Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 19 stycznia 2016

303. WYKRZYKNIK

Idziemy razem ulicą. „Widziałaś, że tam był gołąb?” - pyta. „A ta pani miała czerwony szalik” - mówi parę minut później. „Spójrz, jedzie tramwaj z numerem jedenaście” - cieszy się. Zauważa. Wyłapuje. Wyłuskuje. Jest uważna. Zwraca uwagę na szczegóły i często mnie tym zadziwia, fascynuje. Takie umiejętności się ćwiczy. Jak mięśnie, jak taniec, jak grę w kosza. Można ćwiczyć spostrzegawczość na różne sposoby. Jednym z moich ulubionych są planszówki. Dla Dzieci w wieku 3,3 mechanika oparta na czuwaniu, na bystrości, na orientacji, jest alternatywą do gier typu memo (w których nie mam z Majką żadnych szans!). Muszą być dynamiczne, muszą dostarczać emocji i muszę mieć jak się Majce czasami podłożyć.
Nazwę „Dobble” zna chyba każdy. Charakterystyczne blaszane fioletowe pudełko. Kilkadziesiąt okrągłych kart z ośmioma małymi obrazkami. Każda z kart ma jeden wspólny obrazek – musisz jak najszybciej go odnaleźć! I już – całe zasady „Dobble”.
„Dobble Kids” to w zasadzie to samo. Od wersji klasycznej różni się trzema rzeczami: po pierwsze tematyką. Na kartach dla Dzieci są zwierzaki. Twórcy stwierdzili, że ying-yang, trupia czacha albo błyskawica mogą być mniej czytelne dla Dzieci i mogą mieć nie tyle problem ze znalezieniem symbolu, co z jego nazwaniem. Hipopotama, niedźwiedzia czy kangura rozpozna każde dziecko. I będzie w stanie wrzasnąć na całe gardło i na czas jego nazwę. Po drugie symbole na kartach dla Dzieci są wyraźniejsze, większe (choć podoba mi się, że wielkość zwierzaków jest zróżnicowana i nie zawsze największe wygrywa! A do tego czasem stają na głowie). Po trzecie w wersji Kids są dwa warianty gry specjalnie dla Dzieci. Bo można grać w różne wersje – schodzić z kart, dobierać je, grać równolegle… My mamy też naszą własną mini-wersję, bo na fali tego, że Majka uczy się akurat w przedszkolu na angielskim nazw zwierząt, to krzyczymy nazwy po angielsku. Chyba, że ktoś nie pamięta – to oczywiście uznajemy wersję PL.
Siła i niezwykła wprost popularność tej gry tkwi w jej prostocie. I w wariantowości. Bez problemu rozgrywamy kilka partyjek naraz. Świetna! Prosta! Genialna w tej prostocie! I mała, zgrabna, do-torebki-chowalna! U nas na stole praktycznie codziennie! Dołącza do hitów! Wykrzyknik!
"DOBBLE KIDS"
Liczba graczy:
2 - 5 osób
Wiek:
od 4 lat
Czas gry:
ok. 5 - 10 minut











[Mam nadzieję, że Rebel – wydawca "Dobble" w Polsce - nie poprzestanie na dwóch wersjach, bo przeszukując internety znalazłam wersję, którą bardzo bardzo chciałabym dla Majki – wersję matematyczną]

wtorek, 12 stycznia 2016

302. DZIŚ WOLĘ KOBIETY

RAMONA BADESCU
„POMELO I KSZTAŁTY”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2015
ILUSTROWAŁ BENJAMIN CHAUD

Pomelo to nasza miłość od pierwszego czytania, od pierwszego trąbą wahnięcia, spod dmuchawca.
Mam wrażenie, że autorzy biorą wszystko po kolei, przypuszczają przez filtr uśmieszku pod nosem, przez ironię i przez niebanalne spojrzenie na rzeczywistość, przez wyszukiwanie dziwów świata, przez zauważanie niezauważalnego. A te wszystkie oczkiem strzelania, podteksty i międzywiersze wtłaczają w ciałko malutkiego słonia, wymiarów kieszonkowych. Już samo to, że ma tylko parę centymetrów i kolor najróżowszy z różowych, jest zabiegiem, przez który nie mam mocy powstrzymywać uśmiechu. A do tego jest to słoń filozofujący i zgłębiający sens świata i zasady jego działania, wypatrujący sił, które kręcą ziemią wokół słońca. To słoń uważny, słoń-obserwator, ale słoń w którym buzuje niepowstrzymana radość życia!
Tym razem z szarej rzeczywistości wyłuskuje rozmaite kształty. A to „ulotną kulistość baniek mydlanych”, a to „ zawsze za mały trójkąt ciasta” (jakież to prawdziwe!!!), a to odlotowy owal oliwki”. Wszystkie te kształty z podręczników do geometrii i jeszcze trochę w gratisie.
Cóż – tym razem chyba muszę troszeczkę zdradzić Bejamina Chauda na rzecz dwóch Kobiet.
Po pierwsze Ramona… Zawsze była ciut genialna, ale w „Kształtach” jest genialna do kwadratu, razy siedem, po tysiąckroć! Doskonała jak „niebezpieczny trójkąt kury”, „chrupliwy trójkąt wafelka”, „kropelkowy kształt smutku” czy mój przeukochany „prostokąt frytki ukryty w każdym kartoflu”!!!!
Ale ale… Jest jeszcze druga Kobieta, nie mniej ważna w przypadku polskiego czytelnika. Bo nie należy zapominać, że Ramona Badescu jest Francuzką, że pewnie te wszystkie kwadraty i krągłości brzmią jakoś tak, że nic nie można zrozumieć i nawet nie wiem przecież, jak jest trójkąt po francusku, nie mówiąc już o gumie do skakania, pomponie czy hazardzie… Ale wie Katarzyna Skalska. I pięknie nam to wszystko tłumaczy, zabarwiając tekst podtekstem, uniwersalnym uśmiechem i bawiąc się słowami, żonglując nimi jak okrągłymi piłkami… W pas się kłaniam, o ziemię czapką zamiatam! Bo komu innemu bowiem na myśl przyszłaby „fujfujasta kulistość kupy” (oczywiście ulubiony fragment Majki!)? Albo „kukulista okrągłość przemijającego czasu”? Czy, niby prosty do przetłumaczenia, „bezkształtny kształt chmur, który przekształca się i odkształca” (uwielbiam tę strofkę za to, jak Majka ją recytuje)?
I choć nadal wielbię rysunki, i choć bez Chauda nie byłby tak dosłowny „dwupestkowy kształt miłości”, „przygnębiająca kwadratowość jabłek przyszłości” czy „burzliwe prostokąty wielkiej budowli”, to tutaj zdecydowanie mocniej oczarował mnie tekst.
Oczywiście można szukać podtekstów. Można stwierdzić, że świat jest matematyką i dyskretnie, zupełnie nienachalnie podsunąć tę myśl Dziecku, gdy będzie się wraz z nim czytało najnowszego Pomelo. Wskazać w oknie domu prostokąt, w znaku drogowym trójkąt, w słońcu okrąg… A potem pójdzie już samo! Dostrzeże te wszystkie figury, bryły, ramiona i kąty, ani się obejrzymy, jak zacznie je przeliczać, szukać zależności, jak otworzy się na fakt, że „świat ma więcej niż jeden kształt” i że ten kształt wcale nie musi być regularny, uładzony i sztywny, by być figurą...
Dla tych wszystkich powodów ta część oficjalnie zostaje moją ulubioną i mogę ją czytać w kółko (i w krzyżyk).

I jeszcze dlatego, że inspiracją do poszukiwań wielokształtności światowej była pewna niepozorna z pozoru rzecz… A oto i „nieziemski kształt Rozgwiazdy”… I w tych paru słowach jest wszystko – miłość jest… Ech, Pomelo stał się słoniem w miłości spełnionym! A do tego to właśnie dzięki temu spełnieniu odnalazł prawdziwego siebie i swoją wartość (w końcu „jego kształt jest unikalny, wielokształtny i naprawdę piękny!”).













piątek, 8 stycznia 2016

301. SIĘ SPRAWDZA

STARE RADYJKO
STARE RADYJKO GRA DLA DZIECI”
WSZYSTKIE PIOSENKI NAPISALI, ZAGRALI I ZREALIZOWALI: TOMASZ GARSTKOWIAK, PIOTR SALEWSKI, MAGDA SZKUDLAREK
OPRAWA GRAFICZNA GRAŻYNA RIGALL


Według słów pewnego reżysera filmowego „Czarny pudel na śniegu się sprawdza”*. Zwierzęta sprawdzają się zawsze. Jako temat dziecięcych przebojów są niezawodne (patrz „Mucha w mucholocie”, „Puszek Okruszek”, „ Wlazł kotek na płotek” albo „Aaa kotki dwa”). Każde nowe zwierzę, które jest choć trochę sympatyczne i mocno wpada w ucho, ma szansę być śpiewane przez rzesze (i pokolenia).
A zwierzęta, które grają na gitarze (ryś) i perkusji (niedźwiedź) to już w ogóle się sprawdzają!
Płyta, na której Stare Radyjko gra dla dzieci to muzyczna wycieczka przez pory dnia i pory roku. Budzimy się świtem, przed wiosną jeszcze, ale już tuż tuż. Potem, tak jak w życiu, gorące parne lato, gdy jeż z wiewiórką grają w kometkę, drozd i szpak wylegują się na leżakach, a mała żabka pływa w stawie. Jesienią jest mój ukochany jeż, który tupie mi w głowie od jakiegoś czasu bez przerwy, bo jest taki rytmiczny, muzyczny. Zimą trochę ciszej jest, trochę spokojnie, zamarza wszystko, zastyga.
Świetna muzycznie, nie infantylna, nie prostacka, polska w każdym milimetrze, swojska, nasza, z rodzinnym lasem w tle, który budzi się po zimie, by rozzielenić się a potem zgubić liście i zasnąć na czas mrozu i nocą.
Za pierwszym razem słuchałyśmy trzy razy pod rząd. Z jednym tańczeniem przy wiośnie (koniecznie w sukience). Teraz codziennie przynajmniej raz leci z głośników:
„Wiosna idzie, wiosną pachnie las,
Wiosnę widać, słychać w każdym z nas
W.I.O.S.N.A”
A skoro ta płyta jest tak powtarzalna, to chyba nie trzeba mówić wiele więcej…
Są też fragmenty bez słów. Żeby samemu zinterpretować padający deszcz lub świecące słońce. Żeby usłyszeć w „cis, gis, e-dur, potem fis” drzewo, staw, dźwięk lotki, odbijających się od rakietek do badmintona, szurania śniegu pod łapami, liście szeleszczące pod ogonem, układającym się do snu…
Cudność.
Kolejny raz składam ukłon w pas Staremu Radyjku...

*cytat z filmu „Jak to się robi” z Himilsbachem i Maklakiewiczem.

Jako że nie do końca oczywiste jest, gdzie można dostać płytki Starego Radyjka (dziwi mnie, że ich sukces wciąż jest bardziej na miarę lokalną niż krajową) - to spieszę donieść, że:

wystarczy napisać maila i zamówić (coś tak kojarzę, że w Gdańsku można nawet odebrać osobiście).

W Trójmieście w dwóch moich ulubionych księgarniach: w Firminiew Ambelucji.

A jak ktoś nie kolekcjonuje płyt tak, jak my i nie zależy mu na namacalności krążka to TU.

niedziela, 3 stycznia 2016

300. MOJE PIÓRO WIECZNE

AGNIESZKA AYŞEN KAIM
„BAHAR ZNACZY WIOSNA”
POŁAWIACZE PEREŁ 2015
ILUSTROWAŁA NEŽKA ŠATKOV
SERIA: ½ +½=∞

Gdy wchodzę do sklepu papierniczego przechodzą mnie dreszcze. Dotykam niezapisanych stron zeszytów, z lubością głaszczę czystość kartek w bloku, przymierzam do dłoni rozmaite pióra, pod słońce oglądam kolory atramentów. Gdy nikt nie patrzy papier przykładam do twarzy – to zupełnie niezwykły dotyk. Mam tak od dziecka. Zawsze gromadziłam ogromne ilości niezapisanego papieru, kochałam się w pamiętnikach i brulionach, cieszyły mnie długopisy i ołówki. Przed nowym rokiem szkolnym z uwagą wybierałam zeszyty, w których będę pisała i lubiłam na nie patrzeć, na TAKIE gotowe do wchłonięcia tuszu, pełne obietnic i wyrozumiałości. Papier jest cierpliwy i przyjmie podobno wszystko. Jak dotąd mnie nie zawiódł i z równą chęcią pije mądrości, co moje głupstwa i nieudolne zapiski. Papier jest doskonały – bez niego nie byłoby mojej pasji, mojego fetyszu – książek. Bez niego zaginęłoby tysiące wspaniałych słów. Teraz już się nie opowiada – ten zwyczaj wymiera, bo brak czasu, bo nieumiejętność, bo wstyd. Zostało to, co zapisane i zostanie jeszcze na długo – papier oprócz tego, że jest wielkoduszny, jest także wytrzymały. Dzięki niemu wciąż na świecie są bajki.
Mimo częstego kontaktu moich placów z klawiaturą komputera, wciąż upodobanie znajduję w mojej niedoskonałej kaligrafii, mam ukochane długopisy i pióra, nawet wypisane leżą na dnie szafy – z sentymentu. Prawie nikt już teraz nie wymienia wkładów do długopisów, bo niewiele osób przywiązuje wagę do liter. Dziecięce dłonie z niechęcią ćwiczą szlaczki, uciekając do elektronicznych myszek i klawiszy. A ja wciąż uwielbiam dźwięk stalówki, sunącej po białej powierzchni… Tak jak Bahar, co znaczy Wiosna. „Gdy Wiosna miała siedem miesięcy, po raz pierwszy zauważyła, jak jej mama zapisuje atramentem na papierze kreskę. (…) Kreska wydała się Bahar długą ścieżką. 'Dobrze by było na nią wskoczyć, a potem wyruszyć na wielką wędrówkę'”. [s.8]. Bahar ukochała litery. Jej unurzane w atramencie palce musiały chować się przed ciekawskimi spojrzeniami. Dziewczynkom w Turcji, nie wolno było doskonalić się w kaligrafii – była bowiem dziedziną sztuki, a ta zabroniona była kobietom. Miały one doskonalić się w rzeczach praktycznych – w haftowaniu, gotowaniu, usługiwaniu mężowi i dzieciom. Dlatego Bahar chodziła do pracowni kaligrafii, upychając swoje piękne długie włosy pod filcową czapką i przywdziewała na ten czas chłopięcy strój. A nocami śniła o morzu atramentu, które niesie ją w jakieś niezwykłe kraje. W pracowni zachwycała się wszystkim tym, co może tworzyć litery – pędzlami, trzcinkami, kałamarzami. Tylko tam czuła się naprawdę sobą.
Los jednak sprawił, że ojciec odkrył umazane atramentem palce i postanowił wydać Bahar za mąż, rozdzielić jej serce od liter i wtłoczyć ją w inne ramy, do których nie przystawała – ramy codziennych domowych obowiązków, gdzie nie ma miejsca na literę dżim, przypominającą niesforny loczek, który zawsze wymykał się Bahar spod chłopięcej czapki. W tym samym czasie jej mistrz, stary Abdal, u którego uczyła się magicznej sztuki kaligrafii, wyruszył w podróż, wezwany przez władcę obcego mocarstwa, dalekiego i tajemniczego Lechistanu. Mistrz wiedział jednak, że przed przeznaczeniem niełatwo jest uciec, że trzeba mu pomóc, bo inaczej będzie się nieszczęśliwym przez całe życie. Dlatego wezwał Bahar do siebie, nakazał, by ukryła się pod przebraniem młodego mężczyzny i przybyła do Lechistanu pomóc mu stawiać litery. Bahar nie wahała się ani chwili. Tak trafiła do Polski, gdzie wypełnił się jej los…
Agnieszka Ayşen Kaim, twierdzi, że to nie jest jej historia, że ona tylko ją spisała, gdzieś między jednym a drugim państwem, na lotniskach i pokładach samolotów, gdy latała między Turcją a Polską. Zapisała powietrze między tymi dwoma państwami. Zapisała oczy kobiet, które wyglądają podobnie i tu i tam, choć niosą za sobą inne historie, inną kulturę, inny świat. Zapisała litery – te polskie i te tureckie, które wyglądają zupełnie inaczej, ale jedne i drugie dają się kaligrafować. Autorka do tej pory opowiadała. Po raz pierwszy przelała swoją opowieść na papier i to zupełnie magicznie – jest gorącą propagatorką przekazów ustnych, ale opowiedziała o literach!
Ta opowieść, ta piękna baśń, wzrusza mnie, sięga do mojego wnętrza, do samego środka i wydobywa moje własne tęsknoty, moje wspomnienia z dzieciństwa, moje dłonie poplamione atramentem i wiecznie odciśnięty środkowy palec. Dotykam go teraz i żałuję tej wypukłości, która znikła już dawno temu. Żal mi jej, bo jest jak dowód na przemijanie i na postęp cywilizacyjny, który zabija historię i tradycję. Ale takie baśnie, jak ta przypominają mi, że moja córka bierze w dłoń kolorową kredkę lub mazak i śmiesznymi znaczkami „pisze” - pisze listy do Babci, pisze kartki świąteczne, pisze wiadomości dla mnie, nawet sekretne epistoły do swoich zabawek. A „pisze” dlatego, że mnie widzi z piórem w dłoni… I zafascynowana ogląda, jak nabijam je atramentem, jak wybieram kolory, jak wciąż jeszcze odnajduję w tym radość i sens…

Piękna, czarodziejska to książka...







299. CODZIENNA GNIETNOŚĆ

Sześć piankowych zwierzaków. Świnka, kózka, krówka, owca, kurczak i koń (w niektórych kręgach mylony z guźcem). Uciekły z farmy i to my musimy je sprowadzić z powrotem. Zasada jest prosta – rzucasz kośćmi, sprawdzasz, czy zgadzają się kolory i CHWYTASZ! My na razie gramy w wersję prostszą – gdy przypadkowo zamiast wskazanej na karcie kozy chwyci się owcę (moją ulubioną!) to instrukcja mówi o ujemnych punktach, oddawaniu zwierzątek i samych nieprzyjemnych rzeczach. My zgadzamy się co do jednego – jeśli złapałeś kozę za rogi, to już nikt ci jej nie odbierze! O ile tylko zgadzała się z wyrzuconymi na kostkach kolorami. Na początku jest dość prosto – jedna karta i dwie kości to tylko dwie możliwości – albo zwierzak się zgadza, albo wymyka się nam z rąk. Ale gdy stopniowo kart przybywa, przybywa wariantów, kombinacji i czasem trzeba już działać na dwie ręce. Potrzeba bystrego oka, skupienia i małych rączek, które zdołają się prześlizgnąć między palcami innej osoby. Bo farmerem jest każdy z nas, bo każdy chce uzbierać jak najpokaźniejszy inwentarz. Czasem więc zwierzaki szybują wysoko nad stołem i trzeba je łapać w locie. A czasem gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta… Odpuszczamy też zasadę, że zwierzę upuszczone nie należy do nas – jak chwycisz – jest twoje! Te niewielkie ustępstwa nie mają właściwie żadnego wpływu na grę, a dla wrażliwej trzylatki, której trzeba dać wygrać, są czasem kluczowe. Nie mniej jednak, gdy w Sylwestra do rozgrywki zasiadły trzy osoby – Majka, ja i Tata – iskry leciały, a Majka zafascynowana patrzyła na pojedynek rodzic kontra rodzic. Zapomniała nawet „być smutna, bo przegrała”. Z sylwestrowej rozgrywki wniosek jeden Fun Farm bawi nie tyko dzieci. A może wręcz rodziców bawi bardziej, bo są na równym poziomie i nie muszą się pilnować, żeby nie wygrywać zbyt często? Mogą po prostu kosić zwierzaki jak zboże? Sądzę jednak, że Majka dogoni nas w trymiga, bo jak się ćwiczy jakąś umiejętność, można dojść do perfekcji, a od jakiegoś czasu Fun Farm jest codziennie na stole – przynajmniej raz.
Oddaję więc głos Majce lat 3,3: „Lubię tą grę, bo jest o zwierzętach. I ma takie fajne miękkie zwierzaki, które można ściskać i przytulać. I one są takie GNIETNE – jak się je łapie, to się czuje, że się je ściska. Lubię ją, bo wiem, jakie kolory tam są. Bo ja tak naprawdę najmocniej lubię tę grę!”. She said everythings that matters.










Za polską wersję Fun Farm odpowiada Black Monk – dzięki Ci o mnichu!!!

sobota, 2 stycznia 2016

298. ROCZNA KSIĄŻKA

ANNE CRAUSAZ
„52 TYGODNIE”
(TŁ. ANNA NOWACKA-DEVILLARD)
ILUSTROWAŁA ANNE CRAUSAZ
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2015

Tylko jedna gałąź drzewa. Na początku zwisa z niej na wpół zmarznięte, na wpół zgniłe jabłko. Pamięta jeszcze ciepłe jesienne promienie słońca. Teraz zima rozpanoszyła się tu już na dobre i jabłko zostało na gałęzi chyba przez zasiedzenie. Obok przysiada ptak. To ten, co nie boi się zimna, nie odleciał do ciepłych krajów, został tu w przekonaniu, że zima może być piękna i że nie ma co szukać szczęścia gdzie indziej, najlepiej we własnym domu…
Mijają kolejne tygodnie. Jabłko strąca w końcu szczygieł…
Na jabłonce przysiada nie tylko on. Odwiedza ją całe mnóstwo ptaków – przez cały rok zasiadają na niej kowalik (obowiązkowo głową w dół), pójdźka, skuszona promieniami wieczornego słońca, para żołn, z upolowaną dla młodych osą, czy pięknie nakrapiana orzechówka…
To jedna z najpiękniejszych dla mnie książek 2015 roku! Pokazuje zmiany – nieodwracalne, nieuniknione, ale spektakularne! Czyż nie wspaniałym jest jak z pączka formuje się jabłko, w którym potem możemy zanurzyć zęby? (Anne Crausaz nieprzypadkowo wybrała drzewo owocowe.) Czyż nie jest pięknym, jak nieśmiało, a potem z całą mocą wystrzela z pąków zielone, które potem staje się liściem? Jesienią znajdziemy je pod drzewem, przyniesiemy do domu, wsunięmy między kartki książki…
Ani przez chwilę nie czuje się w tej książce monotonii! Choć przecież bardzo łatwo byłoby w nią popaść – jedno, wciąż to samo drzewo, jedna wciąż ta sama gałąź… Ale zmienia się pora roku, pora dnia, pogoda. Raz zacina deszcz, raz delikatnie spływają z nieba płatki śniegu, raz czuć pod palcami przewracającymi strony gorąco słońca… I ptaki sportretowane są w pomysłowy sposób – zrywające się do lotu jak wróbel, bądź jak słowik w tej mikrosekundzie, gdy lądują na gałęzi, już dwa pazury to ptak siedzący, a cała reszta wciąż leci… Kapturka wypatruje gąsienicy, jaskółka dymówka śpiewa, a sroka spogląda w dół i pod takim kątem trzyma głowę, że nikłe już jesienią przebłyski światła, wydobywają ten piękny, niebieski odcień na jej głowie. A wrona? Nie dała się przyłapać, spłoszona gradem, zostawiła tylko kilka piór… I żart z jerzykiem, który podziwia z góry kwitnące jabłonie…
Nie znam innej książki, która tak pięknie wprowadza w rok, z którą tak pięknie można przez ten rok przejść. Zaglądając raz po raz. Sprawdzając, porównując.
Zaczyna się słowami „Dziś pierwszy stycznia” i ta radosna zbieżność sprawia, że treść staje się nagle namacalna, że gdy wyjrzymy przez okno możemy dostrzec takie samo podgniłe jabłko na gałęzi drzewa, że przed naszymi oczami przeparaduje sikorka modra. To potwierdzenie rzeczywistości bawi, cieszy, zachwyca!

Uwielbiam książki, z którymi można przejść przez jakiś okres, stają się elementem, na który się czeka, zabawą, przedmiotem po trosze magicznym (dlatego taką frajdę sprawiają mi książkowe kalendarze adwentowe). Ta jest doskonała do obserwacji zmieniającego się świata, rocznego cyklu, zmian jakie mu towarzyszą, doskonałą do porównywania świata wyobrażonego z rzeczywistym, sprawdzania, czy ulegają transformacjom w takim samym tempie, z równą intensywnością. To będzie książka, z którą przejdziemy przez 2016. Aż do „Zima w pełni. Minął rok – 52 tygodnie”...