Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 12 listopada 2018

566. NIEPODLEGŁY WEEKEND: MANIFEST ANTYWOJENNY


ANNA JANKO
„OLEŚ I PANI RÓŻA”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁA ULA BRUNO

Dziewięcioletnia Róża. Żyje tu i teraz. Z mamą, która co rano wychodzi do pracy i z pradziadkiem, który zostaje w domu z Różą. Ale to właściwie dziewczynka zostaje z nim. Bo dziadek już nie wychodzi z łóżka. Są takie dni, gdy nie rusza się wcale. Jest blisko, bliziutko odchodzenia. Ale prawie zawsze ma siłę na opowieści.
Dziewięcioletni Oleś. Żył wtedy i tam. Najpierw miał dom na wsi i szczęśliwe dzieciństwo. Ale wszystko się skończyło, bo przyszli źli żołnierze Niemcy i podpalili. Nie tylko dom spalili. Spalili całe szczęśliwe dzieciństwo Olesia. I karabinem zabili nie tylko jego tatę, ale też trochę Olesia zabili, bo jak można jeszcze po takim wojny oglądaniu być tym samym Olesiem, co kiedyś? Jak może być tym samym Oleś, który bawił się w stogach siana i który uwielbił swojego drewnianego konika i ten, który w obozie widział śmierć chłopca, z którym się zaprzyjaźnił i który spał obok niego? Jak tym samym może być rumiany Oleś i Oleś wychudzony, głodny, ledwo trzymający na nogach swoje wątłe ciało, który zbiera najmniejsze okruszyny w stajni, gdy żołnierze karmią konie kawałkami chleba?
Spotykają się te dwie osoby – Róża, która nadgryza jabłko raz, dwa i odkłada, wyrzuca, bo już nie może i Oleś, który znajduje raz jeden jabłko, dzieli się po połowie z Edziem, swoim kolegą, a potem wspominają to jabłko i marzą o nim, fantazjują, że w jabłku mieszkają.
Spotykają się, za ręce się chwytają, bo to jest pradziadek i prawnuczka. On tuż przed odchodzeniem, chce jeszcze opowiedzieć wnuczce jak najwięcej – zostawić siebie, ocalić od zapomnienia to wielkie cierpienie, które już nigdy z niego nie wyszło, które każe mu trzymać w szufladzie suchy chleb, choć świeżego ma pod dostatkiem w chlebaku w kuchni. Ku przestrodze?
I jeszcze chce opowiedzieć wszystko o Róży. Róża Zamoyska to był Anioł Dobroci. Najpierw przyjeżdżała za druty obozu przesiedleńczego i dokarmiała dzieci. A potem wraz ze swoim mężem Janem Zamoyskim uratowała z tego obozu blisko pół tysiąca dzieci. Mówili, że tych najmniejszych, do sześciu lat, ale Olesia też, bo Oleś taki był chudy, że na swoje dziewięć nie wyglądał. Musiał przeżyć, bo musi teraz opowiedzieć to całe różane dobro, te oczy dobre, to przytulanie, to, że nie tylko karmiła, ale obejmowała i wcale się nie brzydziła wszy biegających po dzieciach, strupów, ran i tego, że śmierdziały.
Anna Janko napisała wzruszającą historię wojenną. Owszem, zaprogramowaną na hektolitry łez. Owszem, tendencyjną poniekąd. Owszem, nastawioną na zdobycie zainteresowania czytelnika, a potem zmiażdżenie go ciężarem ważącym więcej niż kamień Syzyfa. Co książkę o wojnie czytam, to wtaczam go znów. Ale zrobiła to celowo, żeby ocalić pamięć o Róży Zamoyskiej, którą chyba trochę zapomniano. Wiele nazwisk do zapamiętania, wiele też takich, których nigdy nie poznamy i tylko anonimowo można im dziękować przy każdej takiej lekturze. Ale jeśli już ktoś istnieje z imienia i nazwiska, ze świadectw, ze zdjęć (jakaż śliczna była Róża Zamoyska!), to warto od czasu do czasu wypowiedzieć na głos jego personalia, żeby uhonorować.
To też wielki, piękny manifest antywojenny. Nie wiem, jak może jeszcze toczyć się na świecie jakakolwiek wojna po tamtym… To taki wpis do pamiętnika dla wszystkich niewinnych, szczególnie tych najmniejszych...
„Powiedziała, że wojna nie jest dla dzieci. Że w ogóle nie powinno ich tam być. Na czas wojny nie powinno być żadnych dzieci nigdzie. Powinny siedzieć w jakimś całodobowym, całowojennym przedszkolu, za jakimś kolorowym murem, bajecznie grubym, a najlepiej na innej planecie. I czekać. Po wszystkim by się je stopniowo poodbierało...” [s.56]






niedziela, 11 listopada 2018

565. NIEPODLEGŁY WEEKEND: JESZCZE POLSKA...


Przeczytałam kiedyś hasło: „Czytam książki, jestem patriotą”. Utkwiło we mnie bardzo mocno i dało mi podwaliny do odnalezienia w sobie patriotki i do budowania własnej definicji patriotyzmu. A chyba każdy takiej prywatnej definicji potrzebuje, żeby odnaleźć się w swojej współczesnej ojczyźnie. Wydawało mi się zawsze, że to nieważne, gdzie mieszkam, ale jednak „nie pytaj mnie, dlaczego w innej nie”… Okazało się, że patriotyzm to nie tylko przelewanie krwi i pieśni na 11 listopada, ale codzienność. Że czytając dziecku książki, mogę nauczyć je patriotyzmu. Chcę, biorę to!
Po raz kolejny Egmont okazał się niezastąpiony! Seria „Czytam sobie z kotylionem” to według mnie najważniejsze książki na stulecie odzyskania niepodległości.
Dlaczego?
Muszę w pierwszej kolejności przytoczyć tekst z tylnej okładki tej serii: „Chcemy przybliżyć Wam historie osób bardziej i mniej znanych, a także tych całkiem anonimowych, bez których wspólnej pracy i troski nie udałoby się odzyskać niepodległości. Chcemy pokazać Wam, że każdy z obywateli w każdym momencie uczestniczy w budowaniu wolnego społeczeństwa. Jednym z kluczy do wolności jest także możliwość samodzielnego czytania.” Przytaczam te słowa i właściwie nie musiałabym mówić nic więcej. Ale powiem o konkretnych pomysłach i rozwiązaniach, bo przeczytałam pięć doskonałych książek o niepodległej Polsce i chciałabym, żeby przeczytał je każdy!


ROMAN KURKIEWICZ
„WANDA, BOJOWA PANNA”
SERIA CZYTAM SOBIE Z KOTYLIONEM POZIOM 1
EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA PAULINA DERECKA

Zacznę dość konwencjonalnie, bo od biografii bohaterki wojennej. Wanda Krahelska brała udział w zamachu na warszawskiego generała-gubernatora Gieorgija Skalona (jeden z najokrutniejszych urzędników zaboru rosyjskiego), opiekowała się biednymi dziećmi, w czasie II wojny światowej ukrywała Żydów. Została odznaczana medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Roman Kurkiewicz podjął się dość karkołomnego zadania. Bo jak opowiedzieć o takiej osobie dzieciom lat 5-6, które sięgają po książki z pierwszego poziomu serii? Wyszło doskonale! Bez ściemy! Oczywiście, potrzebny będzie rodzić, który dopowie tu i tam słowa z „ż” i „rz”, uściśli, doprecyzuje. Ale to może być przyczynek do pięknej i ważnej dyskusji na temat ofiar, jakie trzeba ponieść, żeby państwo było niepodległe.




NATALIA FIEDORCZUK-CIEŚLAK
„KORONKOWA PARASOLKA Z GDYNI”
SERIA CZYTAM SOBIE Z KOTYLIONEM POZIOM 1
EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA IZABELA KACZMAREK-SZUREK

To doskonały przykład walki o niepodległe państwo, takiej walki nie wprost, bez bomb i krwi. To walka o rozwój miast. Port morski w Gdyni został wybudowany w 1923 roku. Od tego czasu Polska miała dostęp do morza. Był to ogromny krok do rozwoju gospodarczego naszego państwa! Tę budowę ogląda parasolka, która umyka Annie, przechadzającej się po Gdyni. Parasolka spotyka Eugeniusza Kwiatkowskiego, który zainicjował budowę portu i Tadeusza Wenda – kierownika budowy portu, a także charakterystyczne gdyńskie budynki. I w końcu morze z jego mieszkańcami – fokami, morświnami i meduzami. To naprawdę doskonały przykład na pokazanie, że niepodległość nie powstawała tylko na polu bitwy, ale też na polu ekonomicznym. I fajny, nadmorski klimat został utrzymany – mieszkanka trójmiasta potwierdza!



ANGELIKA KUŹNIAK
„O ZOFII, CO ZBIERAŁA KOLORY. O ZOFII STRYJEŃSKIEJ”
SERIA CZYTAM SOBIE Z KOTYLIONEM POZIOM 2
EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA MACIEK BLAŹNIAK

Kto wespół z żołnierzami tworzy niepodległe państwo? Artyści! Na liście niepodległościowej znalazła się Zofia Stryjeńska. To bohaterka dość smutnej opowieści. Nie mogła uczyć się na Akademii Sztuk Pięknych, ponieważ była kobietą. Przebrała się więc za mężczyznę, sfałszowała papiery i wyjechała na rok na uczelnię w Monachium. Została zdemaskowana i musiała wracać do Krakowa. Była najbardziej znaną artystką dwudziestolecia międzywojennego. Była graficzką, ilustratorką, malarką, scenografką. Projektowała opakowania na czekolady, współpracowała z pismami ilustrowanymi, aranżowała wnętrza statków i malowała plakaty. Wszyscy w tym czasie mieli u siebie w domu Stryjeńską, choćby w postaci pudełka na zapałki jej projektu. Ale wkrótce ludzie przestali się zachwycać Stryjeńską i przestali doceniać jej prace. Historię Stryjeńskiej przedstawiła autorka w historyjce o Oli, całkiem współczesnej, której trafia w ręce kolorowa pocztówka z ilustracją malarki – ta z Krakowianką i Krakowiaczkiem, która pewnie każdemu mignęła przed oczami choć raz w życiu. Książka brawurowo zilustrowana przez Macieja Blaźniaka!




JAN WRÓBEL
„NIE BYŁO TELEFONÓW? O CÓRKACH, OJCACH I WYNALAZKACH”
SERIA CZYTAM SOBIE Z KOTYLIONEM POZIOM 3
EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA IWONA KAZIA KALITAN-MŁODKOWSKA

Poziom 3 to możliwość zbudowania dłuższej fabuły. I tu taką mamy. Fabułę o dziewczynce, która ma wymyślić Święto Kogo Chcemy. To wielka odpowiedzialność – kogo by tu uhonorować? Padają różne propozycje na realizację święta, przez tę historię przewijają się nawet Krzyżacy, ale w końcu pada nazwisko Juliana Ochorowicza. Jeśli ktoś nie zna (ja nie znałam!), to koniecznie musi zajrzeć do tej książki!




JAN OŁDAKOWSKI
„MÓJ PAN WOŁA NA MNIE PIES. O PSIE MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO”
SERIA CZYTAM SOBIE Z KOTYLIONEM POZIOM 3
EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA DOROTA ŁOSKOT-CICHOCKA

Zdecydowanie moja ulubiona książka z tej serii! Jest doskonała! Jest w niej Piłsudski, owszem, ale to nie jest taka zwykła opowieść o Piłsudskim! Bo to jest opowieść pisana z perspektywy jego psa, który miał na imię Pies. Absolutnie nieznana mi historia! Pies był specjalnie szkolony do pilnowania tajnych dokumentów w gabinecie Marszałka. Gdy Piłsudskiego nie było w gabinecie i wszedł do niego jakiś nieznany człowiek, to Pies miał za zadanie zatrzymać go do momentu, aż ktoś sprawdzi co się dzieje – szczekał, szczerzył zęby, wyglądał naprawdę groźnie, bo był owczarkiem niemieckim. Świetnie, ze swadą napisana historia! I świetny punkt widzenia! Psi!





Egmont znalazł sposób na podanie historii tych stu lat w sposób niezwykły. Przede wszystkim to książki o całej zmieniającej się przez te lata Polsce. Są tu tytuły o bohaterach wojennych, jest tytuł o malarce, o wynalazcy, ale też o zagubionej parasolce. Jak zawsze teksty mistrzowsko przystosowane są do wszystkich trzech poziomów czytelniczych. I jak zawsze mistrzowsko zilustrowane. To dla mnie też patriotyzm – pisać książki historyczne dla dzieci, które uczą się czytać! I ilustrować je narzędziami najzdolniejszych polskich ilustratorów. Cegiełka do podwalin niepodległej Polski – zdecydowanie! Więc śmiało można, zamiast odśpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła...”, przeczytać którąś z tych książek. Albo może to iść w parze – żadnej ujmy dla hymnu nie będzie.

sobota, 10 listopada 2018

564. NIEPODLEGŁY WEEKEND: SŁOWNIK MICKIEWICZOWO-POLSKI


ADAM MICKIEWICZ
„BALLADY I ROMANSE”
Z KOMENATRZEM EMILII KIEREŚ
ART EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA MARIANNA SZTYMA

Jestem z tych, którzy czytali lektury. Jestem z tych, których zachwyciło „Nad Niemnem”. Jestem z tych, którzy przeczytali „Lalkę” więcej niż jeden raz. Jestem z tych, którzy weryfikowali po latach to, czego nie zrozumieli w 8 klasie szkoły podstawowej (tak, jestem z tych, którzy nie chodzili do gimnazjum). Więc nowa książka Adama Mickiewicza zauroczyła mnie od razu. Nowa książka A.M.? O czym do jasnej ciasnej piszę, skoro Mickiewicz nie żyje już od 163 lat i od tyluż pewnie nie tworzy („Bogu dzięki!” - zakrzyknie pewnie niejeden zmaltretowany „Panem Tadeuszem” i „Dziadami” uczestnik polskiego systemu edukacji). Ano nowa. Tak przynajmniej odbieram „Ballady i romanse” z ART Egmontu, zilustrowane przez Marinnę Sztymę. Jak książkę, której nigdy w życiu nie czytałam. Te wyjątkowe wiersze Mickiewicza zilustrowała bardzo odpowiednia osoba. Najodpowiedniejsza. Sztyma poczuła tę niesamowitość, tę mglistość, tę cudowność i baśniowość zbioru wieszcza i stworzyła oniryczne ilustracje, które stały się komentarzem do tekstu. To tomik, który w pełni zasługuje na miano ART.
No ale dobrze, rozumiem. Ktoś powie: „OK, pooglądam sobie te ilustracje, może nawet którąś sxeruję i powieszę na ścianie w antyramie z Ikei, nawdycham się zapachu papieru, docenię Mariannę Sztymę, pogładzę tę doskonałą okładkę, a potem przeczytam sobie coś, co rozumiem. Adaś żył daaawno temu i pisał tak jakoś niezrozumiale. Nie dość, że wierszem, to jeszcze staroświecko. No bo co to znaczy, na przykład:
„A dusza przy tym świadomym drzewie
Niech lat doczeka tysiąca,
Wiecznie piekielne cierpiąc żarzewie
Nie ma czym zgasić gorąca.” [s.54]
Nawet World podkreśla czerwonym szlaczkiem słowo „żarzewie”. Nie, dziękuję… Jednak sięgnę po książkę autorstwa kogoś, kto żył w tym stuleciu.”
I tu mam prawdziwą bombę, coś, co wybucha i rozwala wszystkie te „ale”, „jednakże”, „jednak nie”. Bo na scenę wkracza Emilia Kiereś, która jest w równym stopniu autorką „Ballad i romansów” w tym wydaniu. Kiereś jest autorką i tłumaczką literatury dla dzieci i młodzieży, redaktorką i ilustratorką. I to ona właśnie ukochała sobie „Ballady i romanse” Adama Mickiewicza. I postanowiła podzielić się tą książką z innymi. Doskonale rozumie, że język w czasach Mickiewicza, a tym bardziej język poetycki, był zupełnie inny niż ten dzisiejszy, którym mówimy do siebie na co dzień, którym piszemy wiadomości w telefonie i książki. Dlatego tłumaczy te wszystkie „kamuszki”, „lica”, „smaki”, „na miarę ćwieczki” i sformułowania w stylu „przyjmę za ciebie mieszkanie”. Więcej nawet. Wykłada nam wiersze jak kawę na ławę. Opowiada, co w nich tkwi, za który wyraz pociągnąć, by dobyć sens, którędy wejść do wiersza, żeby się w nim rozgościć i poczuć dobrze. Prowadzi za rękę, żeby nikt się nie potknął o wystającą metaforę, nie przewrócił na porównaniu, nie wybił sobie zębów zbyt kwiecistą bądź staroświecką deczko frazą. Niesie słownik mickiewiczowo-polski i odczytuje z niego znaczenia.
Jeśli ktoś jest z tych, którzy lektury omijali szerokim łukiem i którzy na dźwięk słów „kanon” i „spis” oraz „lektury nadobowiązkowe” ma drgawki, dreszcze i miękkie nogi, to ja mimo wszystko wyciągnę dłoń uzbrojoną w TEGO Mickiewicza. Dlaczego uzbrojoną? Żeby siekać na kawałeczki przeświadczenie, że lektura nie może być piękna, ciekawa, oku miła. W TYM bowiem Mickiewiczu może zakochać się absolutnie każdy.
Więc żadnych więcej wymówek. Mickiewicza można czytać już bez przeszkód. A jeśli ktoś jakąś wskaże, to Kiereś w tę przeszkodę kamieniem – i po sprawie.









 


piątek, 9 listopada 2018

563. LOTERIA CZYLI PO CO ZNÓW CZYTAĆ O FRIDZIE?


JOANNA KOŃCZAK
„KOBIETY. BADACZKI, CZEMPIONKI, AWANTURNICE”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA KAROLINA MATYJASZKOWICZ

Książek o kobietach pisze się teraz mnóstwo. Rok 2019 ma być Rokiem Kobiet. W Polsce to czas szczególny, bo równo wiek temu kobiety uzyskały tu prawa wyborcze. Coraz więcej mówi się o kobiecej sile, inteligencji, determinacji, odwadze, kreatywności. Coraz więcej daje się przykładów na to, że kobiety są równie wartościowe co mężczyźni. W języku polskim, który jest giętki i plastyczny, powstaje wiele form żeńskich, które być może nie układają się jeszcze na języku naturalnie, jeszcze musi się gimnastykować i odnajdywać właściwe ułożenie, ale próbuje płynnie wypowiadać te wszystkie „psycholożki”, „prezydentki” i „chirurżki”.
Każdą z książek o kobietach witam z entuzjazmem. Zrobiłam dla nich specjalne miejsce na półce. Gromadzę tam stosiki, które przykrywają malutki napis „girl power!”. Mogłoby się wydawać, że jest ich za dużo, że ta nowa moda zaczyna się przejadać i że zaraz będziemy pluć kobietami na prawo i lewo. Ale ja cieszę się z każdej kolejnej takiej książki, bo zawsze poznam kogoś nowego. A właściwie jakąś nową. Są, owszem, kobiety, które znajdują się wszędzie – ich nazwiska są jak mantra, którą powtarza każdy autor piszący o kobietach: Frida Kalho, Maria Skłodowska-Curie, Coco Chanel, często Nellie Bly, a w Polsce Wanda Rutkiewicz. Ale zawsze znajdą się takie, o których istnieniu nie miałam pojęcia! I takie, których obecność na kartach takich książek daje wielką radość.
Joanna Kończak wyszukała nazwiska m.in. astofizyczki (Jocelyn Bell Burnell), działaczki maoryskiej (Kāterina Mataira), raperki (Sonita Alizadeh), kaskaderki (Mary Ann Evans), działaczki ekologicznej (Wangari Maathi), autorki komiksów (Marjane Satrapi) czy nawet łowczyni (Aisholpan Nurgaiv), przytoczyła ich historie, żeby udowodnić, że kobiety też mogą. Wbrew. Wbrew czemu? To zależy. Niektóre musiały zmagać się z tak zwanym dobrym wychowaniem. Niektóre z reżimem. Niektóre z ograniczeniami własnego ciała. Niektóre z nastawieniem środowiska. Niektóre z wojną. A niektóre ze zwykłym, choć niezrozumiałym szowinizmem i mizoginizmem.
Podoba mi się bardzo konstrukcja książki Kończak. Wybrała 35 kobiet, napisała o nich krótkie notki – zawarła esencję, zrobiła mocny wzmacniający napar do łyknięcia na raz, ale stworzyła sieć i od jednego nazwiska powędrowała do następnego i kolejnego. Jakby każda ważna kobieta pozwalała odnaleźć następną wielką i ważną. Jeśli jest Marjane Satrapi – reżyserka, to wspomniane są Alice Guy-Blaché, pierwsza reżyserka filmowa oraz Kathryn Bigelow, pierwsza i póki co jedyna, kobieta nagrodzona Ocarem. Jeśli mówi o Grace Hopper, programistce (stworzyła pierwszy program ułatwiający tłumaczenie poleceń człowieka na zrozumiały przez maszyny język, pomogła zaprojektować pierwszy komputer o szerokim zastosowaniu, przeznaczony na sprzedaż), to mowa też o sześciu matematyczkach, które programowały ENIAC czyli pierwszy na świecie w pełni elektroniczny komputer (nawiasem mówiąc ta praca została powierzona kobietom, bo uważano je za dokładniejsze i cierpliwsze, ale także dlatego, że sądzono, iż programowanie jest pracą czysto odtwórczą – stąd jeszcze do niedawna nie wiedziano o ich istnieniu). Jeśli mowa o Joanne Rowling (nie jestem z pokolenia Harrego Pottera, więc nie wiedziałam, że na pierwszym wydaniu książki nie umieszczono jej pełnego imienia, ponieważ wydawca twierdził, iż miłośnicy fantastycznych opowieści nie sięgną po książkę, którą napisała kobieta. J.K. Rowling sugerowało mężczyznę), to mowa też o Mary Shelley (Frankenstein został wymyślony na wakacjach z powodu deszczowej pogody – wczasowiczka Mary i jej przyjaciele umilali sobie czas opowiadając straszne historie), Agacie Christie (jej bohater, Herkules Poirot, gdy autorka uśmierciła go w jednej ze swoich powieści, dostał swój nekrolog od „The New York Timesa”), Tove Jansson czy Astrid Lindgren.
Ale i tak największym zaskoczeniem tej książki jest dla mnie Virginia Apgar! Apgar, Apgar… coś mi to mówi… - tak zapewne mogłaby powiedzieć każda matka. Bo każdy noworodek jest klasyfikowany zaraz po urodzeniu według skali Apgar (to słynne pytanie, zadawane drżącym głosem przez świeżo upieczone mamusie: „Ile ma punktów?”). Dzięki wprowadzeniu jej w 1952 roku, znacznie spadła śmiertelność dzieci w pierwszej dobie życia. Absolutnie nie zastanawiałam się, skąd pochodzi ta nazwa. Tymczasem od nazwiska twórczyni tej metody. Ale gdybym miała obstawiać, powiedziałabym, że Apgar to jakiś facet. Więc Virginio, bardzo przepraszam!
„Jean Bartik nadzorowała zespół, który przekształcił ENIAC-a w komputer z wbudowanym oprogramowaniem. Komentowała gorzko: 'Gdyby administracja projektu ENIAC- zdawała sobie sprawę, jak kluczowe dla funkcjonowania komputera elektronicznego i jak złożone okaże się programowanie, całkiem możliwe, że nie powierzyłaby tego zadania kobietom.” [s.51] Dlatego tak ważne jest, żeby pisać takie książki. Niechby i nawet powtarzałyby się w nich od czasu do czasu te same nazwiska! Dlatego tak ważne jest, żeby czytać takie książki. Niechby nawet i ósmy raz o Fridzie. Żeby przywrócić pamięć. I żeby kiedyś, gdzieś, nastał taki czas i miejsce, że już nigdy więcej żadna kobieta nie poczuje się niedoceniana tylko dlatego, że jest kobietą.