Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 10 lipca 2018

531. BĘDĘ KOMIKSIARZEM!


PIOTR KASIŃSKI, ROBERT TROJANOWSKI
„ZRÓB SOBIE KOMIKS”
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2018

Jakiś czas temu właśnie to usłyszałam od Majki. Że chce rysować komiksy i ilustrować książki. Gdyby kilkadziesiąt lat temu moi Rodzice usłyszeli taką deklarację ode mnie, to popukaliby się w głowę, uśmiechnęli z pobłażaniem, względnie wysłali mnie do mojego pokoju, żebym w końcu odrobiła matmę. Komiks? Toż to jakaś bzdura! Co prawda nigdy nie zabraniali mi ani mojemu Bratu czytać komiksów, ale nie sądzę, by traktowali je jak pełnowartościową literaturę.
Na szczęście podejście do komiksów (a tym samym do komiksiarzy) się zmienia i chyba w końcu (po złotych czasach Chirsty, Baranowskiego, Pawel i Papcia Chmiela) na powrót zaczynamy doceniać kunszt, maestrię i zdolności rysowników komiksów.
Wracając do „kim chcesz być w przyszłości”… Swego czasu ja i Majka byłyśmy na warsztatach z Henrykiem Glazą. Niedaleko nas siedziała nastolatka, która przyszła porysować. Bezwstydnie podsłuchiwałam jej rozmowę z Glazą, który mówił (tu następuje parafraza, gdyż pamięć nie udźwignęła dokładnego cytatu): „najważniejsze to ćwiczyć! Moja rada jest taka – załóż sobie zeszyt i rysuj, rysuj, rysuj. Zobaczysz, jak będzie Twoje rysowanie wyglądało na początku zeszytu, a jak na końcu. Zobaczysz postępy, zobaczysz, że Twoja ręka się uczy”. Podążając za radą Glazy oraz analizując powiedzenie „Czym skorupka za młodu nasiąknie”, podsuwam Majce „Zrób sobie komiks”.
Co to jest? To niepozorna, acz zupełnie genialna książka. Podręcznik. Zeszyt ćwiczeń. Instrukcja. O, to chyba najlepsze słowo.
Piotr Kasiński (scenarzysta komiksowy) i Robert Trojanowski (rysownik prasowy i komiksowy, ilustrator) stworzyli instrukcję rysowania komiksów. Zupełnie taką, jak dołączane do mebli w Ikei. Prostą. Przejrzystą. Krok po kroku. Taką, że nie może się nie udać. Że jeśli pójdziesz za wskazówkami i nie pominiesz żadnego kroku (na przykład o rozkładzie kadrów albo o kolejności czytania dymków w komiksie), to na końcu na pewno będziesz miał komiks. Zupełnie jak szafkę na książki albo stolik pod telewizor.
Co jest do tego potrzebne? Kartka. Ołówek. Czasem kredki czy farby. I ręka. I głowa. Głowa musi być pełna pomysłów. I już, to wszystko. Naprawdę? Naprawdę!
Przede wszystkim chłopaki zapraszają do komiksu – na okładce, pomiędzy nazwiskami Kasiński i Trojanowski, jest miejsce na „Twój podpis”. Bo to książka interaktywna. Nikt nie stworzy komiksu za ciebie – musisz zrobić to własnoręcznie. Oczywiście z ich pomocą. Autorzy wcielają się w rysunkowych Pika i Roba, którzy będą doskonałymi przewodnikami po komiksowym świecie. Najpierw opowiadają pokrótce co to w ogóle jest komiks i skąd się wziął (zaczynają od rysunków naskalnych, a kończą na postaciach Misia Zbysia i Ryjówki Przeznaczenia). A potem jest już praktyka – przykłady i ćwiczenia. Jak narysować komiksową postać? Jak rozplanować komiks na kartce? Jak skonstruować prawidłowo dymki? Czasem trzeba wymyślić tekst do narysowanych już dymków czasem na odwrót. Albo trzeba zrobić nietuzinkowego bohatera komiksu ze… śrubokręta czy superbohaterkę z kwiatka. Albo stworzyć komiks o tym, co się dzieje w jajku. Albo stworzyć menu dla bohatera komiksu. Albo narysować komiks na podstawie historyjki. Albo poćwiczyć cienie. No a na końcu trzeba to wszystko… pokolorować! (A jeszcze wcześniej w niektórych przypadkach zabawić się w inkera. Kim jest inker? Po tę tajemną wiedzę odsyłam do książki!)
Nie masz pomysłu na bohatera? To narysuj kółko. A potem dorysuj mu oczka i buźkę. Nóżki, łapki i jakiś charakterystyczny detal. Jeszcze tylko wymyśl mu imię, a on już sam poprowadzi Cię przez komiksowe kadry. Na takich prostych poradach opiera się cała książka. Że za proste? Absolutnie nie! Udowadniają, że każdy może tworzyć.
No bo jest jeszcze najważniejsza strona w tej całej książce: całostronicowy napis „Nie bój się rysować”! To piękne przesłanie i doskonałe umocnienie wiary we własne siły. Bo doskonała jest ta książka. Po prostu.
I jest w miękkiej oprawie, niezbyt wielkich rozmiarów, więc idealnie zmieści się do bagażu podręcznego. Jakie fajne będzie wspomnienie z wakacji, zamknięte w komiksie!
Mam nadzieję więc, że Kasiński i Trojanowski zdają sobie sprawę, że na tej książce wychowują nowe pokolenie komiksiarzy, które w przyszłości może ich zepchnąć z piedestału i zająć ich miejsce w panteonie. A może inaczej, może gdy już przejdą na emeryturę, będę powtarzać: „Oj, tak, tak, a to ja mu powiedziałem, co to jest kadr, dymek i jak przedstawić onomatopeję w komiksie.”







 


 




poniedziałek, 9 lipca 2018

530. AGNIESZKA ŚWIĘTEK NA PONIEDZIAŁEK


*AGNIESZKA SAMOSIA
SCENARIUSZ I RYSUNKI AGNIESZKA ŚWIĘTEK
„OBIECANKI”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2017
DYPLOM LICENCJACKI 2016 ASP KATOWICE

Kiedyś, dawno temu, gdy byliśmy jeszcze dziećmi, wujek obiecał mojemu Bratu, że zabierze go na ryby. I nie zabrał. Dziś mój Brat ma ponad 30 lat i wciąż w jego głowie tkwi wspomnienie nie-ryb. Ktoś obiecał, ktoś zawiódł, ktoś nie dotrzymał słowa. Dziecięca wiara w świat dorosłych została zachwiana. Ukruszyło się. Pewnie już nigdy więcej nie uwierzył wujkowi. Obiecanki to niespełnione obietnice. Obiecanki to łzy. Czasem takie, które się chowa głęboko w sobie. Nie wypływają na wierzch, bo „ja nigdy nie płaczę!”. Ale ciągle są w środku, poziom niewylanych łez się podnosi. Buzuje, szumi. Czasem trzeba złożyć z kartki papieru łabędzia, żeby dać upust złości, smutkowi i zawodowi, jaki towarzyszy obiecankom. Czasem cały pokój nagle pokrywa się stadem łabędzi. Wszystko w nim pływa – te łzy i te łabędzie. Łzy niewylane, łabędzie papierowe. Wszystko sztuczne, nieprawdziwe, tak, jak obietnice, które stały się obiecankami…
Dzieci potrzebują zawsze wierzyć dorosłym. Gdy przestają – poniekąd kończy się ich dzieciństwo.
O tym właśnie jest debiutancki komiks Agnieszki Świętek*.
„To ja. To moja siostra. To mama i...” - tak przedstawia swoją rodzinę główna bohaterka. To „i…” to naderwany fragment zdjęcia. Można domyślić się, że kiedyś był tam tata. Teraz nie ma. Została po nim niezatkana dziura. Dziura w sercu. Dziura w organizacji czasu. Dziura w miłości. Dziura w dzieciństwie. Nawet dziura w zlewie. Mama nie może sobie poradzić z rozstaniem. Za dużo śpi, za mało rozmawia ze swoimi córkami. Za dużo płacze, za mało gotuje zdrowych obiadów. Za dużo w niej pustki, za mało oparcia. Główna bohaterka musi radzić sobie sama ze swoim smutkiem, z niepokojem, z niepewnością, z wściekłością. A do tego w szkole nauczycielka zadała wypracowanie – temat „Moja rodzina”. I co teraz? Co ma napisać? Że ma mamę w depresji? Że ma fajną siostrę, która całe dnie spędza właściwie sama, bo mama w depresji nie zajmuje się nią tak, jak trzeba? Że ona sama udaje, że nie tęskni za tatą, że go nie potrzebuje, że pogodziła się ze stratą, że gdy wyrwała go ze zdjęć, to usunęła z serca? Tylko dlaczego jej ręce same składają wciąż i wciąż papierowe łabędzie na odstresowanie? Dlaczego, gdy słyszy słowo „tata” jej serce zaczyna bić, jak szalone i nie może go uspokoić? Jest tyle rzeczy, z którymi musi sobie poradzić. A najbardziej z obiecankami… Tata obiecał, że przyjdzie. I nie przyszedł. Przysłał kwiaty. Czy on myśli, że wszystko załatwią jakieś głupie kwiaty? Że naprawią dziurę w sercu i dziurę w zlewie? I dziurę w mamie przy okazji, żeby choć trochę było normalnie... Choć w połowie.
Wzruszający, przepięknie narysowany komiks, przy którym puszczają mi wszystkie hamulce, broda drga, smarki lecą z nosa… Agnieszka Świętek zastosowała doskonały fortel z kolorami (nie będę tu zdradzać, o co chodzi, bo uważam to za genialne i za coś, co każdy musi zobaczyć sam i sam docenić). „Obiecanki” są dyplomem licencjackim autorki, więc mam nadzieję, że dostała szóstkę. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, skoro napisała/narysowała coś tak ważnego i mocnego. Ode mnie ma nawet szóstki dwie z uzasadnieniem, że wpływ na moje uczucia podczas czytania/oglądania, oceniam dodatkowo.










*NARYSUJ MI WILKA
SCENARIUSZ SZTYBOR
„RUFUS. WILK W OWCZEJ SKÓRZE TOM 1”
RYSUNKI AGNIESZKA ŚIĘTEK

Mieliśmy niedawno z przyjaciółmi dyskusję na temat wychowywania dziecka w poczuciu, że „może wszystko”. Że wszystko jest tylko w jego głowie i że jak będzie chciał biegać nie mając nóg, to oczywiście, nie ma sprawy. Wszyscy mamy mieszane uczucia. Wszyscy chcemy to przekazywać swoim dzieciom, umacniać w nich to przeświadczenie, ale mądrze i jednak warunkując. Bo trzeba znać swoje ograniczenia. Jedno wiem jednak na pewno – zawsze można być dobrym. Jeśli tylko się chce. Wbrew wszystkiemu. Wbrew światu czasem.
O tym właśnie jest „Rufus. Wilk w owczej skórze”. O małżeństwie owiec, które bardzo, bardzo, najbardziej na świecie chce mieć dziecko. Dom Dziecka analizuje ich charaktery, potrzeby, oczekiwania i znajduje im odpowiednie dziecko do adopcji. Pełni niepokoju, stremowani, ale szczęśliwi, stają w progu gabinetu dyrektora Sowy. „Ten system jeszcze nigdy nie zawiódł” - tłumaczy zakłopotany Sowa. Ale jest zaskoczony i to widać. Podchodzą do okna i widzą… wilka. Wilk podchodzi do małej myszki. Myszka krzyczy, że się boi, ale wilk mówi, że nie będzie bolało. Zbliża się do niej z wyciągniętymi łapami, jest już tuż, tuż, za chwilę będzie miał ją w rękach… i pomaga jej wejść na zjeżdżalnię.
„Myślałem, że tam na zewnątrz nikt mnie nie lubi. Jestem tu najstarszy. Do tej pory nikt mnie nie chciał.” - mówi Rufus. Ale Poli i Aries wyciągają do niego rękę i stwierdzają, że oni go polubili. Przed nimi droga powrotna do domu. Do domu! Nareszcie! „Na pewno wszyscy na zewnątrz też cię polubią. A w szkole to już w ogóle”. Tylko, że w szkole wszyscy przed nim uciekają. Kret, Kameleon, Chomik, Zając… Jedynie Niedźwiedź zdaje się być mu przychylny. I proponuje spółkę – on jest w tej szkole najsilniejszy. To jemu wszyscy się podporządkowują. I oddają swoje drugie śniadanie. Więc teraz będą mogli tymi śniadaniami się dzielić. Tylko co ma zrobić Rufus, który nie chce zabierać nikomu śniadania? Wolałby mieć wielu przyjaciół, a nie jednego Niedźwiedzia, z którym nic go nie łączy? A przynajmniej tak mu się wydaje… Dlaczego wszyscy inni traktują go na równi ze szkolnym osiłkiem i nie chcą zobaczyć w nim prawdziwego, wrażliwego Rufusa? Dlaczego widzą tylko drapieżnika? Droga do akceptacji jest ciężka i wyboista. Dużo łatwiej byłoby się poddać – jestem drapieżnikiem, to moja natura, muszę być zły, nie mogę z tym walczyć. Ale to nie jest prawdziwy Rufus. Prawdziwy Rufus to współczujący, empatyczny, dobry wilk. Jak przekonać o tym całą resztę?
To także komiks o pozorach. O sądzeniu po ubraniu, kolorze skóry, miejscu zamieszkania, wzroście, wadze i numerze buta. Po czymś nie do końca ważnym. Po czymś nie do końca adekwatnym. Człowiek (oraz Kameleon, Kret, Żółw i Zając) są w tym doskonałe. To nie wymaga wysiłku. To nie wymaga odwagi. To nie wymaga pracy. Ot, jest, na wyciągnięcie ręki – osąd. I już, pozamiatane. Z tym kimś się przyjaźnić nie będę. Bo ma szare futro, pazury, ogon i więcej kłów niż siekaczy. I nagle to drapieżnik jest pokonany przez inne, słabsze zwierzęta. Bez walki. Bo jak tu walczyć? To nam przychodzi naturalnie, to osądzanie. Jak oddychanie. Jak mruganie. To część naszej natury. Z którą… trzeba walczyć! Bo osąd może być jak kamień – rzucony w twarz rozbija wargę, leci krew i rodzi się agresja.
No i ten komiks jest jeszcze o jednej bardzo ważnej, najważniejszej rzeczy - o miłości. O jej sile. Że góry przenosi, że może wszystko – no z tym się zgodzę bez debat i dyskusji, które nie mają łatwego rozwiązania – miłość może wszystko! I analogicznie – brak miłości, akceptacji, przyjaźni, podkopuje poczucie wartości i zabija prawdziwe ja w człowieku (albo w Wilku czy Niedźwiedziu). Taka silna jest ta miłość, taka mocna!
Porównując „Obiecanki” z „Rufusem” myślę sobie, że „Wilk w owczej skórze” to mogłaby być autorska praca Agnieszki Świętek. To podobnie ważkie sprawy, podobnie trudny temat. Ale scenariusz stworzył Sztybor. Sztybor chyba nie umie rysować, bo tworzy jedynie (aż!!!) scenariusze do komiksów. Więc musiał znaleźć sobie do duetu kogoś, kto nie tylko stworzy dla niego komiksowe kadry, ale kto stworzy je tak, żeby nie było widać rozdźwięku między obrazem a tekstem. Kogoś o podobnej wrażliwości na świat. I znalazł Agnieszkę. Czuję, jakby na czas pracy nad tym komiksem stali się jednym ciałem – on ręką od pisania, ona od malowania. Obojętnie, która jest prawą, a która lewą, ja je bardzo chętnie uścisnę – z wielkim oddaniem, radością i z podziękowaniem na ustach. Bo wartości tego komiksu nie sposób przecenić. Ja w każdym razie nie potrafię.











*Agnieszka Świętek wcześniej uczestniczyła w antologiach komiksowych, ale to jej pierwsze dzieło w pełni autorskie.

piątek, 6 lipca 2018

529. TYDZIEŃ Z KULTURĄ GNIEWU: PSZCZOŁA ROBI DŻEM


KIRSTEN HALL
„PSZCZÓŁKA”
(TŁ. MARCELI SZPAK)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018
SERIA KRÓTKIE GATKI
ILUSTROWAŁA ISABELLE ARSENAULT

No dobra, to co wiemy o pszczołach? Zapewne pierwsza odpowiedź, jaka padnie po takim pytaniu będzie podobna w 99%. Robią miód. Potem może ktoś coś doda o czarno-żółtych (żółto-czarnych?) pasach, o tym, że czasami żądlą, że niektórzy mylą je z osami, że mają królową i mieszkają w ulach. To nam wdrukowano na nasze twarde dyski w głowach podczas lekcji przyrody w szkole podstawowej. I często poza to myślenie nie wychodzimy. A teraz proszę sobie wyobrazić, że nie będzie pszczół. Znikają. No i co? Co wielkiego? Przestanę na śniadanie jeść chleb z miodem, zacznę z dżemem. Otóż nie. Bo pszczoły robią też dżem. Co? Co to za głupoty i nieprawdziwości? Pszczoła - dżem? Niby jak to możliwe? Ma w swoim ulu wielki garnek w którym gotuje owoce, a potem zamyka je w słoiki i pasteryzuje? Nie, ale pszczoła robi owoce, z owoców jest dżem. Wciąż nie rozumiem – jak to pszczoła robi owoce? To bardzo proste! „Kiedy pszczoły zbieraczki lądują w kwiatowym kielichu, na ich ciałach osadza się kwiatowy pyłek. Przenoszą go z rośliny na roślinę i w ten sposób doprowadzają do powstania nasion i owoców. A dzięki roślinom, które z tych nasion wyrastają, my mamy jedzenie bądź ubrania”. Dżem na przykład. Albo bawełnę, z której ktoś uszył naszą ukochaną koszulkę. Oj, nie docenia się pszczół, nie uwypukla ich roli w życiu człowieka, nie wtłacza do głowy, że trzeba je chronić wszystkimi możliwymi sposobami, że człowiek bez nich przestanie istnieć. Los tych niezwykłych owadów leży na sercu Kirsten Hall. Kiedyś pracowała jako nauczycielka w przedszkolu i szkole podstawowej. Stąd chyba jej umiejętności wejścia w dziecięcą skórę. I stąd ten picturebook. Przyświeca mu jeden bardzo jasny cel – ocalić jak najwięcej pszczół! Jak to zrobić? Powiedzieć dzieciakom, jak ważne są pszczoły. Poprosić je – hej, zróbcie coś w ich sprawie, napiszcie do polityków w Waszych krajach, narysujcie coś dla nich, dla pszczół zasadźcie rośliny, które lubią. Nauczyć dzieci, że ten owad to skarb. Nauczyć szybko, teraz, już, natychmiast! Najlepiej zacząć od najmłodszych, bo są chłonne, podatne na wiedzę, bo im dłużej będzie im się przedstawiać jakiś punkt widzenia, tym mocniej w nie zapadnie.
A jak jest strategia? Oddać w ich ręce śliczną książeczkę! Tylko tyle/aż tyle. Rozkochać je w rozkosznej pszczółce, która z uśmiechem na ustach wykonuje swoją pracę. Jest przeurocza, wywołuje same dobre skojarzenia i uśmiech na twarzy. Ten wierszyk, który towarzyszy ilustracjom Arsenault to nie jest piękna, wysoka poezja. To rymowanka, w której jest mowa o tym, jak pszczółka leci od jednego kwiatka do drugiego, jak na nóżkach niesie pyłek do ula, jak fruwa, jak robi miód, jak w końcu zasypia po ciężkim, intensywnym dniu. Ot, proste, zabawne, zwykłe. Ale takie ma być – bez udziwnień, bez ozdób – sama bzycząca prawda, która zapadnie w najmłodszego jak w nas, trochę starszych zapadło zdanie „pszczoła robi miód”. A w połączeniu z tymi cudnymi ilustracjami – zadziała, no musi zadziałać! Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś oparł się temu uśmiechniętemu rojowi! Tej łące ukwieconej! Przebiegłe są Hall i Arsenault! Dobrze to sobie obmyśliły! Hall na końcu książki w liście do czytelnika mówi: „napisałam tę książeczkę w nadziei, że pomoże Wam docenić pszczoły i że razem ze mną zechcecie zadbać o ich przyszłość.” I dalej: „Zostańmy więc potężnymi obrońcami pszczół!” Ten zwrot do czytelnika, to wezwanie, niemal po imieniu, to połechtanie, bo pomiędzy mówi jeszcze o tym, że po przeczytaniu tej książki czytelnik bardzo dużo już wie o pszczołach. Doskonałe zagranie, to niemal jak pewność wyniku obstawianego meczu!
Czy ten picturebook to indoktrynacja? Tak! I ja się na nią zgadzam i z pełną świadomością konsekwencji podsuwam go mojej Córce. Może zakocha się w pszczołach duetu Hall i Arsenault na tyle, że dzięki niej uratuje się jakiś rój i na śniadanie za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat wciąż jeszcze będzie dżem? Będzie cokolwiek...







czwartek, 5 lipca 2018

528. TYDZIEŃ Z KULTURĄ GNIEWU: POTRZEBNY ŻEROMSKI


SCENARIUSZ FLORIAN I KATHERINE FERRIER
RYSUNKI I KOLORY KATHERINE FERRIER
„HOTEL DZIWNY T.2 ŚPIEW SKRZEKOWYJCA”
(TŁ. ALEKSANDRA JASZAK)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018
SERIA KRÓTKIE GATKI

Jeszcze przed chwilą była wiosna. Dopiero się budziła. A tu już lato w pełnym rozkwicie. To dobrze i niedobrze. Dobrze, bo mamy do czytania nową część „Hotelu Dziwnego”. Niedobrze, bo lato to chyba najkrótsza pora roku! Mgnienie oka i już po nim! Dlatego trzeba je pięknie uhonorować. Dlatego mieszkańcy i goście Hotelu Dziwnego przygotowują Święto Muzyki. Wszędzie praca wre, jest sprzątanie, malowanie, pieczenie cytrusków (jak to się robi? Po przepis zapraszam na koniec komiksu). No i próby! Głosy, instrumenty, nuty… muzyka! Takie dziwne zielono-niebieskie stwory (jeden wśród nich cyklop) wystawić chcą operę. W powietrzu czuć ten specyficzny zapach – zapach oczekiwania, ekscytacji, trochę niepewności… Wszyscy się cieszą już samymi przygotowaniami. Oczywiście oprócz Kakiego. Kaki jest niewyspany, jest zły, jest sarkastyczny, ironiczny, jest po prostu sobą – Kaki to Kaki. Ucieka od niesamowitego zgiełku nad rzekę. Marietta idzie za nim. Trochę po to, żeby zganić go za brak pomocy w przygotowaniach, a trochę pewnie po to, by sprawdzić, jak przyjaciel się czuje. Na swojej drodze spotykają Kasandrole (takie małe pomarańczowe cosie w śmiesznych czapkach z fikuśnymi pomponami), które wieszczą… ka-ta-stro-fę! Jak to tak? Tuż przed świętem? I co się może stać? Wydaje się, że katastrofą będzie spotkanie ze Skrzekowyjcem (ta nazwa mówi sama za siebie…), który niestety koniecznie chce wziąć udział w przedstawieniu. Marietta, ta Marietta o dobrym serduszku, nie chce burzyć jego marzeń. Prowadzi go w odosobnione miejsce i każe mu ćwiczyć – kryzys chyba zażegnany. Ale okazuje się, że to nie tę katastrofę Kasandrole miały na myśli, bo wkrótce Marietta ląduje w zasznurowanym worku trzech zbójców…
Uwielbiam to nagromadzenie dziwności w jednym czterdziestostronicowym komiksie! Uwielbiam to, że jest owocem nieokiełznanej wyobraźni. Że każde komiksowe okienko czymś mnie zaskakuje. Że tyle tu fantastycznych stworów! Wciąż trzymam się kurczowo skojarzenia z Muminkami – to ten sam rodzaj wspólnoty nieistniejących w tym wymiarze stworzeń, które rozwiązują problemy, przeżywają przygody i nigdy nie żyją spokojnym, nudnym życiem. A przy drugim tomie do „Muminków” dorzucam na dokładkę „Trzech zbójców” Tomiego Ungerera. To piękne autorskie przetwarzanie starej dobrej literatury na nową dobrą literaturę. Obrazkową, więc cenną razy dwa. Bo każdej z dziwnych postaci w Hotelu Dziwnym trzeba nadać indywidualne rysy twarzy (pyska?). A niektórym dodatkowo włożyć w usta choć parę słów. Znów się dałam Hotelowi Dziwnemu zadziwić. Bez sprzeciwu. Bez oporu. I z wielką chęcią weszłabym do środka książki i obejrzała operę w wykonaniu tych dziwnych stworów. I uczestniczyłabym w Święcie Muzyki, nawet z chęcią posłuchałabym Skrzekowyjca. Taka podróż wakacyjna to marzenie każdego czytelnika, który ma w sobie choć trochę z dziecka.
Troszeczkę się tylko martwię, trochę się obawiam, bo po lecie to już tylko jesień i zima… czyżby kończył się rok, a tym samym sezon w „Hotelu Dziwnym” i seria komiksowa? Mam nadzieję, że autorzy wymyślą jakieś dodatkowe pory roku, jakieś pół- przed- prawie-wiośnia… Żeromski poszukiwany! Żeby to się tylko nie skończyło…!