Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 22 grudnia 2012

13.I ZNÓW BRATNIA DUSZA KORCZAKA


GIANNI RODARI
„BAJKI PRZEZ TELEFON”
(TŁ. EWA NICEWICZ-STASZOWSKA)
BONA, KRAKÓW 2012
ILUSTROWAŁA KATARZYNA BAJEROWICZ

Pan Bianchi jest przedstawicielem handlowym i podróżuje przez sześć dni w tygodniu po całych Włoszech. Ale w domu zawsze czeka na niego córeczka. I nie potrafi zasnąć bez bajki. Bajki mamy skończyły się już dawno, wysypały się już wszystkie zewsząd, nawet z rękawa. A tata ma wyobraźnię głębokości oceanu. Szerokości świata. Wysokości sięgającej nieba. Więc co dzień, o dziewiątej wieczór, dzwoni do swojej córeczki i mówi jej na dobranoc jedną bajkę. A telefonistki przestają wtedy łączyć inne rozmowy, żeby posłuchać. Bajki są krótkie, bo rozmowy telefoniczne są drogie i tata nie ma na nie pieniędzy Jednak w tych krótkościach jest wielkość treści. Jest piękno sensu. To czasem bajki o domu z lodów, czasem o zaczarowanej lasce, która zamienia się w... (nie, nie będę zdradzała!), czasem o chmurze, która strofuje słońce, że rozdaje za dużo promieni. Ale dla mnie najpiękniejsze są te bajki, w których Rodari składa hołd dzieciom, jako istotom wyjątkowym, istotom czystszym sercem, które widzą więcej, czują więcej i są godne szacunku, miłości i wiary w skrzydła wyrastające im u ramion. Jest na przykład bajka o mężczyźnie, który kupił sobie Sztokholm i sądzi, że zrobił doskonały interes, ale Rodari, ustami pana Bianchi stwierdza, że „każde dziecko, które przychodzi na świat, wie, że cały świat jest jego i nie musi zań płacić ani grosza, musi tylko zakasać rękawki, wyciągnąć rączki i go sobie wziąć.” [s.39]
Albo bajka o karuzeli, która niesie do gwiazd, ale tylko wtedy, gdy się w to uwierzy – a wierzą tylko dzieci... Albo o czarodzieju, który wymyślił machinę do robienia komet. Niestety nikt nie chciał jej kupić, bo rodzice obawiali się, co strzeli do głowy dziecku, które dostanie kometę. „Zbierzcie się na odwagę! Wasze dzieci i tak kiedyś sięgną gwiazd, zacznijcie je do tego przyzwyczajać od małego.” [s.104] – woła czarodziej. Szkoda, że dorośli zamykają na to uszy, ja bym z chęcią kupiła Majce taką machinę... Jest też piękna bajka o słowie „płakać”, które w szczęśliwym kraju Jutra jest eksponatem w Muzeum Minionego Czasu, wraz z psem łańcuchowym i więzienną kratą - w dziale rzeczy nikomu niepotrzebnych. I odwiedzające muzeum dzieci nie potrafią zrozumieć, czym są łzy. Albo równie piękna bajka o dziecku, które było jednym dzieckiem, ale też siedmiorgiem innych – bo dziecka zawsze jest jedno, a nazywa się człowiek, choć ma jednocześnie żółtą i brązową skórę, na imię Kurt i Jurij, mieszka w Nowym Jorku i w Szanghaju. A przy czytaniu „Wilczego apetytu” widziałam oczyma wyobraźni tatę, który przyszedł właśnie z pracy, zdjął buty i tylko poluźnił krawat i zaczął bawić się ze swoją córką, która ma rozczochrane włosy i wielki uśmiech. A bawią się w chorą lalkę, u której tata-doktor rozpoznaje „dwa deko ostrego zapalenia truskawkowego” [s.132] i zaleca „dać te dwie tabletki głupotek rozpuszczonych w brudnej wodzie, ale niech pani weźmie zieloną szklankę, bo od czerwonej rozbolałyby je zęby.” [s.133]
Rodari jest ciepły, pluszowy i aksamity w swoich bajkach. Ale też mądry i gdy mówi, kuca przed dzieckiem i opowiada cały świat – bo jest tu też wojna, śmierć, smutek, nie omija złych ludzi, kradzieży, wyzysku. Ale mądrze o tym opowiada, tak, żeby dziecko, siedzące naprzeciwko książki pojęło sens słów. Bo mówi bardzo dziecięcym językiem, umie tak zaczarować słowa, żeby stały się zrozumiałe bez słownika. Na pewno ma tu wielkie znaczenie tłumaczenie Ewy Nicewicz-Staszowskiej, bo czasem chyba niełatwo tłumaczyć Rodariego, w jego łamańcach językowych i słownych zabawach. Ale mam wrażenie, że sam autor pielęgnował w sobie dziecko, nie pozwolił mu odejść i dzięki temu wiedział, że na sygnalizacji świetlnej na przejściu dla pieszych zawsze może pojawić się niebieski kolor i że ktoś, kto zaufa intuicji, może znaleźć skarby na końcu drogi donikąd. Ale przeważnie jest to dziecko. Dorośli są zbyt małej wiary...



1 komentarz:

  1. Pamietam jak dzis, ze "Bajki...", ktore byly na dlugiej liscie zakupow kolejnych ksiazek przy okazji bytnosci w Polsce, po prostu przesunelam na potem. I nie wiem, co kupilam w zamian, nie pamietam. ALe powroci do lask, kupilas mnie, nie powiem, ze za bezcen, bo te Twoje slowa o literkach zamykanych w kolejne obwoluty sa dla mnie bezcenne :-) Serdecznosci moc, Kochane Moje

    Anna

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...