Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 2 stycznia 2016

298. ROCZNA KSIĄŻKA

ANNE CRAUSAZ
„52 TYGODNIE”
(TŁ. ANNA NOWACKA-DEVILLARD)
ILUSTROWAŁA ANNE CRAUSAZ
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2015

Tylko jedna gałąź drzewa. Na początku zwisa z niej na wpół zmarznięte, na wpół zgniłe jabłko. Pamięta jeszcze ciepłe jesienne promienie słońca. Teraz zima rozpanoszyła się tu już na dobre i jabłko zostało na gałęzi chyba przez zasiedzenie. Obok przysiada ptak. To ten, co nie boi się zimna, nie odleciał do ciepłych krajów, został tu w przekonaniu, że zima może być piękna i że nie ma co szukać szczęścia gdzie indziej, najlepiej we własnym domu…
Mijają kolejne tygodnie. Jabłko strąca w końcu szczygieł…
Na jabłonce przysiada nie tylko on. Odwiedza ją całe mnóstwo ptaków – przez cały rok zasiadają na niej kowalik (obowiązkowo głową w dół), pójdźka, skuszona promieniami wieczornego słońca, para żołn, z upolowaną dla młodych osą, czy pięknie nakrapiana orzechówka…
To jedna z najpiękniejszych dla mnie książek 2015 roku! Pokazuje zmiany – nieodwracalne, nieuniknione, ale spektakularne! Czyż nie wspaniałym jest jak z pączka formuje się jabłko, w którym potem możemy zanurzyć zęby? (Anne Crausaz nieprzypadkowo wybrała drzewo owocowe.) Czyż nie jest pięknym, jak nieśmiało, a potem z całą mocą wystrzela z pąków zielone, które potem staje się liściem? Jesienią znajdziemy je pod drzewem, przyniesiemy do domu, wsunięmy między kartki książki…
Ani przez chwilę nie czuje się w tej książce monotonii! Choć przecież bardzo łatwo byłoby w nią popaść – jedno, wciąż to samo drzewo, jedna wciąż ta sama gałąź… Ale zmienia się pora roku, pora dnia, pogoda. Raz zacina deszcz, raz delikatnie spływają z nieba płatki śniegu, raz czuć pod palcami przewracającymi strony gorąco słońca… I ptaki sportretowane są w pomysłowy sposób – zrywające się do lotu jak wróbel, bądź jak słowik w tej mikrosekundzie, gdy lądują na gałęzi, już dwa pazury to ptak siedzący, a cała reszta wciąż leci… Kapturka wypatruje gąsienicy, jaskółka dymówka śpiewa, a sroka spogląda w dół i pod takim kątem trzyma głowę, że nikłe już jesienią przebłyski światła, wydobywają ten piękny, niebieski odcień na jej głowie. A wrona? Nie dała się przyłapać, spłoszona gradem, zostawiła tylko kilka piór… I żart z jerzykiem, który podziwia z góry kwitnące jabłonie…
Nie znam innej książki, która tak pięknie wprowadza w rok, z którą tak pięknie można przez ten rok przejść. Zaglądając raz po raz. Sprawdzając, porównując.
Zaczyna się słowami „Dziś pierwszy stycznia” i ta radosna zbieżność sprawia, że treść staje się nagle namacalna, że gdy wyjrzymy przez okno możemy dostrzec takie samo podgniłe jabłko na gałęzi drzewa, że przed naszymi oczami przeparaduje sikorka modra. To potwierdzenie rzeczywistości bawi, cieszy, zachwyca!

Uwielbiam książki, z którymi można przejść przez jakiś okres, stają się elementem, na który się czeka, zabawą, przedmiotem po trosze magicznym (dlatego taką frajdę sprawiają mi książkowe kalendarze adwentowe). Ta jest doskonała do obserwacji zmieniającego się świata, rocznego cyklu, zmian jakie mu towarzyszą, doskonałą do porównywania świata wyobrażonego z rzeczywistym, sprawdzania, czy ulegają transformacjom w takim samym tempie, z równą intensywnością. To będzie książka, z którą przejdziemy przez 2016. Aż do „Zima w pełni. Minął rok – 52 tygodnie”...












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...