśny, na parę miesięcy. I nic dziwnego! Zimą jest zimno! Zimą wirują w powietrzu płatki śniegu, trzeba ubierać grube skarpety i umieć jeździć na nartach, trzeba mieć zapasy konfitur, a w piwnicach, gdzie zwykle stoją, mogą przecież spać Pijoglobiny... No a sam Pan Zima… Brrrrr!!!! Pan Zima podobno… „zamienia w lód wszystkich, którzy mają czelność mu przeszkadzać”. Więc zdecydowanie lepiej po prostu wślizgnąć się do ciepłego łóżeczka, zasunąć zasłony, zamknąć księgę meldunkową (niechaj też odpocznie) i spać, spać, spać...aż do wiosny! A co, jeśli ktoś bezczelnie ten sen przerywa? Jakieś trzaski, do drzwi walenie, pokoju żądanie i nawet kolacji!
Przypominamy, że Hotel Dziwny jest nieczynny – aż do wiosny!
Tylko, że wiosna już jest… No przynajmniej kalendarzowo, więc teoretycznie… Bo za oknami i drzwiami, dalej straszny ziąb i śniegu po kolana…
Co się mogło wydarzyć? Czy Pan Wiosna zgubił się po drodze? A może jeszcze gorzej, może… został porwany?
Nie ma rady!
Personel Hotelu Dziwnego w składzie: Marietta (dziewczynka, która na pozór wydaje się zupełnie zwyczajna) z Kakim (duchem) i Panem Leclairem (to nocny stróż, który czyta chyba tyle książek, co ja, a jest coś jakby myszą… lisem… sama nie wiem...) wyrusza w drogę, aby odnaleźć Pana Wiosnę! Po drodze wstępują do Celestyna, bo to on jest największym znawcą tajników zimy w okolicy. Bez niego pewnie żadna wyprawa się nie uda.
Hotel zostaje pod opieką Pana Snarfa (tak właściwie, Pan Snarf jest księgą meldunkową..), a przyjaciele wyruszają w pełną niebezpieczeństw podróż…
Bywają takie książki, w których wszystko, co autorowi pojawi się w głowie, ląduje na papierze. Mały fioletowy, złośliwy duch? Jest. Maruderzy? Są? Gburowaci? Oczywiście! Chłopiec w dziwnej czapce z muchomora z rogami z gałęzi? Jest (mój ulubieniec!). Kasandrole? Pewnie, czemu nie! Smog, potwór z mgły? Obecny! Nie mówiąc już o całej zgrai nienazwanych dziwadeł – gości hotelowych. Nic dziwnego, że hotel jest Dziwny. Ale powinien mieć też dopisek Uroczy. Przyjazny. Nie-dający-się-nie-lubić. Nieustannie podziwiam u autorów/rysowników, zdolność do tworzenia alternatywnych światów i alternatywnych tych światów mieszkańców. To tylko z pozoru jest łatwe i wygląda na bazgrolenie na kartce, na co tylko przyjdzie ochota. Każda kreska to jakaś cecha charakterystyczna, którą nadaje się bohaterowi, to jakaś jego myśl, jego oświadczenie, fragmencik osobowości, odważnik na szali lubię-nie lubię, dobry-zły, miły-wredny.
W tym miejscu niech mi będzie wolno wyrazić uciechę (donośnym okrzykiem, może rechotem, a nawet krótkim, energicznym tańcem) – w końcu Wiosna to nie Pani, a Pan! I nie eteryczna, zwiewna, leciuchna i najzupełniej stereotypowa. Pan Wiosna to kawał chłopa, z gęstą brodą, w której rosną kwiaty, z prawdziwym kosturem w ręku, z czapką z kwiatuszka, w dziwnej szacie i wysokich buciorach, słusznej wagi i na pewno, absolutnie na pewno śmiejącego się na cały las! Taki Pan Wiosna, to dopiero wiosna!
A świat w „Hotelu Dziwnym”? Choć uniwersum jest zupełnie inne, to na myśl przychodzą mi Muminki… Coś jakby w kształtach postaci. Coś jakby w zagęszczeniu ich dziwaczności. Coś jakby w budowli na skraju lasu. Coś jakby w Celestynie, który chyba od czasu do czasu spotyka na swojej drodze Włóczykija. A czy może być lepsza rekomendacja tego komiksu, niż porównanie do Muminków?

To jak, robicie rezerwację?  











wtorek, 1 sierpnia 2017

434.1 SIERPNIA

„BAJKA NA KOŃCU ŚWIATA. 1. OSTATNI OGRÓD”
SCENARIUSZ I RYSUNKI MARCIN PODOLEC
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2017
SERIA KRÓTKIE GATKI

To musiało być jak koniec świata.
Wtedy, 73 lata temu.
Kiedy zaczęły płonąć domy, kiedy zaczęły lecieć bomby, kiedy zaczęli ginąć rodzice.
Czasem było tak, że mała dziewczynka przyjaźniła się z psem. I ona i on przeżyli. I po prostu wyruszyły. Dokąd? Szukać rodziców. Bo przecież gdzieś są! Bo to codzienne błyski na wieczornym niebie to znaki, którymi się trzeba kierować. Bo na pewno ich znajdą – dziewczynka i jej pies, Bajka. Bajka to piękne imię. Bajki kończą się dobrze. Bajki przetrwają nawet na zgliszczach, nawet tam, gdzie brak jedzenia, nawet tam, gdzie czasami kończy się nadzieja. Bajki są zawsze. Zupełnie tak, jak psy. Więc wędrują sobie – Wiktoria i Bajka… Czasem jest już prawie dobrze, a czasem zupełnie źle. Na przykład wtedy, gdy jakiś dziwny zmienny kształt, pokazuje im stary sklep ze słodyczami, jest dobrze. Ale wtedy, gdy kradnie im zapasy słodyczy, już tak dobrze nie jest. Dobrze jest wtedy, gdy wieczorami nie słychać przerażających dźwięków, źle jest wtedy, gdy pies i dziewczynka powtarzają sobie „nie ma się czego bać!”, ale w głębi duszy wiedzą, że coś stoi za ich plecami. Dobrze jest, gdy okazuje się, że to tapir! Bo tapiry są przyjazne, sadzą nasiona, żeby wyrastały z nich nowe rośliny, na zgliszczach, na wypalonej ziemi, na ugorze, po którym przeszedł świata koniec, budują coś nowego. A tym nowym jest ogród. Ogród zawsze zaczyna się od jednego nasionka. Źle jest wtedy, gdy okazuje się, że tapir jest już chyba ostatnim tapirem na świecie, że nie ma już jego domu, że jego bliscy nie żyją… Ale dobrze jest wtedy, gdy tapir nie traci siły i robi to, co do niego należy, naprawia. Gdy daje Wiktorii i Bajce nasionka, żeby je siały tam, gdzie idą.
Koniec świata, no owszem!, ale to już było. Teraz pora na nowy początek.
Tak sobie pies i dziewczynka wędrują od tego dobrego do złego i z powrotem. I wydawałoby się, że to sceneria świata tuż po końcu, to nie jest dobrze miejsce na historię dla Dzieci, że za zimno, za ciemno tam, że powinno się oczy i uszy im zakryć, a tu - niespodzianka! - piękny komiks o przyjaźni, o miłości, o tęsknocie, tak, o tęsknocie też, ale przecież tęsknota jest właśnie z miłości, prawda? I o celu, który na pewno da się osiągnąć. I o nadziei. Chociaż beznadzieję też wyczytuję między wierszami.

Mimo że to postapokalipsa, że dzieje się nie w przeszłości, ale za chwilę, to ja umiejscawiam go dziś w Warszawie sprzed 73 lat. Wyobrażam sobie, że te same emocje towarzyszyły „warszawskim dzieciom” - strach, niepokój, niepewność, tęsknota, smutek, przerażenie, głód, ale też czasem, choć na chwilę, beztroska i radość z rzeczy małych. Taki jest ten komiks – pomimo zgaszonego słońca, cały świetlisty. I jest nawet trochę zielonego. Jakaś roślina tu i ówdzie na wysuszonej, zranionej ziemi się rodzi, jest nawet ogród – być może ostatni na świecie, ale jest! Czyli nadzieja! Czyli musi być dobrze! Wierzę, że Wiktoria i Bajka dotrą tam, gdzie powinny. Nie może przecież być inaczej, prawda? Marcinie Podolcu, nie zrobisz im tego?! Przecież bajki powinny się kończyć tak, żeby można je było czytać na dobry sen...