Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 18 września 2018

540. TYDZIEŃ Z NATURĄ: HERBATA W TERMOSIE


ADAM WAJRAK
„WIELKA KSIĘGA PRAWDZIWYCH TROPICIELI”
AGORA, WARSZAWA 2018
FOTOGRAFIE AUTORA I POLSKICH FOTOGRAFÓW PRZYRODY

Są takie książki, którym absolutnie nie mogę się oprzeć. Nawet nie próbuję, tylko od razu, w ciemno, powiększam kolekcję. To książki przyrodnicze i książki o aktywnym i twórczym spędzaniu czasu. Wajrak połączył te dwie rzeczy w jednej książce. Książce solidnej, niemal 500-stronicowej. Więc „Wielka księga prawdziwych tropicieli” okazała się moim prywatnym, osobistym must havem. Nie mówiąc już o tym, że nazwisko „Wajrak” wywołuje we mnie drżenie kolan i stan bliski omdlenia – jestem jego wielką fanka i podziwiam jego wkład w edukację ekologiczną w Polsce.
Takim wkładem jest na pewno ta zacna kniga.
Co w niej takiego wspaniałego? Ano przyroda! Tak zwyczajnie i po prostu, a jednocześnie tak magicznie i nie bez wysiłku. Bo trzeba wyjść z domu i… tropić! Trzeba najpierw posłuchać mentora – co, kiedy, gdzie i dlaczego. No bo przecież nie wytropimy lwa w Puszczy Białowieskiej ani bociana zimą w Polsce. Ale za to możemy wytropić...chomika! Okazuje się bowiem, że żyją sobie na wolności i można je wytropić na przykład na Roztoczu, Lubelszczyźnie albo w Sandomierzu. W Lublinie pojawiają się nawet na miejskich trawnikach! Wajrak zjeżdża całą Polskę i wskazuje, kogo i gdzie najlepiej obserwować. Co mi się bardzo podoba (jako mieszczuchowi z urodzenia i zamieszkania) – nie wyklucza w tych obserwacji miast! O, na przykład na nadchodzącą jesień. Co robić jesienią w mieście? Jest zimno, mokro, wszyscy kichają, „i jakby tego było mało, to jeszcze te czarne kraczące ptaszyska, które wyglądają jak z horrorów. No właśnie, tymi kraczącymi ptaszyskami i innymi zwierzętami z horrorów powinniście się teraz zająć!” [s.341] Można więc obserwować kruki, gawrony, kawki. A jest co oglądać! Bo wrony na przykład są fascynująco sprytne! Wajrak proponuje przeprowadzić na nich test orzeszka – niemożebnie lubią bowiem orzechy, ale ich dzioby nie potrafią rozłupać skorupki. Nauczyły się więc zrzucać je z wysoka na twardy chodnik. Ale, to nie wszystko. Nauczyły się wykorzystywać do tego...samochody! Rzucają orzeszek pod koła, a jak auto przejedzie, to zabierają rozłupany orzech z jezdni. To jednak wciąż mało, bo nauczyły się wykorzystywać do tego sygnalizację świetlną i wskakują na drogę po rozłupanego orzeszka tylko, gdy samochody mają czerwone światło! O Matko Naturo! Trzeba przyznać, że jest to niesamowite już wtedy, gdy się o tym czyta. A gdy się to zobaczy na własne oczy…
Co tu jest jeszcze? Wskazówki, jak spakować plecak na wyprawę, jak nadać sygnał SOS latarką, przypomnienie, żeby w góry zabrać gwizdek, który może się przydać do wezwania pomocy, wskazówki, jak się zamaskować, żeby na otwartej przestrzeni sfotografować na przykład żurawie, rady, co zrobić, gdy zimą wpadniemy pod lód („polski lód – jedna z najbardziej nieprzewidywalnych rzeczy”), jak nadawać sygnały do helikoptera i rady, jak zmierzyć wysokość drzewa.
No i te fotografie!!! Poprzednia wersja książki była wydana w czterech tomach (oddzielny na każą porę roku) z ilustracjami Michała Skakuja. No fajnie, fajnie, ale… teraz jest po prostu doskonale! W tego typu książkach fotografie to skarb, bo ilustracje zawsze są jednak filtrowane przez rękę i oko twórcy. A jeśli do tego fotografie wyglądają tak, jak te w książce Wajraka (wykonane przez niego samego i przez innych profesjonalnych fotografów przyrody), to ja nie mam w ogóle żadnych wątpliwości!
Wajrak jest dla mnie autorytetem w dziedzinie obserwacji przyrody – z niejednym łosiem stanął oko w oko, z niejednym wilkiem (choć o to naprawdę ciężko) i z jednym rysiem (ale to i tak więcej niż średnia). Więc ufam mu w stu procentach, wierzę, że po prostu trzeba wziąć lupę, lornetkę, aparat (może być telefon), trzeba zrobić pierwszy, drugi, trzeci krok...
„Wielka księga prawdziwych tropicieli” to nie jest książka do przeczytania naraz przy kominku i kubku ciepłej herbaty. Herbata owszem, może być, ale w termosie, w samym środku lasu, nad rzeką lub pod pobliskim blokiem. Na zewnątrz, na dworze, poza domem!
Ale o to już nie muszę się martwić. Bo gdy się zajrzy do tej książki, przeczyta kilka historii, zachwyci się fotografiami (które ktoś przecież zrobił, gdy wyszedł z domu), to nogi same zechcą pójść, a oczy same zechcą patrzeć.
Więc koryguję nieco zawartość plecaka tropiciela, którą zaleca Wajrak. Dorzucam „Wielką księgę prawdziwych tropicieli”. Owszem, jest trochę ciężka, ale bez niej już nie wyobrażam sobie wycieczki na łono natury!
 






poniedziałek, 17 września 2018

539. TYDZIEŃ Z NATURĄ: NA DRZEWO!


CECYLIA MALIK
„DRZEWOŁAZKI”
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁA AUTORKA

„A wiesz, że słuchałam brzozy? - pyta mnie, gdy tylko staję w progu. - Dzisiaj na dworze była tylko nasza grupa, więc było cicho. I usłyszałam bicie jej serca. I słuchałam, jak szumi wierzba płacząca i jak szumi lipa. Wiesz, że każda szumi inaczej? Ale szumią tak pięknie! To jest taki piękny dźwięk!”
Słucham jej. Słucham mojej córki, a w moim oku kręci się łza. Ta wzruszenia, nie żalu. Ta, która pojawia się, gdy spełniają się marzenia. Na przykład takie, żeby twoje dziecko było wrażliwe na przyrodę, na otaczający je świat, żeby czerpało radość z obcowania z naturą.
Co jej przyszło do głowy, żeby w poniedziałkowy, niezbyt ciepły dzień słuchać drzewa? Skąd w ogóle ten pomysł – słuchać drzewa?
Malarka, aktywistka, performera, edukatorka, kuratorka.
Drzewołazka.
A teraz autorka książki dla dzieci.
Cecylia 9 lat temu zainicjowała projekt „365 drzew” - codziennie wchodziła na inne drzewo i fotografowała się na nim. Po co? Między innymi po to, by zwrócić uwagę na to, że drzewa w ogóle istnieją. Czyż to nie oczywiste? No niezupełnie… Bo ile myśli posyłamy codziennie drzewom? A od nich bierzemy przecież tak dużo! Tlen, cień, ochronę od wiatru, spokój…
Mam podejrzenie, dlaczego Malik zdecydowała się napisać książkę dla dzieci. Czym skorupka za młodu… no wiadomo. Małe oczy nie są zamknięte. Małe serca nie są obudowane pancerzem. Małe nogi są silniejsze. Małe ręce tak chętnie oplatają się wokół pni. Dzieci nie wstydzą się przytulić do drzewa. Gdy zaproponujesz im: „Hej, chcesz iść powspinać się na drzewa?”, to nie pukają się palcem wskazującym w czubek głowy, tylko pytają „kiedy wychodzimy?”.
Chodzi o iskrę, o zapalnik, o kogoś, kto pokaże, na której gałęzi postawić pierwszy krok…
W „Drzewołazkach” tym kimś jest Ludka. Ludka ma dziesięć lat – no, prawie jedenaście! - turkusowe rajstopy, rozczochrane włosy i o drzewach wie absolutnie wszystko! Wie, jak się na nie wspinać bezpiecznie (!), co trzeba ubrać, jakie założyć buty, co to jest trześnia, że kwiaty akacji można smażyć w cieście naleśnikowym (najlepiej smakują takie smażone na prowizorycznej kuchni, na dworze!), umie robić z gałązek wierzby płaczącej bransoletki rozciągające czas i właśnie na jakiś czas zamieszkała na jesionie, który rośnie przed domem Anielki i Antosi. Jak to „zamieszkała na jesionie”? Normalnie - zawiesiła hamak bardzo wysoko w gałęziach i tam śpi. A Anielkę i Antosię prosi o dyskrecję. Nie chce, żeby zobaczyli ją dorośli. Nic dziwnego – Ludka nie jest przecież zwykłą dziewczynką… Kim jest? Obrończynią drzew, wróżką, a może duszą drzewną? Każdy może zinterpretować to po swojemu. Ważne, że dzięki niej dwie małe dziewczynki zaczynają zwracać uwagę na to, co się dzieje wokół nich, że zaprzyjaźniają się z chłopcami, którzy do tej pory wydawali się kiepskimi towarzyszami zabaw, że całe dnie spędzają na dworze i w końcu, że integrują się z lokalną społecznością, gdy okazuje się, że jesion wyniosły sprzed ich domu potrzebuje pomocy…
To piękna, wzruszająca książka o przyrodzie, o przyjaźni, o byciu razem, o wrażliwości. I o tym, że każdy ma w sobie moc i siłę, nawet (szczególnie!) ten najmniejszy.
To także książka o tym, że człowiek jest niszczycielem. Że potrafi podnieść rękę na to, co najważniejsze i nie mrugnąć powieką (miałam wielką gulę w gardle, gdy na jesionowym pniu robotnicy namalowali kropkę – w ten sposób oznacza się drzewa do wycięcia – i taka kropka pojawiła się też na czole Ludki). Na szczęście ta jedenastoletnia Ludka jest mentorką, która doskonale wie, że drzewa w mieście „bywają samotne” i że ludzie w mieście też bywają samotni, więc warto ich sobie przedstawić, a na pewno zadzieje się magia.
Ja za Ludką pójdę jak w dym! Majka już poszła, przykładając ucho do pnia drzewa i nasłuchując. Po co ona to robi? Bo Ludka powiedziała jej, że „ja słucham drzew. Gdy zapada cisza, wtedy pod korą każdego z nich słychać cichy szmer, szum pracujących owadów, rosnących grzybów, przepływające soki i wodę, słychać tworzące się słoje. Słychać wtedy też szept drzewa – czasem pod korą, czasem w liściach. Drzewa rozmawiają ze mną w ten sposób – dniem, nocą, gdy nie ma wiatru.” [s.13]
Nie mogę pominąć tytułu „Drzewołazki”, nie mogę pominąć tego, że bohaterkami tej książki są dziewczyny. Cecylia Malik głośno mówi: „hej, tak, dziewczynko, do ciebie mówię! Ty też możesz wejść na drzewo! Możesz to zrobić nawet w sukience, jeśli tak Ci wygodnie! Pamiętaj tylko, że jedynym ograniczeniem jest twoje bezpieczeństwo, a nie płeć!”. To ważne, bo wspinanie się na drzewa to w naszej kulturze ciągle synonim bycia chłopakiem (chłopaczyskiem! - mówią niektórzy przechodnie).
Wspinałyśmy się dzisiaj na drzewa przed naszym blokiem (Majka w różowej sukience!). Zawsze myślałam, że jest ich tam trzy, a nagle okazało się, że siedem. Zastanawiamy się nad tym, jakich są gatunków. Majka porównuje liście, bada korę, sprawdza, czy jest chropowata i jakiego jest koloru. Przed wyjściem dobrze przemyślała, jakie buty najlepiej ubrać tak, żeby przylegały do stopy. I nie zapomniała o długim rękawie, żeby nie podrapać rąk. Stałam obok i w zdumieniu i zachwycie przyglądałam się, jak w środku niej coraz wyższa i wyższa rośnie drzewołazka. Uważna, skupiona, mądra i zafascynowana tym, co dookoła niej. Znów te łzy w oczach.
Cecylio! Było warto...








środa, 5 września 2018

538. O CZYM PISAĆ W 1947 ROKU?


IRENA JURGIELEWICZOWA
„O CHŁOPCU, KTÓRY SZUKAŁ DOMU”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ANITA GRABOŚ)

Czy w roku 1947 można już nie pamiętać o wojnie? Czy można ją tak po prostu, szast prast!, wyrzucić ze swojej głowy, a tym samym z ręki, zapisującej litery? Czy można już w dwa lata po jej zakończeniu pisać wesołe historie dla dzieci? Zdaje się, że nie można. Że to siedzi gdzieś pod czaszką, wali od środka w skroń i sprawia, że trzeba gdzieś upuścić strach, lęk, łzy, ból, tęsknotę… Może na kartkę, najbliżej leżącą… może zacząć tak: „Mały chłopiec idzie drogą wśród lasu. Nie jest to wesoły las, jest to las najsmutniejszy.” [s. 6]
Dlaczego najsmutniejszy? Bo mały chłopiec jest sam. Zupełnie. Nie ma mamy i taty, nie ma domu. A bardzo, bardzo chciałby mieć. I jeszcze dlatego najsmutniejszy, że zbolały, bo była wojna, jeszcze chwilę temu. Poniszczyła to, co cenne, pozabierała skarby – rodzinę, mieszkanie, uśmiech na ustach. Gdy chłopiec już całkiem nie ma siły, brakuje mu już zapasów dzielności, gdy łzy szykują się już do spłynięcia po policzkach, wtedy spotyka na swojej drodze kobietę. Siedzi pod sosną, je chleb. A potem dzieli się chlebem i siedzą już razem. Zaraz potem razem idą do domu. Czy to będzie prawdziwy dom? I czy to będzie tylko dom kowalowej Marty, czy Piotruś też się tam wpasuje, wniknie, stanie się niezastąpiony? Szybko okazuje się, że owszem, pasuje do tego domu jak ulał, ale są tam jeszcze dwa miejsca, które zieją pustką – miejsce Kasi i miejsce Trusi, córeczek kowalowej Marty. Marta nie będzie w pełni szczęśliwa, gdy ich nie odnajdzie. Piotruś nie będzie w pełni szczęśliwy, gdy ciocia Marta nie będzie szczęśliwa. Sposób na szczęście jest jeden – znaleźć dziewczynki! Tylko jak, gdy się jest kilkuletnim chłopcem w kraju, w którym jeszcze przed chwilą wszystko dymiło? Piotruś odszukuje w głowie radę swojej mamy – po pomoc można się zawsze udać do Miłorady. Miłorada mieszka w lesie i jest przyjaciółką dzieci i zwierząt. Piotruś spotyka się z nią i w wyniku splotu wielu okoliczności, Miłorada zaczarowuje go - staje się tak malutki, że może go wyżywić jeden owoc wiśni, ale umie rozmawiać ze zwierzętami. Problem w tym, że Miłorada nie może chłopca odczarować – musi to zrobić kowalowa Marta, która nawet nie wie, co się stało z Piotrusiem… Ale chłopiec rusza w drogę, żeby odszukać Kasię, Trusię i szczęście.
Gdy Nasza Księgarnia ogłosiła wznowienie tej książki, to dookoła mnie rozległy się głosy: „Czytałam to!”, „Znam!”, „To moja ukochana książka z dzieciństwa!”. Ja nie miałam z tą książką do czynienia, więc czytałam ją inaczej, nie jako wspomnienie, ale jako świeży tekst. Ale pewnie z nie mniejszym wzruszeniem. Bo to taka książka jest! O miłości, o przyjaźni, o poszanowaniu drugiego (obojętne – człowiek to, czy zwierzę), o odwadze, o domu, o rodzinie, o współpracy.
No i o wojnie.
Irena Jurgielewiczowa zaznaczyła na samym końcu „Napisane w roku 1947”. To ostrzeżenie – wojna nie odeszła na tyle daleko, żebym mogła ominąć ją w swoim pisaniu-bajaniu. Będzie o wojnie, bo musi być, bo ona ciągle jeszcze dyszy mi w kark, choć w gazetach czytam, że już poszła jak niepyszna.
A po wojnie wszystko się pomieszało, poplątało, powywracało do góry nogami. Dzieci przestały być dziećmi, a matki matkami. Powymieniały się rodziny swoimi domownikami, czasem dróg do własnego domu się zapomniało, a czasem po prostu nie było już domu. Trzeba było dopiero szukać, na nowo podwiązywać gałęzie drzewa genealogicznego, układać w albumie zdjęcia, znaleźć wszystkich tych, którzy mieszkali razem w jednym domu. Stąd ta historia. O chłopcu, który wie, że już nigdy nie będzie tak samo, bo przecież nie ma już mamy ani taty. O chłopcu, który szuka kogoś na zastępstwo, ale na zawsze. O chłopcu, który znajduje kowalową Martę i ma nadzieję, że jakoś jeszcze się to życie ułoży, że jeszcze będzie mógł literować słowo DOM.
I jeśli to wszystko jest takie oczywiste (no przecież wiemy: dojdzie, znajdzie, przyprowadzi...), jeśli wiadomo od początku, że na końcu będzie „żyli długo i szczęśliwie”, to dlaczego serce tak drży, dlaczego się czyta z takim niepokojem, dlaczego ta gula w gardle, dlaczego jednak oddychamy z ulgą, czytając ostatni rozdział?

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

537.PIERWSZY PONIEDZIAŁEK PO URLOPIE


SHAUN TAN
„CYKADA”
(TŁ. ŁUKASZ BUCHALSKI)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ AUTOR

Któregoś razu biegłam, już spóźniona, do biura. Zaczepił mnie chłopak, z identyfikatorem na szyi, podsuwał długopis i kartkę, chciał podpis, ale śpieszyłam się i nie słuchałam go dobrze. Gdy byłam już ze trzy kroki od niego, dotarło do mnie co mówił: „Pomóżmy sobie, proszę podpisać petycję o skrócenie czasu pracy do 7 godzin dziennie...”. O ironio!
Mój czas jest pokawałkowany. Mój czas jest posiekany. Mój czas dzielę między rodzinę a pracę. Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy praca zjada więcej i wypluwa mnie mokrą od potu na kanapę w dużym pokoju, przed telewizor, przed którym zamykam oczy jeszcze zanim skończą się napisy początkowe jakiegoś filmu, który bardzo chciałam obejrzeć. Gdy książka, którą czytam, wypada mi z dłoni i spada na podłogę, a nawet to mnie nie budzi… Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy mała ręka mojej Córki wkłada w moją, większą, pędzel, plastelinę, książkę, klocki, karty, a z nich wypada wszystko, bo jestem zmęczona. Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy w pracy, zamiast pilnie stawiać kolejne wirtualne literki na ekranie komputera, odwracam głowę od wirtualnej kartki i myślę o uśmiechu mojej Córki. Obliczam w głowie skomplikowane działania matematyczne i wynik zawsze wychodzi ujemny – za dużo czasu w pracy, za mało tam, gdzie naprawdę chcę być… Choćbym nie wiem jak mocno kochała to, co robię zawodowo, zawsze siedząc zamknięta w czterech ścianach biurowca, tęsknię do szumu morza, do powietrza, do moczenia stóp w jeziorze, do plucia pestkami czereśni w niebo, do drzew, do śmiechu, do luźnych dresowych spodni, do rozczochranych włosów, do leżenia w łóżku rano, z otwartą książką, do spaceru na mostek, żeby pograć w misie-patysie…
A co ma powiedzieć Cykada? Siedemnaście roków bez chorobowe i bez pomyłka wprowadza dane. Śpi w biurze. Je w biurze. Oddycha w biurze. Żyje w biurze. Wciąż tylko klik-klik-klik-klik. Czy umie usłyszeć jeszcze jakiekolwiek inne dźwięki, poza klawiszami komputera? Czy rozróżniłby jeszcze śpiew ptaka od gitary elektrycznej? Siedemnaście roków… poniżenie, ból, niewiara we własne siły. Shaun Tan przedstawił ekstremalny obraz pracownika - „Cykada nie człowiek”, więc nie może skorzystać nawet z toalety w budynku, musi jechać do miasta i zawsze obcinają mu za to pensję. Wykorzystują, pomiatają, nie doceniają. Czy Cykada w ogóle umie się uśmiechać, mając takie życie? Nie żyjąc, tylko pracując? Po plecach przebiega mi dreszcz. To mocna książka. Bolesna. Ale też skłaniająca do refleksji. Bo nagle Cykada odchodzi (po siedemnastu rokach!!!) na emeryturę. Nie ma pożegnania, jest tylko polecenie – posprzątaj biurko! Zawsze przecież znajdzie się jakaś inna cykada na miejsce tego… I co będzie na końcu? Stoi na szycie budynku, na ostatnim piętrze biurowca-drapacza chmur. Czy stracił sens życia, skoro do tej pory był tylko pracą? Zdradzę tylko, że to picturebook do myślenia. Do zastanowienia się. Do przystanku. Do oddechu. Do tej sekundy, gdy w porannym biegu, obijając się jak piłeczka we flipperze o kupno biletu, rozlaną kawę, uciekający autobus, padający deszcz, spóźnienie! wieczne spóźnienie! - przystanąć, zamknąć oczy, przestać… Być przez tę sekundę tylko tym, co ma się pod powiekami. Może niebo, może czerwony balonik, może morze, może uśmiech dziecka, może pocałunek męża na do widzenia, może słodki smak czekolady rozpuszczającej się na języku...
Przystanąć.
Nie zapominać o sobie.
Shaunie Tan, znów jest pięknie, wiesz, prawda?







czwartek, 2 sierpnia 2018

536. MA.MA


HÉLÈNE DELFORGE
MAMA”
(TŁ. MAGDALENA I JAROSŁAW MIKOŁAJEWSCY)
MEDIA RODZINA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ QUENTIN GRÈBAN

Wiedziałam już, że jesteś. Przykładałam rękę do brzucha i chciałam być naraz tu i w środku samej siebie, żeby zobaczyć Cię jak najszybciej i wiedzieć, jaki masz kolor oczu.

W którym momencie zostałam mamą? Wtedy, gdy się urodziłaś? Wtedy, gdy dowiedziałam się, że jesteś? Wtedy, gdy oplotłam nogami Twojego ojca? Oglądam się przez ramię, ale nie umiem powiedzieć, kiedy po raz pierwszy się tak nazwałam…

Noszę w sobie dużo obrazów – są lekkie i ciężkie, czarno-białe i kolorowe, prześwietlone zachodzącym słońcem i ciemne od głębokich nocy, w których zapominałam, jak się śpi. Chętnie wyrzuciłabym te brudne, na których niewiele widać, albo widać zmęczenie, stres i otwarte do krzyku usta. Ale przypominam sobie, że żadna matka nie jest doskonała, że z tego też się składam. Układam je z powrotem w sobie i wierzę, że kiedyś je oswoję.

Ile razy w życiu usłyszałam słowo „mama” z Twoich ust? Ciekawe, czy ktoś prowadzi rejestry i na końcu drogi poda mi dokładną liczbę, łącznie z tymi razami, gdy nie zdążyłaś dokończyć sylaby, a ja już byłam przy Tobie.

Lubię iść z koleżankami na piwo. Językiem wcierać gorzki płyn w podniebienie, śmiać się i przeklinać, tańczyć bez butów w ulubionej knajpie. Lubię to, gdy wiem, że Ty i Twój ojciec zasnęliście razem nad książkę. I gdy wiem, że wrócę do domu, zajrzę do Twojego pokoju i będziesz tam, choć we śnie, gotowa do dobra-noc-nego pocałunku. Zawsze całuję Cię na dobranoc.

Nie umiałam kołysanek i czasami nocą śpiewałam Ci kolędy. Albo wyglądałam przez okno i wyśpiewywałam wszystko to, co widziałam za szybą, w świetle latarni.

Tak bardzo lubię Cię przytulać, tak idealnie pasujesz do mojego ciała.

„Wykapana mama!” - słyszę, gdy idziemy razem za rękę. Uśmiecham się tak szeroko, że nie mam już więcej buzi. Taka duma z naszej nierozłączności.

Czy wiesz, że obojętnie, co mi się w życiu przytrafi, to już zawsze, na zawsze będę „mamą” i nic tego nie zmieni? To taki dar, mieć w życiu chociaż jedną stałą rzecz.

Ta książka wywołała we mnie lawinę myśli, słów, strzępki zdań, okruchy domorosłej poezji, kilka łez, które spadły na przewracającą kartki dłoń, tę emocjonalną burzę, która kazała mi biec do dziecięcego pokoju i sprawdzić, czy na pewno jest tam moja Córka i czy sobie nie wymyśliłam tego szczęścia.
To kawałeczki historii, poskładane w słowo „mama”. To różne kobiety, które łączy to, że są matkami, zamknięte na kartach jednej książki. Gdyby stanęły obok siebie, różniłoby je zapewne wiele – kolor skóry, model wychowania, długość włosów, ubiór, ale pozostałoby jedno – miłość do dziecka. Bezgraniczna, choć czasem bardzo, bardzo trudna. Ja też staję w tym szeregu. Oglądam się ciekawie na pozostałe, porównuję, oczywiście, że porównuję, ale jednego porównać się nie da – siły uczucia. Każda kocha, choć każda na swój sposób. To taka trochę poezja, trochę proza, impresje, miniatury, które mówią o miłości matki do dziecka i dziecka do matki. O bólu rodzicielstwa i o tym, że to najpiękniejsza przygoda, jaka może spotkać matkę. Wzruszająca, nostalgiczna, czasem słodka, czasem jak piołun.
I te zachwycające, olśniewające ilustracje! Same w sobie są historiami, dopowiadają wszystko to, czego nie mieszczą kalekie, ograniczone słowa. Od kilu, kilkunastu dni znajduję tę książkę wszędzie – leży na parapecie, na stole w kuchni, na szafce nocnej, na poduszce, na pralce, pod talerzem z zupą. Przeglądam ją, tysięczny raz, czasem od deski do deski, czasem tylko wyrywkowo, zatrzymując się na jednym, dwóch obrazach. Czytam lub tylko patrzę. I odkładam ją tam, gdzie właśnie stałam. A potem bezwiednie przenoszę dalej. Po prostu chcę być blisko niej, bo człowiek chce być jak najbliżej piękna.









środa, 1 sierpnia 2018

535. NIE PAMIĘTAMY


MONIKA KOWALECZKO-SZUMOWSKA
„FAJNA FERAJNA”
BIS, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA ELŻBIETA CHOJNA

Nie, nie pamiętamy wystrzałów bomb na ulicach. Nie, nie pamiętamy ciemności całkowitej, która panuje w zamkniętej piwnicy bez okien, podczas nalotu. Nie, nie pamiętamy, jak bardzo daleko jest z punktu A do punktu B, gdy jest się małą dziewczynką i niesie się meldunek. Nie, nie pamiętamy, jak to jest trzymać w dłoni pistolet. Nie, nie pamiętamy smrodu kanałów ściekowych, którymi trzeba przejść z jednej dzielnicy do drugiej. Nie, nie pamiętamy, jaki ciężar ma ciało przyjaciela, który umiera na twoich rękach… Na szczęście. Dzięki temu, że ktoś to przeżył za nas.
Te wszystkie charakterystyczne „P” na koszulkach, majtkach, zderzakach samochodów i tatuażach to bujda na resorach! Może bardziej bym w nie wierzyła, gdyby hasło brzmiało „Nigdy więcej!”. Bez wykorzystania symbolu batalionu Parasol...
Oczywiście – pamięć o powstańcach jest ważna. O ich poświęceniu, odwadze, mocy, sile, o ich upokorzeniu, strachu, lęku, bólu, o śmierci. Taka pamięć na co dzień, nie tylko 1 sierpnia od 17 do 17.30. Pamięć po cichu, w samym sobie.
Jak tę pamięć pielęgnować?
Na przykład czytając.
Monika Kowaleczko-Szumowska napisała (wraz z powstańcami) piękną książkę. Wszystkie opowiadania zostały napisane na podstawie relacji zachowanych w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. I na podstawie rozmów. Bo z częścią bohaterów tej książki autorka rozmawiała twarzą w twarz.
Zaczęło się od Mirka Jajko – od dziesięciolatka, który ni mniej ni więcej, tylko uciekł z domu do Powstania. I trafił do „Ziuka”.
Najmłodszy zaprzysiężony żołnierz Armii Krajowej miał 9 lat. „Wychowywała mnie mama harcerka i tata ułan z 26. Pułku Ułanów, który bił się wszędzie tam, gdzie była sposobność i potrzeba walczyć za Polskę”. [s.26]. Nie walczył z bronią w ręku, ale walczył inaczej – nosząc paczki, listy, lekarstwa, amunicję, broń, odgruzowywał zakopanych i przeprowadzał ludzi przez tereny opanowane przez Niemców. Wciąż nie może sobie darować, że nie pożyczył pękniętego hełmu swojemu koledze, też Jureczkowi, a chwilę potem kolega umarł na jego rękach od postrzału w głowę…
„Miki Bandyta” był Żydem, który ukrywał swoje pochodzenie przez całe Powstanie, stracił rodziców, pseudonim wybrał sobie wygrzebując z pamięci film Dinseya i był przekonany, że wybuch Powstania to był prezent od miasta na jego 13 urodziny.
Jaga była najstarsza z opisywanej tu ósemki. I chyba najweselsza. Urodzona optymistka. Tylko jej mogło się zdarzyć, że gdy nocą miała przenieść meldunek na drugą stronę Alej, pierwszy raz jako nocna łączniczka, to do jej nogi przyczepiło się wiadro i narobiło rumoru na całą ulicę…
Kazimierz pracował w drukarni, roznosząc gazety, a wieczorami rozklejał na murach plakaty. Szczególnie lubił ten z hasłem „Tygrys do budy”, bo nienawidził niemieckich czołgów.
„Hipek”, lat 14 – w Powstaniu obsługiwał granatnik i przeprowadzał ludzi przez kanały. W kompletnej ciszy i bez światła. „Gdy przyszedł rozkaz, żeby stworzyć dwa oddziały 'kanalarzy', wybrano między innymi naszą drużynę. Nie powiem, żebym był zachwycony, ale w Powstaniu nie było gadania: to chcę, a tego się brzydzę. Wykonywało się rozkaz i już.” [s.87]
Basia przeżyła cudem. Tak samo, jak jej wujek Stasiek, który mieszkał w piwnicy swojego domu przez pół roku, nie wychodząc na zewnątrz. To był „warszawski robinson”.
Dla Halusi najważniejsze były jej zwierzęta i gdy popędzana przez Niemców wychodziła ze schronu w swojej piwnicy (w butach ukrywając dwie złote obrączki), to wzięła pod pachę psa Perełkę i kota Psotkę, bo bez nich nie potrafiła żyć.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dzieci z tej książki potraktowały Powstanie jako przygodę. Nie jako zabawę, ale jako przygodę właśnie. Jako coś ekscytującego. Nie jeden raz pada w niej stwierdzenie - „a co jeśli wojna się skończy, a ja nie zdążę iść walczyć?”. Powodem tego był chyba fakt, że gdy wojna się zaczynała, mieli po kilka, kilkanaście lat. Wojna w nich wrosła. Musieli umieć wojnę na pamięć, jak tabliczkę mnożenia – inaczej nie mieli szans na przeżycie. To był chyba trochę taki wielki plac zabaw, gra terenowa, w której trzeba poznać reguły, a potem stosować się do nich tak, żeby dojść do mety. Często to ich rodzice grali w tę grę, zaszczepiając im „bakcyla”. Mieli niezły ekwipunek – pistolety pochowane w zakamarkach domu, nielegalną prasę i pewnie puszki z konserwami. Wojna to była tych dzieci codzienność, rzeczywistość, w tej wojnie już się nudzili, chcieli poziom wyżej, na następną planszę. I tu nadarza się okazja – Powstanie! Śmierć chyba nie była dla nich do końca realna. To chyba było jak gra komputerowa – wierzyli, że mają nieskończoną liczbę żyć… Owszem, bali się. Gdy „Miki” miał zanieść listę żądań Niemcom, gdy powiewając biała flagą szedł sam przeciwko nim, mając przed oczami lufy karabinów, wpatrzone w jego czoło, to się bał. Poprosił nawet Jagę, żeby mu skombinowała szerokie spodnie, żeby nie było widać, że drżą mu kolana… Ale mimo wszystko Mirek Jajko uciekł i kłamał, że chce do wojska, bo jest sam, że jego rodzice i siostra nie żyją. I inne dzieci kłamały na temat swojego wieku, żeby ich tylko przyjęli do batalionów i dali walczyć przeciwko wrogowi, za ojczyznę...
Monika Kowaleczko-Szumowska opisała historie tych dzieciaków bez zbędnego patosu. W prostych, żołnierskich słowach. Ale z wielką miłością i sympatią. Z należytym szacunkiem. Z atencją. Ale i z elementami humorystycznymi. Dokładnie tak, jak może zapamiętać wojnę dziesięcio-, dwunastolatek.
I ilustracje… Dla mnie mistrzostwo świata! Symboliczne, nie zawsze oczywiste, nie nazbyt artystyczne, nie malarskie. Raczej też w „żołnierskich słowach”. I w kolorach wojny – biel, czerń, szarość i czerwień. Idealne!
Dlatego to taka ważna książka. Pierwsza, którą można wykorzystać do rozmów z dzieckiem o wojnie. Nieśmiałych. Nieco nieporadnych. Pełnych niewygodnych pytań.















Odchodzi piękne, mocne, odważne pokolenie. Odchodzą ludzie, którzy się nie wahali, nie zastanawiali, bo tak zostali wychowani – ojczyzna to wyższa wartość, której trzeba bronić zupełnie tak samo jak swojego mieszkania, samochodu, portfela, jak, przekładając na dziecięcy, współczesny język, ulubionego zestawu klocków LEGO. To coś, co było oczywiste, co nie podlegało analizom.
Odchodzą ludzie, opisani w tej książce. Odchodzą Mirek, Jaga, Jureczek, „Miki”, Kazimierz, Basia, „Hipek” i Halusia. Za chwilę nie będzie żadnego z nich. Za chwilę zostaną tylko w książkach, na fotografiach, które zaginęły, na taśmie z nagraniem, która rozciągnęła się i nic się już z niej nie da odczytać…
Czy patrzą na nas teraz z radością i dumą? Czy właśnie po to oddali swoje życie, zdrowie, młodość?
Dziś widziałam mem, na którym młody człowiek mówi: „Tak, oddałbym życie za ojczyznę!”. A ktoś mu odpowiada: „A nie umiesz zabrać ze sobą z plaży śmieci!”. Na szczęście nikt od nas, od naszych dzieci nie wymaga, żeby wziąć broń, która na co dzień leży w worku z cebulą za kuchenką i iść zabijać Niemców w obronie swojej stolicy. Bycie patriotą w tych czasach jest znacznie łatwiejsze. Więc dlaczego tak trudno nam zadbać o to co mamy, co dla nas wywalczono? Postarajmy się dla Mirka, Jagi, Jureczka, „Mikiego”, Kazimierza, Basi, „Hipka” i Halusi.