Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 28 grudnia 2012

15.RYTM I RYM


JULIAN TUWIM
„SŁOŃ TRĄBALASKI I INNE WIERSZE”
SIEDMIORÓG, WROCŁAW 2012 (SERIA LIMITOWANA)
ILUSTROWAŁ IGNACY WITZ (W NOWYM OPRACOWANIU GRAFICZNYM KATARZYNY KOŁODZIEJ)

Gdzieś ostatnio czytałam (gdzie? no gdzie?) o zbawiennym wpływie rytmu i rymu na rozwój małych dzieci. O tym, że recytując poezję, zwraca się uwagę dziecka na konstrukcję słów, na melodykę, że pomaga się w ich zapamiętywaniu, a tym samym we wzbogacaniu słownictwa. Bądź budowania słownika maleńkiego dziecka, takiego, jak moja Majka, który lepiej koduje słowa i łatwiej mu później gadać, gadać, gadać – nie tylko wierszem... Jako jeden z polskich autorów był w tym tekście wymieniony Tuwim.
A ta książeczka Tuwimowa to mała perełka, która znalazła się na półeczce Majki przyniesiona przez Mikołaja. Nie ukrywam, że Mikołaj cieszył się chyba tak samo, albo bardziej, niż obdarowane dziecko...
To wydanie kolekcjonerskie, oparte na tym starym, które pewnie niejeden dorosły ma na półce. Tylko, że ja miałam chyba w miękkiej okładce i już nie mam.
To tomik wyjątkowy także z innego powodu.
Najbardziej znane wiersze pana T. to „Lokomotywa”, „Rzepka” no i słynny Pan Hilary, co to wszyscy wiedzą, jaką miał chorobę... A tu, w tym wydaniu, są te, o których nie każdy pamięta. Bo czy pamiętacie, że napisał też „Pstryk” - czyli o tym, jak powstaje prąd, opowiedział o tym skąd się bierze „Stół”, kazał spaść z pieca „Abecadłu” po to, by się potłukło i by łatwiej było zapamiętać, że „i” ma kropeczkę, a „h” kładeczkę. A czy pamiętacie, że kotek, który śni o mleku, to kot Tuwima? A znacie głupiego Gabrysia? A Grzesia kłamczucha? A Dyzia, co marzył???
Poczułam w oku łezkę, gdy czytałam te wiersze mojej córce. Taki błysk, że kolejne pokolenie, że ponadczasowe, że wartości, że coś, co pozostaje na zawsze... Takie prywatne rozważania o tym, że nie wszystko się kończy. I miałam ochotę tańczyć, tak jak miotła, która też nie wytrzymała i wybiegła z kąta. A wieczorem, przed kąpielą, wiersze czytał Tata – te o Murzynku Bambo i te o Słoniu Trąbalskim. Rodzinna książka, pełna rytmu, rymów, uśmiechu, wspomnień...



14.MIKOŁAJ/MIKOŁAJ


Majka była w tym roku bardzo grzeczna. Mikołaj odwiedził ją dwa razy
Raz 6.12.2012 – to był ten chudy, który przemyka się niezauważony ulicami, podrzuca maleńkie podarki i znika, jakby go nie było. Do Majki przybył z drobiazgiem, który rozweselił i ją i mnie.




A w wigilijny wieczór był ten większy, grubszy, który przechodzi przez komin, ma elfy, renifery, żonę, całą wioskę i do którego pisze się listy długości zimowych wieczorów.
Ten worek miał większy, więcej się zmieściło. Majka spała, gdy prezenty* pojawiły się pod choinką – nie zdążyła zobaczyć świętego. A potem oczy jej rosły i rosły i rosły... A mi rósł uśmiech. Że może ubrać skarpetki „My first Christmas Day” i że ma różową sukienkę z koronką i że jest z Nami i że Mikołaj może jej przynosić prezenty.  

* wszystkie ciuszki, które dostała się piorą, więc musiałabym zrobić zdjęcie pralki
   "Zabawy paluszkowe" Mikołaj przyniósł mi, ale paluszki Majki będą towarzyszyć moim, więc załapały się na zdjęcie
   "Na straganie" - pierwszy raz widziałam książeczkę z gąbki - jestem zachwycona!
   lusterko jest hitem - Majka szaleje, gdy widzi jakiekolwiek, a to jeszcze do niej mówi!
   Kotoanioł przyleciał do nas z Koszalina, leciał chyba przy saniach Mikołaja i się zgubił, bo dotarł dzień później
   Lisek jest hitem numer 2 - gdy ciągnie się go za ogon, to gra....
   "Poczytaj mi mamo" i "Zabawy fundamentalne" - piękne, marzeniem były!


sobota, 22 grudnia 2012

13.I ZNÓW BRATNIA DUSZA KORCZAKA


GIANNI RODARI
„BAJKI PRZEZ TELEFON”
(TŁ. EWA NICEWICZ-STASZOWSKA)
BONA, KRAKÓW 2012
ILUSTROWAŁA KATARZYNA BAJEROWICZ

Pan Bianchi jest przedstawicielem handlowym i podróżuje przez sześć dni w tygodniu po całych Włoszech. Ale w domu zawsze czeka na niego córeczka. I nie potrafi zasnąć bez bajki. Bajki mamy skończyły się już dawno, wysypały się już wszystkie zewsząd, nawet z rękawa. A tata ma wyobraźnię głębokości oceanu. Szerokości świata. Wysokości sięgającej nieba. Więc co dzień, o dziewiątej wieczór, dzwoni do swojej córeczki i mówi jej na dobranoc jedną bajkę. A telefonistki przestają wtedy łączyć inne rozmowy, żeby posłuchać. Bajki są krótkie, bo rozmowy telefoniczne są drogie i tata nie ma na nie pieniędzy Jednak w tych krótkościach jest wielkość treści. Jest piękno sensu. To czasem bajki o domu z lodów, czasem o zaczarowanej lasce, która zamienia się w... (nie, nie będę zdradzała!), czasem o chmurze, która strofuje słońce, że rozdaje za dużo promieni. Ale dla mnie najpiękniejsze są te bajki, w których Rodari składa hołd dzieciom, jako istotom wyjątkowym, istotom czystszym sercem, które widzą więcej, czują więcej i są godne szacunku, miłości i wiary w skrzydła wyrastające im u ramion. Jest na przykład bajka o mężczyźnie, który kupił sobie Sztokholm i sądzi, że zrobił doskonały interes, ale Rodari, ustami pana Bianchi stwierdza, że „każde dziecko, które przychodzi na świat, wie, że cały świat jest jego i nie musi zań płacić ani grosza, musi tylko zakasać rękawki, wyciągnąć rączki i go sobie wziąć.” [s.39]
Albo bajka o karuzeli, która niesie do gwiazd, ale tylko wtedy, gdy się w to uwierzy – a wierzą tylko dzieci... Albo o czarodzieju, który wymyślił machinę do robienia komet. Niestety nikt nie chciał jej kupić, bo rodzice obawiali się, co strzeli do głowy dziecku, które dostanie kometę. „Zbierzcie się na odwagę! Wasze dzieci i tak kiedyś sięgną gwiazd, zacznijcie je do tego przyzwyczajać od małego.” [s.104] – woła czarodziej. Szkoda, że dorośli zamykają na to uszy, ja bym z chęcią kupiła Majce taką machinę... Jest też piękna bajka o słowie „płakać”, które w szczęśliwym kraju Jutra jest eksponatem w Muzeum Minionego Czasu, wraz z psem łańcuchowym i więzienną kratą - w dziale rzeczy nikomu niepotrzebnych. I odwiedzające muzeum dzieci nie potrafią zrozumieć, czym są łzy. Albo równie piękna bajka o dziecku, które było jednym dzieckiem, ale też siedmiorgiem innych – bo dziecka zawsze jest jedno, a nazywa się człowiek, choć ma jednocześnie żółtą i brązową skórę, na imię Kurt i Jurij, mieszka w Nowym Jorku i w Szanghaju. A przy czytaniu „Wilczego apetytu” widziałam oczyma wyobraźni tatę, który przyszedł właśnie z pracy, zdjął buty i tylko poluźnił krawat i zaczął bawić się ze swoją córką, która ma rozczochrane włosy i wielki uśmiech. A bawią się w chorą lalkę, u której tata-doktor rozpoznaje „dwa deko ostrego zapalenia truskawkowego” [s.132] i zaleca „dać te dwie tabletki głupotek rozpuszczonych w brudnej wodzie, ale niech pani weźmie zieloną szklankę, bo od czerwonej rozbolałyby je zęby.” [s.133]
Rodari jest ciepły, pluszowy i aksamity w swoich bajkach. Ale też mądry i gdy mówi, kuca przed dzieckiem i opowiada cały świat – bo jest tu też wojna, śmierć, smutek, nie omija złych ludzi, kradzieży, wyzysku. Ale mądrze o tym opowiada, tak, żeby dziecko, siedzące naprzeciwko książki pojęło sens słów. Bo mówi bardzo dziecięcym językiem, umie tak zaczarować słowa, żeby stały się zrozumiałe bez słownika. Na pewno ma tu wielkie znaczenie tłumaczenie Ewy Nicewicz-Staszowskiej, bo czasem chyba niełatwo tłumaczyć Rodariego, w jego łamańcach językowych i słownych zabawach. Ale mam wrażenie, że sam autor pielęgnował w sobie dziecko, nie pozwolił mu odejść i dzięki temu wiedział, że na sygnalizacji świetlnej na przejściu dla pieszych zawsze może pojawić się niebieski kolor i że ktoś, kto zaufa intuicji, może znaleźć skarby na końcu drogi donikąd. Ale przeważnie jest to dziecko. Dorośli są zbyt małej wiary...



12.MAMA-DZIECKO


OFELIA GRZELIŃSKA
„MAMA DOOKOŁA ŚWIATA”
WAB, WARSZAWA 2012

„Pierwsze czterdzieści dni po narodzinach dziecka jest w Indiach najważniejsze. (…) to czas kiedy kobieta rodzi się na nowo jako matka.” [s.127] Do tej pory mijała na ulicy inne matki, nie poświęcając im spojrzenia. Teraz z ciekawością, choć czasem ukradkiem, zagląda do wózka. Porównuje wiek dziecka i to, czy tak samo ciepło ubrały swoje dzieci w zimowy dzień. Sprawdza, czy ta druga się uśmiecha. Zauważa, że ta z czerwonym wózkiem mieszka dwie klatki dalej, a ta z bliźniakami kupuje taki sam chleb. Przekroczyła granicę. Ma nowe imię, teraz częściej, niż swoje kalendarzowe, będzie słyszeć to ogólnoświatowe „mama”. Uśmiecha się, bo to najpiękniejsze słowo, jakim można ją nazwać.
Tytuł „Mama dookoła świata” to taki symbol wszystkiego tego, co dzieje się w tej książce – świat może się kręcić, może być ogromny, może mieć Nową Zelandię, Polskę czy Chiny – w jednym miejscu można używać perfum dla dzieci, a w drugim nie można ich kupić, w jednym przez pierwszy miesiąc po porodzie nie można się kąpać, w jeszcze innym wiesza się w oknie podczas ciąży łańcuchy z czosnku, które mają odstraszyć czarownice, żeby nie wyrwały dziecka z łona kobiety, a w innym trzeba być w ciąży dobrym, żeby nie dawać dziecku złego przykładu. Ale wszędzie matka jest jedna – i chce dla swojego dziecka jak najlepiej, mimo że jedna kładzie nóż pod poduszką noworodka, a druga chowa go przed nim do szuflady.
Ta książka to taki hołd dla matek, dla ich poświęcenia i odwagi bycia rodzicem. W szkole rodzenia, w książkach, w opowieściach bycie rodzicem wygląda prościej – choćby sama kąpiel – w rzeczywistości jest trudniej, trzeba stać się kimś nowym, żeby przywitać drugiego nowego na świecie. Ofelia Grzelińska rozmawia z kobietami, które przeszły taką przemianę z nie-matek w matki. Wybrała kobiety obcego pochodzenia, mieszkające w Polsce, żeby opowiedziały o różnicach w podejściu do porodu, połogu i wychowania dzieci. Zrobiła się z tego piękna mozaika, na którą pada światło – wszystkie z tych matek opowiadają o cudownym doświadczeni, jakim jest macierzyństwo – mimo schodów, jakim jest czasem karmienie piersią, mimo maratonu, jakim jest czasem poród, mimo trudnej klasówki, jaką jest czasem pielęgnacja noworodka. Zawsze na końcu jest uśmiech dziecka, który jak magnes przyciąga uśmiech matki.
To opowieści z dziesięciu różnych krajów, które są tak różne, że czasem nie do uwierzenia, iż każda pochodzi od człowieka.
W każdym przypadku mogłabym podzielić kartkę na dwie części – po jednej wypisać swoją zazdrość, a po drugiej ulgę. Zazdrość, że gdzieś jest tak ciepło, że dzieci cały rok biegają boso, że w Nowej Zelandii na powitanie Dziecka wymyślają specjalnie dla niego kołysankę, że w Japonii dostaje się przy wyjściu ze szpitala drobiazg na pamiątkę – odcisk stóp albo nagranie z krzykiem dziecka, a choroby dziecka można zostawić w ręcznie robionej lalce i puścić po wodzie, że w Armenii można przynieść do porodu własną pościel, żeby czuć się jak w domu, a na Litwie lekarze słuchają przede wszystkim intuicji kobiet. Ale ulgę, bo nie muszę, tak jak w Armenii rozciągać dziecka, mogę, inaczej niż w Japonii, tulić je cały czas i nie jest tak jak na Kubie, gdzie ojciec to tylko ojciec biologiczny, a nie tato.
Ja osobiście wybrałabym rodzenie i wychowanie dzieci tam, gdzie hasały dzieci z Bullerbyn, w Skandynawii, a konkretnie w Norwegii. W Norwegii jest nie tylko najwyższy wymiar urlopu macierzyńskiego – lub tacierzyńskiego (46 lub 56 tygodni!), ale też miłosna zdroworozsądkowość (brak diety dla matki karmiącej, obserwowanie dziecka i jego reakcji na dany produkt), dbanie o zdrowie w mądry sposób (dużo ruchu, dużo świeżego powietrza, mało słodyczy, mało czipsów – „Mama nie daje mi czipsów nie dlatego, że jest dla mnie niemiła, tylko dlatego, że mnie kocha” [s.264] – mówi ośmioletnia córka Norweżki Siren), ale to co najważniejsze to rola rodziny – a pełna to ta z ojcem. „Na każdym etapie życia dziecka ojciec może mu coś dać. Nawet jeśli nie jest w stanie nakarmić dziecka piersią, może z nim być, może wspierać jej matkę. [s.264]
To piękna książka. A jej myślą przewodnią jest dla mnie to, że „matki, jeśli mogą choć odrobinę zaczarować przestrzeń, by przyniosła szczęście i chroniła ich dzieci, zrobią to, nawet jeśli narażą się na żarty i brak zrozumienia.” [s.198]
[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa WAB]

czwartek, 20 grudnia 2012

11.NIE UMIEMY PRZYJMOWAĆ KOMLEMENTÓW


PRZEMYSŁAW WECHTEROWICZ
„KOMPLEMENTY”
ALEGORIA, WARSZAWA 2011
ILUSTROWAŁA KATARZYNA BOGUCKA

Byłam przekonana, że „Komplementy” okażą się hitem. Mają dokładnie takie ilustracje, jak trzeba – wyraźne, namalowanie kontrastowymi kolorami – czarnym, czerwonym, zielonym, białym, takie, które powinny przykuć uwagę mojej córki. Ale okazało się, że nie patrzy na nie, błądzi wzrokiem po ścianach i woli oglądać swój żyrandol, który widziała milion razy, niż genialne obrazki stworzone przez Bogucką. Ja z kolei nie jestem przekonana co do tekstu. To ironiczna historyjka, uszczypliwa i zabawna – wilk i zając spotykają się pewnego pięknego wiosennego dnia przed swoimi domkami. Nie są zadowoleni, bo sprzedawcy obiecywali im głuszę, ciszę i samotność, a tu tymczasem sąsiad – i to jaki – wilk, zając, to się nie może udać... Ale aby wytrącić sobie nawzajem broń z ręki, zaczynają przerzucać się komplementami... I nie ma to końca. I dlatego trochę mnie zmęczyło. Na początku miałam minę zadowoloną i uśmiechałam się pod nosem, później uśmiech mi rósł i doceniałam to tajemnicze mrugniecie oczkiem, wykonane do mnie przez Wechterowicza, ale w końcu mina mi zrzedła i zaczęłam nerwowo liczyć linijki do końca tekstu... Majce chyba się to zniecierpliwienie udzieliło i z pewną dozą ulgi skończyłyśmy czytać „Komplementy”. Ja jeszcze tylko ponownie zerknęłam sobie na obrazki – są ogromną siła tej książki – mogłabym je komplementować do białego rana, do wiosny, do kolejnej wiosny, do kolejnej kolejnej...



wtorek, 18 grudnia 2012

10.WYKONKURSIŁAM...

Klocek i Kredka wraz z licznymi pomocnikami, przyznali Naszej bajce punktów 14, zajęłyśmy VI miejsce i dostaniemy w prezencie jakąś książkę niespodziankę :-)

A teraz, gdy już nikt nie może popełnić plagiatu, dzielę się moją bajką :-)


BAJKA O TWORZYCIELU KSIĄŻEK I MYSZCE DRUKOWNICZCE

Pewnego razu żył sobie Tworzyciel Książek. Tworzył bardzo niedobrą literaturę, pełną skandali, przemocy, plotek i bardzo brzydkich obrazków. Książki nie sprzedawały się zbyt dobrze, więc Tworzyciel Książek był bardzo biedny. Mieszkał w malutkim domku, w którym mieściła się tylko drukarka, na której drukował swoje książki i małe krzesełko, na którym Tworzyciel Książek musiał spać, z braku miejsca na łóżko. Pieniążków ze złej literatury starczało mu tylko na chleb, więc zawsze zjadał go co do okruszka.
Jednego dnia Tworzyciel Książek tak się zasmucił swoim losem, że niepostrzeżenie upuścił na podłogę maleńki okruszek chleba. Ten okruszek zauważyła mała myszka i zwabiona jego zapachem zamieszkała w malutkim domku Tworzyciela Książek. Z braku innego miejsca, uwiła swoje gniazdko w drukarce. Przyjmując nowy adres, przyjęła też nowe nazwisko i została Myszką Drukowniczką. Chcąc nie chcąc zaczęła czytać literaturę, którą Tworzyciel Książek drukował w jej nowym domku, między jej sypialnią, a kuchnią. Mała Myszka Drukowniczka bardzo smuciła się czytając tak złą literaturę. Zgrzytała zębami i płakała rzewnymi łzami nad słowem pisanym, które wylatywało z drukarki Tworzyciela Książek i szło w świat. Wpadła więc na doskonały pomysł – zaczęła podgryzać złą literaturę, a potem zjadać już całe kartki. Tworzyciel Książek dziwił się poobgryzanym kartkom, smucił się, gdy w końcu żadna nie wychodziła z drukarki. Domek zaczął się kurczyć jeszcze bardziej, tak, że nawet zabrakło już miejsca na krzesło i Tworzyciel Książek musiał spać na stojąco. Zafrasowany zapukał w końcu do drukarki i zapytał Myszkę Drukowniczkę, co ma robić, aby nie zjadała literatury, którą tworzy. Myszka uśmiechnęła się tajemniczo i rozmawiali długo w noc.
Następnego ranka Tworzyciel Książek z uśmiechem zaczął drukować nową literaturę, pełną sensu, mądrości, humoru i pięknych ilustracji. Wkrótce malutki domek Tworzyciela Książek zaczął rosnąć. Na miejsce powróciło krzesło, zaraz potem Tworzyciel Książek sprawił sobie łóżko – nie musiał już spać ani na stojąco, ani na krześle. Do chlebka kupował sobie serek, a do serka pomidorka. Wraz z jego domkiem, zaczął powiększać się świat.
Bo każdy przecież wie, że Dobre Książki poszerzają horyzonty.
I nawet małe myszki wiedzą, że warto czytać tylko dobrą literaturę.

niedziela, 16 grudnia 2012

9.ŻADNYCH SZEPTÓW


VACLAV CTVRTEK
„RUMCAJS” (audiobook)
CZYTA WIKTOR ZBOROWSKI
WELTBILD, WARSZAWA 2012

Staram się bardzo, żeby moje Dziecko miało cały czas kontakt ze słowem. Staram się czytać jej jak najwięcej, nawet wtedy, gdy leży na macie, albo buja się w bujaczku i wydaje się, że wcale mnie nie słucha. Gdy ją ubieram, albo przewijam to gadam. Ale gdy łapię się na tym, że sama już straciłam wątek mojej opowieści, albo, że słowa stają się niezrozumiałe i popadam w zbytnie „bleblanie” to w ruch idą wierszyki. Jestem słaba, bo znam na pamięć „Kaczkę dziwaczkę” kilka zwierząt z „Zoo” Brzechwy* i „Inwokację” z „Pana Tadeusza”, która jednak sprawdza się, o ile mówię ją różnymi głosami. Zdecydowanie lepszy jest w te klocki Tata, który zna nawet całego Szaławiłę, nie mówiąc już o Małpie w kąpieli, albo Tralalińskich.
Ale czasem mój język wysycha na wiór i ani rusz nie chce dalej mielić słów.
Więc wtedy ratunkiem staje się audiobook. „Rumcajsa” kupiłam w całym pakiecie, bo nijak nie mogłam mu się oprzeć.
I dobrze – jest przegenialny!
Zborowski, do tej pory nie odkryty przeze mnie na żadnym z audiobooków, jest mistrzem interpretacji. Poza tym jego głos jest niski, nosowy, a takie dźwięki wpadają do Majowego ucha najłatwiej. Zborowski jest cały tym czytaniem, wyobrażam go sobie, jak w studio nagrań staje się nagle Ognipiórem i zapala trzymaną w rękach stertę papierów. Ale wyobrażam sobie też doskonale Rumcajsa, który przez głupi przypadek popada w niełaskę u księcia pana i musi wynieść się ze swojego szewskiego warsztatu i zamieszkać w lesie, gdzie zostaje rozbójnikiem (pamiętaliście, że był kiedyś szewcem, że nie zawsze był zbójnikiem?). Ale takim w stylu bardzo robinhudowskim, bo zawsze walczy po stronie sprawiedliwości. Jest podstępny i żyje w zgodzie z naturą. Ma po swojej stronie cały las, wszystkie zwierzęta, a wkrótce i Haneczkę, ukochaną, mądrą i pracowitą żonkę. I jest dobry – tak dobry, że potrafi w lufie pistoletu przechować sześć jajeczek ptaszka, by potem wykluły się z nich małe.
Na pewno „Rumcajs” Zborowskiego nie jest nasenny – nie polecam, gdy chce się zahibernować swoje Dziecko w popołudniowej drzemce – zbyt dużo w nim ekspresji, mocy, emocji – żadnych szeptów, pełna petarda...

* choć Małpy serwowane naprzemiennie z Dzikiem wraz z odpowiednimi podskokami i zmianą tempa – Dzik jest zawsze szybki i głośniejszy, a Małpy bujające się na swych ogonach – i koniecznie prezentacja musi odbywać się przed lustrem – wywołują uśmiech mojej Córci

sobota, 15 grudnia 2012

8a. "Tu Tu Teshcote (Canción de Cuna Azteca)" - Native American Lullabies

Nasza ulubiona - moja, Majki i Taty - kołysanka z "Under the green corn moon"



Prawda, że piękna???

8.Z GŁĘBI SERCA MUZYKA


VOICES OD NATIVE AMERICA
„UNDER THE GREEN CORN MOON:
NATIVE AMERICAN LULLABIES”

Ta płyta trafiła do nas przez przypadek – w pewnym sklepie muzycznym trafiłam na płytkę "Komoriuta - japońskie kołysanki". Zaintrygowało mnie, jak mogą brzmieć,a le na miejscu nie można było ich posłuchać. Po powrocie do domu zaczęłam więc chodzić po pajęczej sieci internetu i jak to zwykle bywa – od liny, do liny, jak małpka skakałam coraz dalej i głębiej – po kołysankach z różnych stron świata.
Co do japońskich kołysanek – przeczytałam u jakiejś blogomamy, że ona nie mogła ich słuchać, drażniły ją, męczyły, a jej dziecko zasłuchało się w mgnieniu oka. Zaczęłam się zastanawiać kolejny raz nad tym, jak otwarte są nasze Dzieci, jak chłonne, pełne pragnienia, by poznawać, nie odrzucają, nie są uwarunkowane. Jednak kołysanki z „Under the green corn moon” mnie też urzekły od razu.
Zastanawiałam się nad tytułem tej płyty, czy „green corn moon” to jakiś związek frazeologiczny? Z moich poszukiwań językowo-słownikowych wynikło, że rzecz dzieje się pod niedojrzałym, ale pięknym księżycem – tak to sobie przetłumaczyłam na swój własny użytek.
I rzeczywiście – dobrze słucha się ich na granicy dnia i nocy, w takiej ciszy/nie-ciszy, mroku/nie-mroku. Ale nie są dobre na zasypianie, są dobre na wyciszenie, wymyślenie, wyuśmiechanie, wycałowanie... Nie wiedząc o tym, chciałam uśpić moją córkę przy nich – nie dało się – śmiała się i oczy miała szeroko otwarte – nic dziwnego, ja też zachwycona ich pięknem, nie mogłabym spać...
Niby to głosy rdzennej Ameryki, ale ja czuję je głęboko w swoim sercu – nie wiem, o czym są te pieśni, nie wiem, czy są o małym chłopcu, czy o słońcu, czy o polowaniu, czy o kołysce z traw, ale tłumaczę je sobie jak opowieści o szczęśliwym dzieciństwie i o miłości, bo wywołują dobre uczucia, więc nie mogą być o złym...

[Tutaj do posłuchania fragmenty całej płyty – tylko nie słuchajcie ich w pełnym słońcu na jakie stać zimę, nie słuchajcie w wybuchu dnia, poczekajcie na chwilkę, gdy dzień powoli szykuje się do snu, myje zęby, czesze włosy, otula się grubym kocem – wtedy smakują najlepiej, najpełniej...]

czwartek, 13 grudnia 2012

KONKURSOWO MI...

Chciałabym, żeby moja bajka, troszkę ze snu, a troszkę z życia przyniosła mojej córce jakąś piękną książkę...

środa, 12 grudnia 2012

7.O SILE KOBIECYCH PIERSI


MAGDALENA NEHRING-GUGULSKA
„WARTO KARMIĆ PIERSIĄ. I CO DALEJ?”
MEDELA, 2003

O tej książce powiedziała mi osoba mądra i doświadczona, za jaką mam swoją położną. I ta książka też jest mądra i napisana przez doświadczoną osobę, bo Magdalena Nehring-Gugulska jest założycielem Komitetu Upowszechniania Karmienia Piersią, realizatorem projektów mających na celu upowszechnianie karmienia piersią w środowisku służby zdrowia oraz matek, organizatorem pierwszego w Polsce 150 godzinnego kursu dla Międzynarodowych Konsultantów Laktacyjnych oraz pierwszego w Polsce egzaminu w języku polskim dla Międzynarodowych Konsultantów Laktacyjnych (IBCLC). I tak dalej, i tym podobne... Nie ma chyba w naszym kraju drugiej osoby, która z takim zaangażowaniem i na taką skalę mówi o tym, jak ważne jest karmienie piersią, jaki to ogromny dar dla Dziecka. Nie będę pisać o zaletach karmienia piersią – dla mnie zamykają się w jednym zdaniu Janusza Korczaka : Bo karmienie jest dalszym ciągiem ciąży, jeno dziecko z wewnątrz przeniosło się na zewnątrz, odcięte od łożyska pochwyciło pierś, nie czerwoną, a białą krew pije.”
Ja mogę napisać o zaletach tej książki.
Przejrzysta, łatwoprzytswajalna, bez zbędnego przegadania. Mówi o wszystkim, o czym ja potrzebowałam wiedzieć – o stolcach, technikach karmienia, o tym, czy moje dziecko się najada, o diecie (nie używać słowa dieta w przypadku matki karmiącej!), o zastoju, o odciąganiu i przechowywaniu mleka i o tym, że absolutnie każda kobieta może karmić i że bardzo rzadkie są przypadki, w których naprawdę nie ma pokarmu i nie można laktacji rozbudzić. Nie ma za małych, za dużych, za płaskich, za obwisłych piersi i nie ma zbyt chudego mleka – te mity rozwiewa autorka. „Laktacja jest w głowie!” - mówiła moja położna i to prawda. Wystarczy chcieć, jak śpiewał ktoś, kiedyś, gdzieś... Mówię z doświadczenia, bo kilka ciężkich chwil było – i nadal jest obawa – czy Majka na pewno dobrze je. Ale jednocześnie mam na półce tę książkę z kilkoma zakładkami magnetycznymi w środku – tam, gdzie są niezbędne – na szybko, dla przypomnienia. I gdy zadzwoniła moja Przyjaciółka (która urodziła dokładnie osiem tygodni później, niż ja swojego Małego Człowieka), pod ręką miałam gotową odpowiedź co robić w czasie nawału.
A przy okazji dowiedziałam się na przykład, że nosek niemowlaka jest spłaszczony po to, by nie udusił się, nawet, gdy bardzo mocno przytula się do piersi, ssąc. Albo tego, że karmiąc podczas choroby (tak, tak, można, co więcej znakomita większość leków „na gorączkę” nie wyklucza możliwości karmienia), gdy matka pochyla się nad swoim dzieckiem, także z jej oddechu (nie tylko z mleka) dziecko przyswaja przeciwciała.
I jeszcze jedno zdanko Korczaka: „Rzecz dziwna: w mniej ważnych przypadkach [np. drobnych dolegliwości dziecka] skłonni jesteśmy zasięgać rad wielu lekarzy, w tak ważnym: czy matka może karmić, poprzestajemy na jednej, niekiedy nieszczerej, podszepniętej przez kogoś z otoczenia radzie.” - w tym wypadku możemy z czystym sumieniem posłuchać podszeptów Nehring-Gugulskiej. Gdy teściowa będzie mówiła „masz za płaskie sutki”, gdy mama będzie jej wtórowała „za chude twoje mleko” - najlepiej zamknąć się z tą książką w łazience i przeczytać, że to nieprawda.

A na koniec jeden ważny adres.

PS. W tym miejscu chciałam też podziękować cudownym ludziom z misją i pasją z księgarni Ambelucja. O książce dowiedziałam się, gdy mój brzuch był już duży i ciężki, a ja przez to byłam zbyt leniwa, żeby wsiąść w tramwaj, potem w SKM, a na koniec w autobus, żeby pojechać do Gdyni po książkę. A pracownicy Ambelucji zrobili wszystko, żeby książka trafiła w moje ręce i żebym mogła spakować ją do torby, która pojechała ze mną na porodówkę. 

6.CZYSTE JAK WODA


SAM MCBRATNEY
„NAWET NIE WIESZ JAK BARDZO CIĘ KOCHAM KIEDY JEST...
                                 ...ZIMA”
                                 ...WIOSNA”
                                 ...LATO”
                                 ...JESIEŃ”
(TŁ.JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI)
EGMONT, WARSZAWA 2008 (WYDANIE DRUGIE)
ILUSTRACJE ANITA JERAM

Część o zimie była pierwszym prezentem książkowym, jaki Majka dostała – nie licząc oczywiście książeczek, które ja sama namiętnie wyszukiwałam w internecie, w antykwariatach i na kiermaszach. Dostała ją od moich dwóch Przyjaciółek, które spotkały się w dalekiej Warszawie, gdy mój brzuch był jeszcze wypełniony Majką. Poszły na warszawski kiermasz książki, a ja zazdrosna o tę wycieczkę, nakazałam im kupić coś dla mojej córki. I znalazły mały cud, coś niedużego, a tak wielkiego, że wyciska z oczu łzy.
Wszyscy mówią, że świat zaczyna się wiosną, ale to nieprawda – zaczyna się zimą, gdy pod skorupą lodu wszystko już buzuje, tańczy, pęcznieje, by wiosną wystrzelić. Wiosną jest nad ziemią, wiosną widzimy i tylko dlatego wydaje nam się, że wcześniej była pustka.
Zimą też zaczęła się przygoda Majki z Małym Brązowym Zajączkiem i Dużym Brązowym Zającem.
To książeczki o spędzaniu razem czasu, zabawie, przytulaniu, obserwowaniu świata, wyjaśnianiu zmian – o tym wszystkim, co jest najcenniejsze w kontaktach mama-Dziecko. O tej niesamowitej, ale prostej, bo instynktownej, miłością do kogoś najważniejszego. O poczuciu tej miłości, jaką można ofiarować Małemu Człowiekowi, gdy chwyci się go za rękę, gdy pobawi się z nim w „co mam na myśli?”, gdy powie się, że z kijanki będzie żaba.
Zadziwia mnie wciąż nieustannie, jak wiele treści mieści się w tych małych, dziesięciostronicowych książeczkach.
A przy tym są piękne i słodkie. Ale nie różową, plastikową słodyczą, identyczną z naturalnym. To mądra słodycz wody pitnej – podstawowa słodycz świata...

[Szkoda, że pierwotna część - „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” jest białym krukiem i osiąga na aukcjach internetowych ceny bliskie dwustu złotym polskim... Szanowny Egmoncie – czy widzisz tę lukę, którą uprasza się wypełnić???]





poniedziałek, 10 grudnia 2012

5.ZAPANAMIONE


JANOSCH
„PANAMA. WSZYTSKIE OPOWIEŚCI O MISIU I TYGRYSKU”
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2011

Do Panamy poszłyśmy z radością. Szło nam się lekko i szybko, właściwie połknęłyśmy tę książkę - Majka była tak zainteresowana Misiem i Tygryskiem, że dwa czytanka i zamknęłyśmy tylną okładkę.
Książeczka jest cudowna – jak Panama, która pachnie bananami...
Bo wszystko zaczyna się od końca - od tego, że żyli długo i szczęśliwie nad rzeczką – dwójka przyjaciół: Miś i Tygrysek. Dni mieli poukładane – Miś łowił ryby i gotował, a Tygrysek zbierał grzyby i zamiatał. Żyło im się jak za siedmioma górami i za siedmioma lasami, tyle, że w takim domku, jaki mógłby stać wszędzie. I pewnego dnia Miś znajduje skrzynkę z napisem Panama, która tak słodko i odlegle pachnie bananami. Miś i Tygrysek postanawiają więc wyruszyć w poszukiwaniu Panamy, bo nigdzie nie jest tak cudownie, jak tam...
Jest jeszcze historia o tym, jak zachorował Tygrysek, o tym, jak przyjaciele wymyślili pocztę i telefon, bo smutno im było, gdy jeden szedł na ryby, a drugi na grzyby i nie mogli być ze sobą. Jest historyjka o poszukiwaniu skarbu i o Śwince, przez którą Tygrysek razu pewnego nie wrócił do domu. A kończy się tomik wielkim balem z okazji urodzin Tygryska, które on sam ogłosił.
Te historyjki są jak malutkie bursztynki, poukrywane w piasku – skrzą się w słońcu, niełatwo jest znaleźć, ale gdy już są w Twoich rękach, to świat wydaje się piękniejszy. Są pełne humoru – takiego dla Dzieci i takiego dla dorosłych. Są też poutykane w tych historyjkach morały. Ale tak, jak zanurzone w bursztynie owady – dodają im wdzięku i wartości, a nie odbierają piękna. Jest w nich wielka przyjaźń, szacunek dla tego, co się posiada i myślę przewodnia, że nie zawsze lepiej jest daleko – czasami lepiej jest właśnie tu, gdzie jesteśmy.
Nie wiem tylko, dlaczego w podtytule widnieje „wszystkie opowieści”, skoro jest jeszcze osiem innych. Trochę szkoda, bo lubię zbiory, w których jest wszystko (taka zachłanna ma dusza), ale trochę też radośnie, bo to znaczy, że pozostało jeszcze sporo przygód Misia i Tygryska, które będziemy mogły poznać. Ja chętnie – myślę, że Majka też...



wtorek, 4 grudnia 2012

4.MISTRZOSTWO


JAN JAKUB KOLSKI
„JADZIA I MAŁOLUDKI”
TWÓJ STYL, WARSZAWA 1998
ILUSTROWAŁA MIRA ŻELECHOWER-ALEKSIUN

Ta książka to mój Graal. Poszukiwana w najdziwniejszych miejscach, wytrwale i z wielkim zapałem – już dawno wyczerpał się nakład. W końcu jakieś dwa tygodnie temu dorwałam ją na powszechnie znanym portalu aukcyjnym i gdy przyszła nie mogłam uwierzyć swemu szczęściu (zanim bowiem znalazła się w mojej skrzynce byłam pewna, że porwie ją wiatr, zje ją jakiś pies, albo zaginie na dnie przepastnej torby listonosza). Musiałam się mocno powstrzymywać, ale nie zajrzałam do niej sama – poznawałam ją wspólnie z moją Córką.
Kolski to mój Mistrz. Uwielbiam jego poczucie estetyki, kocham jego magiczny świat, w którym magia pochodzi ze zwykłej kulki z chleba, smaku zalewajki i żółci kaczki. Kocham pełne ciepła postacie, jakie tworzy. Kocham polską wieś, widzianą jego oczami – na takiej mogłabym mieszkać.
„Jadzia i małoludki” doskonale wpisuje się w ten rwący nurt, który przyjemnie obmywa stopy. Dziewczynka wyjeżdża na wieś do babci i tam odkrywa niezwykłość dnia codziennego – to, że kot jest po to, by się nie bać i że krowa ma szorstki język, a żyto się kłania pszenicy. A małoludków niby nie ma, bo nikt ich nie widział, ale są, bo Jadzia w nie wierzy – a to dlatego, że skoro wszystko na świecie jest tak niezwykłe, to dlaczego nie miałoby też być niezwykłych małoludków?
Być może nie mam czystego oka, gdy patrzę w tę książkę – zabarwione jest moją sekretną miłością do jej twórcy.
Ale moje Dziecko jest czyste w jej odbiorze – piękne obrazy Miry Żelechower-Aleksiun dosłownie ją zahipnotyzowały. Nie wiem, czy widzi sarnę, czy tylko plamy kolorów, nie wiem, czy uśmiecha się do łabędzia, czy do palety barw. Wiem jedno – gdy dopadł ją płacz, pokazałam jej Jadzię z małoludkami i płakanie uciekło gdzie pieprz rośnie.




sobota, 1 grudnia 2012

3.ZIELONO MI


RENI JUSIS, MAGDA TARGOSZ
„PORADNIK DLA ZIELONYCH RODZICÓW”
MAMANIA, WARSZAWA 2011

Byłam przekonana, że to kolejna książka z serii – celebryci dorwali się do pióra. Ale coś mnie poruszyło – osadzenie „Poradnika...” w kontekście chustowania. Jestem zwolenniczką chust i chustuję moje Dziecko od chwili, gdy przekroczyłyśmy próg mieszkania, wracając ze szpitala. Siedzi w chuście codziennie i jest to najlepszy sposób, żeby ją uspokoić – nawet po bolesnej szczepionce, gdy łzy lecą nieprzerwanie – wystarczy chusta, bicie serca, ciepło i jest dobrze. Pomyślałam – skoro pada w tej książce słowo „chustowanie” - nie może być tak do końca bezwartościowa.
Więc będąc w ciąży jeszcze poszłam do wiadomego sklepu na „E”, gdzie można usiąść na podłodze i poczytać. Usiadłam, co prawda przy stoliku, i utonęłam. Ta książka mnie zjadła, kawałek po kawałku.
Od samego tytułu już dostałam uśmiechu na ustach – od jego przewrotności i mrugnięcia okiem - bo mając w środku moją Majkę byłam zielonym rodzicem (nadal jestem, choć już gdzieniegdzie różowieję) – każdy jest zielony. Nie wie nic, tylko mu się może wydawać, że wie, nim w ramiona nie włożą mu małego krzyczącego Człowieka, który od tej chwili jest kimś słabszym od Ciebie, zdanym na Ciebie we wszystkim, którego musisz poznać, rozgryźć i nauczyć się. Więc byłam zielona i trochę zielona w kwestii eko też jestem. Nie do końca – z różnych powodów - z lenistwa, z wygodnictwa, z nie-przekonania, albo z niewiedzy. Ale dużo założeń tej książki jest mi bliskie, dużo jest ważnych – to nie tylko ekologia, ale też rodzicielstwo bliskości, poszanowanie Małych Ludzi i radość z bycia Rodzicem.
Książka zaczyna się od porodu. O tym, jakie prawa mają kobiety, jak sprawić, aby poród był godny, od planu porodu, który rodzące powinny wciskać położnym w szpitalach mimo drwiących uśmieszków. A potem jest już ten wyczekiwany ktoś – trzeba go karmić – polecana pierś, trzeba przewijać – powrót do pieluszek tetrowych i trzeba kąpać – niezastąpiona jest soda oczyszczona (sprawdzone!). Pomiędzy tym wszystkim jest zabawa z zabawkami, które zrobi się samemu, jest zdrowe jedzenie – owsianka na śniadanie!!!, kosmetyki, które możemy zrobić z produktów spożywczych, bobomigi i jeszcze masaż, który daje Dziecku poczucie bezpieczeństwa. Słyszałam gdzieś zarzut, że rodzicielstwo bliskości to moda, ale śmieszą mnie takie komentarze, przeraża, że ktoś może uznać chęć dania Dziecku wszystkiego, co uważamy za najlepsze, za kiepski teatrzyk, na który sprzedaje się bilety.
Ja odnalazłam w tej książce dużo z mojego ideału Rodzica. Oczywiście znalazłam też kilka rzeczy, które mnie przerastają i kilka, których stosować na pewno nie będę, bo są sprzeczne z moim światopoglądem. Ale mam wielkie worki szacunku dla ludzi, którzy współtworzyli tę książkę, którzy w taki sposób wychowują Dzieci, bo to niewątpliwy znak, iż są dla one nich ważne, że są w środku, w centrum, w sercu...
Piękne są rozdziały o bliskości, o mądrym kochaniu. Dużo zdań mnie poruszyło, dało do myślenia, zaczarowało.
„To absurdalne, że uczymy dzieci chodzić i mówić, a potem mówimy 'siedź cicho'.” [s.143]
„Trzeba pamiętać, że rodzice są dla małego dziecka wszechmocni, są przecież gwarancją jego życia.” [s.144]
„(...)dostajesz to, co wzmacniasz.” [s.145]
Czyta się to genialnie – jest w formie wywiadów z różnymi mądrzejszymi ode mnie ludźmi, takich rozmówek właściwie, jak Rodzic z Rodzicem, jak człowiek, któremu leży na sercu dobro Dziecka z człowiekiem, który pomoże nam zrozumieć, jakie to Dziecko ma potrzeby. Usiadłam obok Magdy Targosz i Reni Jusis i ich rozmówców i przysłuchiwałam się, robiąc notatki.
Reni i Magda napisały we wstępie, że „chciałybyśmy za kilka lat znaleźć tę książkę w czyimś domu wyświechtaną i zaplamioną, bo przekazywaną z rąk do rąk” [s.8] . Mój egzemplarz ma już notatki na marginesach i podkreślenia, oraz zakładki w miejscach, do których muszę mieć szybki wgląd – tam, gdzie jest przepis na olejek do masażu i na pastę z sody oczyszczonej. I mogłabym ją pożyczyć Przyjaciółce – ale na krótko, bo ciężko byłoby mi rozstać się z moją zielenią.  

piątek, 30 listopada 2012

2.BAJKI Z PRZESŁANIEM KORCZAKOWSKIM – O ZWYKŁEJ TOREBCE HERBATY SŁOW KILKA


EUGEN KLUEV
„BAJKI NA DŁUŻSZĄ METĘ”
(TŁ. LUDMIŁA MILOWANOWA)
ILUSTRACJE AGNIESZKA ŻELEWSKA
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2006

Te bajki udało mi się zdobyć za jakąś śmieszną cenę. A one ceny nie mają, bo są na dłuższą metę... bo są na zawsze. Nie o każdej książce można powiedzieć coś takiego. Są takie, które się przeterminowują. Są też takie, które są do zapomnienia. Albo takie, które wystarczy przeczytać raz i już więcej się do nich nie wraca – można zostawić je w tramwaju bez żalu... Ale gdybym straciła „Bajki na dłuższą metę”, płakałabym bez mety.
Te historyjki są krótkie. Idealne na zabawienie swoim głosem mojej dwumiesięcznej córeczki. Idealne, żeby słuchała ich między karmieniem, spaniem i kąpaniem. I idealne, żeby z nimi dorastać. Ja jestem zauroczona, a mam dużo więcej lat. I pewnie moja córka, która usłyszy te bajki za dwa lata zobaczy w nich co innego, niż córka, która usłyszy je za lat dziesięć. Bo one takie są – mają w sobie lustro – widzisz w nich siebie i cały swój świat. I są oryginalne, niesamowite – nie ma tu księżniczek – jest śliczna Koneweczka z Długą Szyjką, w której zakochał się Sekator Ogrodowy. Nie ma rycerzy – jest Straszny sen, który postanowił się nikomu nie przyśnić, bo jest aż tak straszny. Jest co prawda smok, ale taki wyhaftowany na szlafroku. Prawie każda z tych bajek, jest moją ulubioną – tylko że niektóre są jeszcze najulubieńsze. Jak ta o Marzeniu, które tak długo się nie spełniało, że już się zmęczyło i postanowiło się spełnić. Albo o Niebieskim Bumerangu, w który wierzą tylko dzieci. I cudowna bajka o Cieniu Rzuconym na Chodnik, który w finale jest noszony przez swojego właściciela na dywaniku. Są tu latające domy i pan z drzewem na smyczy. Te bajki doskonale wpisują się w rok korczakowski (który niestety już się kończy) - Korczak mówił „Nie ma dzieci, są ludzie” - i te bajki są właśnie takie – ludzkie. Mówią o godności, poczuciu własnej wartości, o tym, że każdy jest inny, ale nie znaczy, że ktokolwiek jest gorszy. I mówią do człowieka, a nie do dziecka – nie zdrabniają w irytujący, infantylny sposób, nie kłamią, nie zaróżawiają rzeczywistości (bo jest też bajka o Strzelbie i Sercu, w której chłopiec zabija swoje zabawki). Nie mogę ich nazwać edukacyjnymi, bo to słowo wywołuje we mnie dreszcz obrzydzenia. Ale uczą się uśmiechać i podchodzić z szacunkiem do każdej rzeczy na świecie, nawet do zwykłej torebki herbaty. Piszę zwykłej, a tak naprawdę według Klueva nie ma chyba na świecie zwykłości. Są same cuda. A czym innym, jak nie cudem, jest dzieciństwo? Czym innym jak nie cudem moja córka, której czytałam te bajki po raz pierwszy i, mam nadzieję, nie ostatni?

czwartek, 29 listopada 2012

1.NA DZIEŃ PIERWSZY - DZIEŃ DOBRY


Jest cud. Mały i zaskakująco owłosiony. Ale jest największym cudem świata. Od chwili, gdy zakiełkowała myśl o Niej ma na imię Majka. Jak wyszła na świat tak zostało – nie chcieliśmy nic zmieniać.
Dziś kończy dwa miesiące. Postanowiłam dać jej prezent i założyć bloga o książkach dla Dzieci (i o Dzieciach). Czyta ze mną od miesiąca. Pierwszy miesiąc był bałaganem, ustawianiem na półkach myśli, godzin dnia, karmień i rozmiarów pieluszek. Teraz, obydwie nauczone choć troszkę siebie nawzajem, lubimy usiąść razem i czytać. To nieprawda, że miesięczny Smyk nie rozumie, widzę w jej oczach iskry, choć może sama je zapalam. Jedno wiem na pewno – gdy czytam, zastyga i trwa tak, dopóki nie skończę opowieści.
Maju – dla Ciebie, na pamiątkę Naszych wspólnych lektur...