Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 30 grudnia 2018

582. WEEKEND Z ANDRZEJEM: PSIA KOŚĆ!


Wydawnictwo MDR specjalizuje się w wydawaniu gier, ilustrowanych ręką Mistrza – Andrzeja Mleczki. Na tegorocznym Festiwalu GRAmy miałam okazję pograć w nie (w gronie trzech dorosłych osób!) i z miejsca się zakochałam. Dlaczego? Że szata graficzna – oczywistość! Ale też dlatego, że są małe (a ja lubię małe gry, które można zabrać wszędzie i zawsze). Po drugie mają banalnie proste do wytłumaczenia zasady. Krótka instrukcja, której nie czytam jak pełnoprawnej lektury. Chwila moment i już wiem i już gram. A o to chodzi, prawda? No i mechanika – równie prosta, co instrukcja. I czyni te trzy gry bardzo regrywalnymi.
Więc ćwiczymy spostrzegawczość, refleks i bardzo dobrze się bawimy!
A jak?
Już tłumaczymy!

Na koniec nasza ulubiona Psia kość!


Krótki film z przykładową rozgrywką obejrzycie TU


sobota, 29 grudnia 2018

581. WEEKEND Z ANDRZEJEM: KURZA STOPA!


Wydawnictwo MDR specjalizuje się w wydawaniu gier, ilustrowanych ręką Mistrza – Andrzeja Mleczki. Na tegorocznym Festiwalu GRAmy miałam okazję pograć w nie (w gronie trzech dorosłych osób!) i z miejsca się zakochałam. Dlaczego? Że szata graficzna – oczywistość! Ale też dlatego, że są małe (a ja lubię małe gry, które można zabrać wszędzie i zawsze). Po drugie mają banalnie proste do wytłumaczenia zasady. Krótka instrukcja, której nie czytam jak pełnoprawnej lektury. Chwila moment i już wiem i już gram. A o to chodzi, prawda? No i mechanika – równie prosta, co instrukcja. I czyni te trzy gry bardzo regrywalnymi.
Więc ćwiczymy spostrzegawczość, refleks i bardzo dobrze się bawimy!
A jak?
Już tłumaczymy!

Po drugie jest Kurza stopa!


Na krótki film z przykładowej partii zapraszamy TU.

piątek, 28 grudnia 2018

580. WEEKEND Z ANDRZEJEM: MOTYLA NOGA!


Wydawnictwo MDR specjalizuje się w wydawaniu gier, ilustrowanych ręką Mistrza – Andrzeja Mleczki. Na tegorocznym Festiwalu GRAmy miałam okazję pograć w nie (w gronie trzech dorosłych osób!) i z miejsca się zakochałam. Dlaczego? Że szata graficzna – oczywistość! Ale też dlatego, że są małe (a ja lubię małe gry, które można zabrać wszędzie i zawsze). Po drugie mają banalnie proste do wytłumaczenia zasady. Krótka instrukcja, której nie czytam jak pełnoprawnej lektury. Chwila moment i już wiem i już gram. A o to chodzi, prawda? No i mechanika – równie prosta, co instrukcja. I czyni te trzy gry bardzo regrywalnymi.
Więc ćwiczymy spostrzegawczość, refleks i bardzo dobrze się bawimy!
A jak?
Już tłumaczymy!
Na pierwszy ogień idzie Motyla noga!

Po krótki film z przykładowej rozgrywki zapraszamy TU.

niedziela, 23 grudnia 2018

579. POWIERZYĆ ŻYCZENIE KŁOPOTKOWI


Minął rok i Hedwiga ma już osiem lat. W szkole czuje się jak w drugim domu. Ma przyjaciółkę od serca, Lindę, ma ulubiony sposób spędzania przerw w szkole (na ulubionym drzewie, z najlepszą przyjaciółką, tam, gdzie na gałęziach jest miejsce tylko i wyłącznie dla dwóch!), ma stado koleżanek… No właśnie – stado! Bo okazuje się, że szkołę w Hardemo opanowała „końska gorączka”. A wszystko zaczęło się od Ellen – to ona przyniosła wirusa „końskiej gorączki” do szkoły. Ellen jest najszczęśliwsza na świecie, bo mieszka w domu, w którym mieszka też koń. I to jest najprawdziwszy koń Ellen. To co, że jest gruby jak beczka? Nazywa się Okruszek, można na nim jeździć i czasem zabiera się go na jakieś końskie pokazy, gdzie zdobywa nagrody. Ech… Więc co dzień na przerwie po placu galopują jakby dziewczynki, a jednak konie. Parskające, wierzgające, kręcące głowami. Ellen jest opiekunką i krzyczy na konie, a czasem zachęca je do szybszego biegu, machając po ich nogach drewnianą witką. To zrozumiałe, że Ellen jest opiekunem, w końcu to ona ma konia i wie, jak się nim opiekować. Tylko Linda patrzy na zabawę dziewczynek z góry (z ulubionej gruszy i z wyższością jednocześnie) i nie rozumie, jak można lubić tę zabawę… Tylko ona jedna ze wszystkich dziewczynek w szkole, wolałaby mieć motor zamiast rumaka… Ech…
Więc teraz Hedwiga marzy o koniu. Znajduje nawet sposób na to, by to marzenie spełnić. Jest taka rymowanka - znają ją wszystkie dzieci, które choć raz w życiu widziały biedronkę. „Biedroneczko leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba”. Gdy wypowiada się te magiczne słowa i wypuszcza biedronkę w niebo, to już wiadomo, że życzenie się spełni. U Hedwigi aktualnie brak biedronek, ale za to jest kłopotek czarny. To też przecież owad. Też lata. A do tego jest rzadszy niż biedronka. Hedwiga uznaje, że może właśnie jemu powierzyć swoje marzenie. I to jest wielki, wielki błąd…
Bo owszem, zaraz, dosłownie za chwilę czar zaczyna działać i tata jedzie do sąsiada pożyczyć przyczepę, a potem przywozi w niej coś specjalnie dla Hedwigi… I ta przyczepa jest akurat rozmiarów konia. I może nawet przez szpary w tej przyczepie Hedwiga widzi sierść? Ale w rzeczywistości wszystko jest na opak. Hedwiga już wie – nie powierza się życzeń kłopotkowi czarnemu!
Ech, Hedwiga to Hedwiga! Jedyna w swoim rodzaju, a zarazem jak archetyp ośmiolatki. Nikt na świecie (oprócz tysiąca, miliona ośmioletnich dziewczynek), nie jest taki jak ona. Znów okazuje się, że to bohaterka idealna, bo można się z nią identyfikować, czasem w stu procentach, czasem w osiemdziesięciu, ale można w niej znaleźć cząstkę siebie i pociechę, gdy zrobi się coś nie tak. Bo Hedwiga, mimo upływu roku, mimo promocji do kolejnej klasy (już drugiej!), nic a nic się nie zmieniła! Włosy ma co prawda dłuższe (jak dobrze, że Anke Kuhl to zauważyła!), trochę bardziej uczesane, ale w głowie nadal burze, oceany i tysiąc pomysłów na minutę. Nadal jest tak samo niecierpliwa, ciekawska, wesoła i nadal popełnia masę błędów, które potem trzeba naprawiać. A nie jest tak zupełnie łatwo… Hedwiga rośnie, więc i problemy robią się jakby większe. Kuzyn, który podpalił garaż, przyjaciółka, najlepsza, ta od serca, z którą się pokłóciło zupełnie bez sensu, przemoc – ta prawdziwa, z zastraszaniem, cieknącą krwią i nową torbą wciskaną do sedesu. No i to pragnienie - większe nawet od tego, żeby posiadać konia – pragnienie bycia akceptowaną, lubianą, kochaną. To pragnienie czasem sprawia, że robi się rzeczy, których nigdy nie chciało się robić. Na przykład zmyśla się historię o sąsiedzie Maksie-Olofie, alkoholiku, który owszem, jest głośny, nieuprzejmy (delikatnie mówiąc), ale który ma jedną najlepszą rzecz na świecie. W jego stajni mieszkają trzy białe konie. Wyścigowe. Tylko, że Maks-Olof nie jest tak zupełnie sąsiadem Hedwigi. To znaczy, no jest, ale nie tak zupełnie alkoholikiem z trzema białymi końmi… Jest zupełnie, ale to zupełnie kimś innym…






piątek, 21 grudnia 2018

578. SERCE ROBOTA


PETER BROWN
„DZIKI ROBOT”
(TŁ. MARTA BRĘGIEL-PANT)
ENTLICZEK, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ AUTOR

Jest zimny poranek. Idziemy z Majką do przedszkola, stawiając stopy w mokrym śniegu. Twarze ukrywamy w szalikach, bo wieje. Ale nie czujemy zimna, bo rozmawiamy. O czym? O robotce Roz. Robotka Roz to robot, który urodził się w puszczy. Jak do tego doszło? Statek, który płynął z robotami z jednego dużego miasta do drugiego dużego miasta rozbił się u wybrzeży wyspy. Z wnętrza statku wysypały się skrzynki z robotami. Jeden z tych robotów przetrwał katastrofę. A potem ciekawskie wydry przez przypadek włączyły jeden przycisk z tyłu głowy robota. I tym samym tchnął życie w robota ROZZUM model 7134. „Ale możesz do mnie mówić Roz”, twierdzi robotka w swoim powitalnym komunikacie. Ten komunikat jest identyczny dla wszystkich robotów tego modelu, jednak ten robot okazuje się zupełnie wyjątkowy. Roz jest obcym elementem w życiu wyspy – jest mechaniczna, jest fabrycznym wytworem, ale bardzo stara się zacząć żyć. Wyspę traktuje od początku jak swój dom. Choć początki są trudne – burza, pościg rozwścieczonych na nią niedźwiedzi, problemy językowe. Roz mówi „po ludzku”, bo to ludzie ją stworzyli. A chciałaby się porozumieć z naturą. Bo to dzięki wyspie i naturze żyje. To, co cechuje Roz to cierpliwość. Zaczyna więc słuchać, obserwować, uczyć się. Stopniowo ptasie trele, niedźwiedzie pomruki czy lisie piski stają się mową. Roz zaczyna rozróżniać poszczególne słowa. I zaczyna w języku natury także mówić. Natura jest jednak nieufna. Zwierzęta nazywają Roz potworem i uciekają na jej widok. Dopóki robotka nie ratuje gęsiego jaja i nie zostaje gęsią mamą dla pisklęcia…
„Czy Roz była zwykłym robotem?” - pytam Majkę. „Nie! Roz była zdziczała, bo była daleko od ludzi” - mówi Majka. I stwierdza, że to było dla niej najlepsze. Że to stanowiło o jej wyjątkowości.
Peter Brown w posłowiu mówi o tym, że od zawsze jego fascynacje szły dwutorowo. Fascynują go roboty. Przede wszystkim to, czy robot może mieć własną tożsamość, osobowość, uczucia. Czy dwa roboty wyprodukowane w jednej fabryce, na identycznych podzespołach mogą być od siebie różne? A druga komora jego serca tętni życiem, dzikością. Druga bije w rytm nurtu rzeki i podmuchów wiatru. Należy do natury. Brown od zawsze uwielbiał badać przyrodę dookoła siebie, poznawał nazwy kwiatów i owadów, które są obok. Obserwował ptaki. „Dziki robot” jest połączeniem tych dwóch fascynacji. Połączył je z wielką zręcznością i miłością. Z wielkim wyczuciem i tak, że można o tym połączeniu gadać i gadać w zimowy poranek, nie czując zupełnie roztapiających się na rzęsach płatków śniegu.
To przepiękna, mądra historia o nietuzinkowej bohaterce. Trzyma w napięciu – gryzłyśmy palce w stresie (szczególnie na końcu, gdy po Roz przychodzą trzy roboty RECO, wysłane przez fabrykę). Jest wzruszająca, tak, że wiele razy miałyśmy łzy w oczach (matka-robot, która poświęca się dla swojego syna-gęsi tylko pozornie brzmi groteskowo). I jest niesamowicie zilustrowana – to czarno-szare ilustracje, ale ja doskonale widzę w nich tętniącą zieleń puszczy!
Uwielbiam takie książki, które otwierają nam usta. Taki jest dla mnie sens literatury (dobrej literatury!) - prowokować do myślenia, zadawania pytań, a potem rozmawiania na temat tego, o czym się myśli. Spierania się albo zgadzania. Argumentowania. Dzięki Roz gadałyśmy z Majką o rodzinie, o domu, o pomaganiu, o sensie istnienia, o tym, dlaczego warto kogoś poznać i jak to zrobić najlepiej, o związkach natury z człowiekiem, o tym, co czyni nas wyjątkowymi, o tym, dlaczego Roz była inna. „Dlaczego Roz była fajna? Bo miała nienormalny mózg. Miała roboci mózg.” - mówi Majka. A potem mówi najważniejsze zdanie: „To miłość sprawiła, że Roz była wyjątkowa. To miłość sprawiła, że znalazła przyjaciół i miała rodzinę.” Tak, miłość sprawia, że nawet robotowi zaczyna bić serce.












piątek, 23 listopada 2018

577.CO CHCESZ DOSTAĆ W PREZENCIE?


BEATRICE ALEMAGNA
„TULI-PUCHO-KŁACZEK”
(TŁ. PAWEŁ ŁAPIŃSKI)
WYTWÓRNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Nadchodzi czas, w którym niespokojnie przebieramy nogami, drapiemy się z zastanowieniem w głowę, przerzucamy banknoty w portfelu i pięć razy więcej klikamy myszką. Czas prezentów! To z miłości przedzieranie się przez oferty sklepów internetowych pod osłoną nocy (gdy mąż i dzieci śpią i nie mogą podejrzeć nic przez ramię); to z miłości wklepywanie w wyszukiwarkę zapytania: „najlepszy prezent dla...”; to z miłości odwiedziny na wszelkich targach rzeczy ładnych, pomysłowych, oryginalnych, vintage, home made i ręcznie robionych. Żeby było najlepsze, najładniejsze, najbardziej od serca-dla serca. Żeby w prezencie, którym obdarowujemy, czuć było tę miłość.
Ja mam na przykład tak, że wolę robić prezenty, niż je dostawać. Że cieszy mnie szelest papieru, zdejmowanego z prezentu, serce bije mi dwa razy szybciej i w napięciu czekam na uśmiech obdarowanego. I to są o wiele większe emocje, niż te, gdy sama staram się odgadnąć co kryje się pod kolorowym papierem przewiązanym wstążką. Dlatego tak doskonale rozumiem Edzię. Edyta ma 5 lat. No właściwie to nawet pięć i pół. Jej mama ma niedługo urodziny. A Edzia podsłuchuje, jak jej starsza siostra mówi: „Urodziny-mamy-tuli-pucho-kłaczek”. O nie! Od siostry mama dostanie coś absolutnie wyjątkowego! A od niej? Przecież ona nic nie umie robić! Ale tym razem musi się postarać. Po prostu MUSI znaleźć jakiegoś TULI-PUCHO-KŁACZKA dla mamy na urodziny. Tylko jak to zrobić? Jak go znaleźć? Ile kosztuje? Od czego ma się przyjaciół! Edzia chwyta swój wściekle różowy bezrękawnik, który tak doskonale widać na każdej stronie (mam podejrzenie, że to swoistego rodzaju podkreślenie – to Edzia jest najważniejsza w tej historii – Edzia i jej determinacja, jej zawziętość, jej chęć sprawienia przyjemności osobie, którą kocha i udowodnienia innym – i sobie! - że jest ważna i że coś jednak potrafi) i biegnie do miasta, paryskimi uliczkami odwiedzając po kolei wszystkich swoich znajomych. Tylko, że – dziwna rzecz – okazuje się, że dla każdego TULI-PUCHO-KŁACZEK to zupełnie coś innego. Jak to się dzieje, że dla Jana to bułeczki maślane, dla Mimi perłowy guzik, a Karol uważa nawet TULI-PUCHO-KŁACZKA za znaczek pocztowy? Bo każdy z nas jest inny! Przecież nawet po francusku TULI-PUCHO-KŁACZEK nazywa się inaczej zupełnie (dodu-velu-petit)…
Co dla mamy będzie TULI-PUCHO-KŁACZKIEM? Czy to samo, co dla Edzi? Zdradzę tę tajemnicę – oczywiście, że tak! A dlaczego? Bo dla mamy TULI-PUCHO-KŁACZKIEM jest to, co dostanie od najważniejszej osoby w swoim życiu – od swojej córki. Tak już mają te mamy…
Edzia to jedna z tych bohaterek, która od razu wzbudza w czytelnikach sympatię. Energiczna, zaradna, dowcipna, świetna obserwatorka. Jeśli istnieje taka główna bohaterka, to może powstać tylko śliczna, zabawna i do tego świetnie narysowana książka. I powstała - historia o małej, rezolutniej dziewczynce, która dowiaduje się, że w życiu ważna jest pasja, wytrwałość i przyjaciele. No i nie będę ukrywać – czytałyśmy zachłannie, żeby jak najszybciej dowiedzieć się… co to w końcu jest ten TULI-PUCHO-KŁACZEK!










Nigdy chyba jeszcze nie pochwaliłam w mojej recenzji drukarni. Ale tu muszę… Różowy Pantone (kolor specjalny!) jest obłędny!!! Brawo Edica!

czwartek, 22 listopada 2018

576. MAŁA DZIEWCZYNKA MEBLUJE DOMEK DLA LALEK


BAEK HEENA
„KSIĘŻYCOWY SORBET”
(TŁ. EDYTA MATEJKO-PASZKOWSKA)
KWIATY ORIENTU, SKARŻYSKO-KAMIENNA 2018
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Jest taka koreańska legenda ludowa o królikach, które żyją na księżycu. Podobno dawno, dawno temu władca nieba przebrał się za człowieka i zszedł na ziemię. Udawał przymierającego głodem starca. Spotkał na swej drodze lisa, małpę i królika. Lis nakarmił go rybami, małpa owocami z drzewa, a królik chciał ofiarować sam siebie – wskoczył do ogniska. Władca nieba uchronił go od śmierci i w nagrodę zabrał do swojego domu. Podobno gdy spojrzy się na Księżyc w pełni w jego plamach, koloru ulatniającego się z ogniska dymu, można zobaczyć królika, który rozciera w moździerzu zioła i ryż do ciasteczek na Święto Dziękczynienia. To święto przypada w Japonii na piętnasty dzień ósmego miesiąca księżycowego.
I właśnie tego dnia dzieje się ta historia…
Zaglądamy do kamienicy pełnej wilków. Jeden słucha muzyki, jeden czyta książkę, jeden bawi się z dzieckiem, jeden nalewa coś z butelki do wysokiej szklanki… Jeden leży, inne siedzą czy stoją, ale żaden nie śpi. Parna, pełna światła księżycowego noc na to nie pozwala. Jest za gorąco! Wiatraki i klimatyzacja szumią i trzeszczą, ale nie rozganiają stojącego powietrza. Nagle daje się słyszeć dziwny, nieznany dźwięk… Jakieś „kap, kap, kap...” Okazuje się, że to Księżyc się roztapia!!!
Gdzie będą mieszkać króliki, gdy roztopi się cały? I jak zasnąć, gdy nie ma ani odrobiny światła?
Ta książka to coś zupełnie wyjątkowego! Jej autorka - artystka, pisarka, ilustratorka, lalkarka, animatorka – Beak Heena, stworzyła makietę wilczej kamienicy i grając światłem, a przy okazji naszym zachwytem, zilustrowała to książkowe dzieło sztuki. Nie wierzę, że znajdzie się ktoś, kto nie otworzy szerzej oczu ze zdumienia, kto nie pochwali pomysłu artystki, kto nie przypatrzy się bliżej i dokładniej detalom, kto nie wybierze sobie swojego ulubionego pokoju w tej wyjątkowej kamienicy.
Nie trzeba znać legend i obyczajowości japońskich czy koreańskich, by zrozumieć tę książkę.* Majka mówi o niej, że „jest piękna i że jest w niej dużo wyobraźni.” A wyobraźnię każdy ma swoją i każdy po swojemu może ją odczuwać. Bo to tego rodzaju twór, który się czuje, a nie przy którym się myśli. Ja na przykład dostrzegam w niej historię o cyklach życia – Księżyc zmienia się – czasem się topi, a czasem go przybywa. I o związku człowieka z naturą, jego zależności od niej. O tym, że jeśli natura zrobi nieuważnemu człowiekowi krzywdę, to zawsze będzie potrafiła dać lekarstwo (sorbetowe lody z Księżyca podczas upału – doskonała koncepcja!).
Można też, zupełnie po prostu, nie doszukiwać się żadnych głębszych sensów, tylko cieszyć oczy tym cudem, zaglądać bezwstydnie w okna wilków, sprawdzać, jak są urządzone ich domy, podziwiać kunszt artystki przy oddawaniu najmniejszych szczegółów. Budzi się we mnie ta malutka dziewczynka, która uwielbiała meblować domki dla lalek. I pozwalam teraz tej dziewczynce przewracać strony tej książki w tę i z powrotem. Cieszy się...








*choć, gdy się je pozna, chociaż powierzchownie, wiele rzeczy układa się całość – na przykład sorbety z księżyca to może być nawiązanie do tsukumi dango, czyli słodkich kulek w kształcie księżyca, przygotowywanych z mąki ryżowej jako tradycyjna przekąska na święto podziwiana Księżyca (w ostatnią pełnię lata).

środa, 21 listopada 2018

575. CODZIENNA NIECODZIENNOŚĆ


MARIE-AUDE MURAIL
„BYSTRZAK”
(TŁ. BOŻENA SĘK)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018

Stoimy w kolejce w warzywniaku. Przyglądamy się pięknym, zupełnie niezwykłym kalafiorom. Przed nami stoi pani, której wzrok też kieruje się w tę stronę. Mimowolnie słyszymy jej rozmowę ze sprzedawczynią:
- A te kalafiory to jak się gotuje?
- Tak samo, jak normalne.
- A jak smakują?
- Bardzo podobnie, jak normalne. Ale mają dużo więcej witamin. Witaminy C mają więcej niż cytryna.
- Acha…
- To kalafiory królewskie – tak się nazywają.
- Królewskie, no ładne, poproszę zwykłego.
Ludzie lubią zwykłe. Boją się nie-zwykłego. Przecież nigdy nie wiadomo, czego po niezwykłym można się spodziewać.
Na przykład po Bystrzaku. To brat Klébera. Kléber ma 17 lat (jeszcze!). A Bystrzak 22. Ale niech cyfry nikogo nie zwiodą. Bo tak naprawdę zatrzymał się jakieś 19 lat wstecz. Jego umysł wciąż twierdzi, że „Mam trzy latka, trzy i pół”. No i nic już się nie da na to poradzić. Żadne tam leki, terapie, wstrząsy. Tak już jest. I tak zostanie. Bystrzak spędził jakiś czas w zamkniętym zakładzie dla upośledzonych umysłowo. Ale przestał wtedy żyć. Tylko pół-żył. I Kléber nie mógł tego znieść. Zrozumiał, że dla ojca, który ma nową żonę i kolejne dziecko w drodze, Bystrzak już nic nie znaczy. Że to nawet lepiej, że przestał się odzywać i reagować na bodźce zewnętrzne (ileż ten Bystrzak gada! A jakie głupoty!!!). Zrozumiał, że jest jedyną nadzieją swojego brata. Wyciągnął Bystrzaka z czeluści Malicroix.
No i załatwił sobie wieczny życiowy stand by!
Bo to tak, jakby mieć ze sobą wciąż i wciąż małe dziecko – tego nie ruszaj, nie wchodź na jezdnię, nie dotykaj ognia, nie odzywaj się (bo ludzie nie rozumieją, że tylko wyglądasz jak dorosły!). Gdy za długo śpisz (jego zdaniem), to po prostu podważa ci powieki palcami. I już. A, no i jest jeszcze ten królik (Pan Królik!!!), którego Bystrzak wszędzie ze sobą taszczy, który jest już bardzo brudny i który jest bardzo ważnym elementem w jego życiu. A gdzie w tym wszystkim nauka Klébera? Gdzie matura? Nie mówiąc już o życiu prywatnym – z Bystrzakiem coś takiego, jak prywatność nie istnieje!
A co z prywatnością Arii, Enzo, Emmanuela i Corentina? Czy jest zagrożona? Bo Bystrzak i Kléber właśnie wprowadzają się do ich mieszkania. I przewrócą to mieszkanie (i ich życie) do góry nogami. Tylko czy dotąd było poukładane tak, jak trzeba?
Śmiałam się, chichrałam, parskałam śmiechem. Co mnie tak bawiło? Książka o gup-ku. Że niepoprawnie? Że nie wypada? Ale przecież Bystrzak robi i mówi śmieszne rzeczy! Nie mogłam tego tak po prostu ignorować. Musiałam się śmiać, to było silniejsze ode mnie. Musiałam, żeby rozładować to całe napięcie, które gromadziło się w moim ciele, gdy czytałam tę książkę.
To doskonała książka. To książka o codzienności. Tylko takiej na opak. Takiej, w której nie ma miejsca na spokój i leniwość, powtarzalność i przewidywalność. Czytałam ją w stanie najwyższej gotowości, bo przecież „Bystrzak na pewno coś zaraz zmajstruje!” i „Bystrzak zaraz coś podpali!” i „Bystrzak na pewno zgubi w końcu tego królika (Pana Królika!!!) i będzie płacz!”. Łatwo mi było stać z boku i tylko wyobrażać sobie Bystrzaka. Z jeden strony te nerwy napięte, bo przecież coś się zaraz wydarzy, ale z drugiej, gdyby nawet podpalił, to co? To przecież nie ja będę cierpieć, nie mnie spali na popiół.
Czy ta książka jest do podziwiania Klébera? W pewnym sensie tak. Przecież on akurat jest fikcyjny, ale dookoła jest mnóstwo takich Kléberów, którzy zmagają się z tą codzienną niecodziennością, z tym wiecznym napięciem, z tym 24/7. Trzeba ich podziwiać, bo to oprócz aktu miłosierdzia, miłości, także akt poświęcenia. Ale ta książka jest chyba w równym stopniu po to, żeby uświadomić, że Bystrzacy żyją dookoła nas, że w każdej chwili możemy się z nimi zetknąć. Czy potrafilibyśmy podać im rękę? Czy potrafilibyśmy pogadać z ich królikiem (Panem Królikiem!!!)? Czy potrafilibyśmy zaprosić ich na obiad, a potem na deser, wiedząc, że nadgryzą wszystkie ciastka wyłożone na talerzyk, żeby sprawdzić, które jest najlepsze? Ta książka jest chyba właśnie do zastanawiania się. Do przećwiczenia, chociaż na brudno, hipotetycznej sytuacji desantu Bystrzaka na nasze terytorium.
To co, przy najbliższej wizycie w warzywniaku kalafior królewski? Tak na próbę?*







*PS. Sprawdziłam, smakuje prawie tak samo. Prawie! Nie może smakować identycznie, skoro jest nie-normalny, prawda?

wtorek, 20 listopada 2018

574. CO MAM DZIŚ NOCĄ POD POWIEKAMI?


JAMES MATTHEW BARRIE
„PIOTRUŚ PAN W OGRODACH KENSINGTOŃSKICH”
(TŁ. ALEKSANDRA WIECZORKIEWICZ)
MEDIA RODZINA, POZNAŃ 2018
ILUSTROWAŁ MARCIN MINOR

Kim tak naprawdę jest chłopiec, który nigdy nie dorósł? Skąd w ogóle wziął się Piotruś Pan? Gdzie mieszkał zanim trafił do Nibylandii? Niewiele osób wie, że był kiedyś zwykłym chłopcem. Urodził się, tak jak każdy chłopiec i dziewczynka, na Wyspie Ptaków. Bo każdy z nas był kiedyś ptakiem. Gdy jest się dzieckiem, można to sobie jeszcze przypomnieć. Im jest się starszym, tym bardziej się zapomina. I nie pomaga już pocieranie skroni i intensywne myślenie. Wydaje nam się, że od zawsze byliśmy u mamy i taty. A tak naprawdę każdy z nas miał kiedyś dziób i skrzydła i umiał latać. Potem przyzwyczailiśmy się do swojego człowieczeństwa, nauczyliśmy się mówić, weszliśmy w ludzką skórę i zaczęliśmy używać piżam. Zabroniono nam też wstępu do Ogrodów Kensingtońskich po zamknięciu bram. A dzieją się tam wtedy cuda i dziwy – wróżki i elfy urządzają bale, kwiaty i krzewy spacerują po alejkach, a drzew przeciągają się i rozmawiają swobodnie. Ale jest jeden Między-i-Pomiędzy, który przez chwilę był prawdziwym chłopcem, a teraz nie jest już ani chłopcem ani ptakiem. To właśnie Piotruś Pan. Chłopiec, który wyfrunął kiedyś swojej mamie przez okno i poleciał na Wyspę Ptaków, zapominając, że nie ma już skrzydeł, ale odkrywając, że można lecieć, gdy się tylko uwierzy, że to możliwe. Nie umiał wrócić do domu, więc został w Ogrodach Kensingtońskich, przyjaźnił się z Salomonem Krakiem, najważniejszym spośród ptaków, przygrywał na fletni wróżkom i elfom do tańca i bawił się całe dnie – po swojemu, zabawkami znalezionymi dla niego przez ptaki. Był szczęśliwy, nawet bardzo. Dziki, nagi, wolny. Na co dzień nie myślał, że jest Między-i-Pomiędzy. Na co dzień był Piotrusiem Panem. Tylko raz jeden poleciał odwiedzić swoją mamę, bo tak mu się zatęskniło za tym słowem, ale nie został na poręczy łóżka, w którym mama przytulała powietrze, jakby przytulała jego. Wyfrunął znów przez okno.
Nie znałam do tej pory Piotrusia Pana. Wydawało mi się tylko, że znam. Wydawało mi się, że jest arogancki, samolubny, że nie zważa na nikogo i na nic. Ale teraz już wiem, że to niezabliźniona rana w jego sercu, że to ciągła tęsknota za matką, za domem, za byciem prawdziwym chłopcem, a nie kimś niedokończonym, tęsknota za matczynymi pocałunkami i pewnością, że zawsze do końca świata będzie na niego czekała i zawsze w jej sercu pozostanie chociaż punkcik, w którym będzie się mieściło jego imię.
To rozdzierająco piękna historia! Pełna magii, dziwności i czarów. Ta magia istnieje tuż obok świata racjonalnego, ale kryje się doskonale. Dzieci są łącznikiem między jednym a drugim światem, ale dorastając stopniowo zapominają wszystko to, co niezwykłe, wpadając w trybiki wyznaczonych ścieżek, konwencjonalnego myślenia i konwenansów. To niesamowita wizja świata i chyba nawet w nią wierzę…
To, co absolutnie mnie ujęło w tej książce, to język. Wyrafinowany, melodyjny, potoczysty i zupełnie niedzisiejszy*. Ogromną rolę odegrała tu tłumaczka, Aleksandra Wieczorkiewicz, bo tak poetyckie frazy zapewne nie było łatwo obłaskawić w ojczystym języku. Ale jej się udało, ubłagała wszystkie wróżki i elfy, żeby się jej dały zamknąć w polskich literach, zaprosiła Piotrusia Pana i on przyjął jej zaproszenie, doskonale wpasowując się w polskie znaki, moszcząc się w polszczyźnie jak w Gnieździe Drozda. Skulił się w niej, zwinął w kłębek i kołysze się, zadowolony, że tak pięknie jego imię brzmi po polsku.
Niewątpliwie czarowność tej książki umacnia wizja Marcina Minora. Narysował Piotrusia nastrojowego, onirycznego, doskonale współgrającego ze śpiewną frazą Wieczorkiewicz (i Barriego oczywiście).
Nie mogę się uwolnić spod uroku tej książki! Nie mogę przestać o niej myśleć. Zasypiać dziś będę z Ogrodem Kensingtońskim pod powiekami...









*sześciolatka odmówiła słuchania, ja zaczytana spędziłam wieczór z tą książką.