Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 26 kwietnia 2018

507. ZASYPIANIE JEST NUDNE!


MARIA ŁASTOWIECKA, MAŁGORZATA STRĘKOWSKA-ZAREMBA, ZOFIA STANECKA, BEATA OSTROWICKA, PAWEŁ BERĘSIEWICZ, AGNIESZKA TYSZKA, GRAŻYNA BĄKIEWICZ, JUSTYNA BEDNAREK, ZOFIA BESZCZYŃSKA, ROKSANA JĘDRZEJEWSKA-WRÓBEL, BARBARA KOSMOWSKA, JOANNA FABICKA
„DOBRANOCKI NA POGODĘ I NIEPOGODĘ”
NASZA KSIĘGARNIA,W ARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA MAGDALENA KOZIEŁ-NOWAK

Ach te dobranocki…! Ach to zasypianie! Ta walka, ta obrona – rękami i nogami, to stawanie okoniem w gardle snowi! Te wszystkie „Mamo, pić!” i „Tato, przykryj mnie!”. To tęskne rodziców spoglądanie w stronę poduszki we własnym łóżku. Te rytuały okołosenne, które mają zapewnić, że pociecha zamknie oczy równo o 8 pm, a otworzy o 8 am.
„Wiesz, ciociu – powiedziałam, gdy szykowałam się do spania – cały dzień mi się tu podoba. Wszystko jest ciekawe i pachnące. Ale jedna rzecz mi się nie podoba. (…) Nie podoba mi się spanie. Spanie jest nudne. Łóżko jest nudne i ten pokój też jest nudny – wyjaśniłam. [s.128]
No tak…
Ot, i zagadka rozwiązana! Dzieciom szkoda czasu na sen. Wolałyby wciąż hasać, biegać, eksplorować, dowiadywać się, poznawać, bawić, spacerować, łapać chwile, realizować maksymę „carpe diem” (zapominając ochoczo o „memento mori”) i nie oddalać się zanadto od teraźniejszości. A tu klops, bo tu sen… Trzeba naładować akumulatory… Jak to? Przecież wcale nie są rozładowane?! „Nie jestem zmęczona! - słyszę często od mojej Córki, która ma szparki zamiast oczu i ze zmęczenia nie może utrzymać kredki w dłoni.
A co, jeśli umówić się na „Dobranocki na pogodę i niepogodę”? Jeśli dogadać się, że ktoś inny poprzeżywa jeszcze przygody, a my w tym czasie usiądziemy na ławce rezerwowych, złapiemy oddech i po prostu sobie pooglądamy? Czyli na taką teraźniejszość pół na pół?
12 czołowych polskich autorów zebrało się, być może porobiło tajne eksperymenty i badania (testowane na dzieciach i zwierzętach!) i ułożyło 12 historii, które mogą być czytane do poduszki.
Wszelkie tego typu zbiory mają jedną wado-zaletę. Każde z tych opowiadań jest zupełnie inne. To źle, bo zwykle nie mają punktu wspólnego i nie płynie się przez nie, a podbiega i przystaje, podbiega i przystaje. Ale z drugiej strony jest to plus. Bo można naraz odwiedzić tyle światów, tyle miejsc, tyle różnych przygód przeżyć! Nie wspominając już o tym (choć wspomnę), że w kontekście rytuałów tuż-przed-zamknięciem-oczu-i-udaniem-się-do-krainy-snów istotnym może być zdanie „OK, umawiamy się na jedną dobranockę!”.
A jeśli są to opowiadania na takim poziomie, jak te w zbiorze „Dobranocki na pogodę i niepogodę”, to już w ogóle nie będę się czepiać i powiem tylko „Tak! Biorę je wszystkie!”. Cudowne jest to, że przy takiej plejadzie gwiazd, oczytanemu dziecku można rzucić tylko nazwiskiem „Łastowiecka, Bednarek, Beręsiewicz, Jędrzejewska-Wróbel”, ewentualnie dodać tytuł jakiejś innej książki tego autora, przywołać bohatera i tym przekupić Dziecko, żeby w końcu umyło zęby i przyszło do łóżka na wieczorne czytanie. „Hej, dzisiaj czytamy dobranockę Staneckiej, może jednak założysz już piżamę, co?”. No u nas działa…
O czym są te historie? No o wszyyyyystkim! Bo na przykład o kocie, który aby zasnąć, musi być pewien, że ma wszystkie części ciała, które są kotu potrzebne do szczęścia – ogon, wąsy, łapki, głowa… Albo o tym, dlaczego w zestawie jest zawsze wiaderko, łopatka i grabki, chociaż grabek nikt nie używa („Gdyby łopatek było więcej, moglibyśmy pracować w zespołach i kto wie, jak wielkie doły udałoby nam się wykopać.” [s.77]). No i jak temu zapobiec… Albo o kozie z jedną nóżką krótszą niż cała reszta – ta koza połakomiła się na Drogę Mleczną i zlizując ją sobie kropelka po kropelce wylądowała na niebie. Albo o kłopocie, który nie daje Kornelii spać – uwierzycie, że aby móc spokojnie zasnąć trzeba go mocno przytulić? No albo, nasze absolutnie ulubione opowiadanie o Karolinie, która podczas wakacji przyjeżdża na tydzień do cioci Heni nad jeziorem. Ciocia Henia jest cudowną osobą, ma złoty ząb, który jest magiczny, bo zaraża śmiechem, pozwala być trochę niegrzeczną i doskonale rozumie, że spanie może być nudne. A nawet znajduje na to radę! Taką ciocię chciałby mieć każdy (ja i Majka mamy na przykład to szczęście, że mamy taką jedną i to tę samą, zupełnie jak Karolina i mama Karoliny!). Ale czy każdy chciałby spotkać Babę Sowę, która stoi w stodole cioci, pomiędzy grabiami, wiadrami i innymi starociami? Czy Baba Sowa jest groźna? Czy jest niebezpieczna? Rozwiązanie zagadki Baby Sowy jest…. Olśniewające! Trzeba je poznać! Koniecznie, najkonieczniej!
Tym, co na pewno scala te wszystkie, tak różne od siebie opowiadania (jak znaleźć wspólny mianownik między zwierzakami, zakładającymi orkiestrę a dziewczynką, która urodziła się z ziarenka niebieskiego maku, podarowanego rodzicom przez wróżkę Allegrę? No oczywiście poza motywem snu!) jest jedna osoba – Magdalena Kozieł-Nowak! Tak, tak, to ta Pani od wielkich, zielonych, ilustrowanych „Dzieci z Bullerbyn”, które będą dla dzisiejszych dzieci tak kultowe, jak małe, żółte wydanie dla ich rodziców! Kolejny raz wpadłam w zachwyt! Spędzamy dużo czasu na kartkowaniu „Dobranocek na pogodę i niepogodę”, na głaskaniu kartek, przypatrywaniu się ilustracjom, podziwianiu… Szczególnie podobają nam się te pełne szczegółów, bałaganu, detali (lowam reklamówkę z biedronką z „Walizki wuja Leona”!). Ślicz-ne! Po prostu!
Taaaaak, umówić się na „Dobranocki na pogodę i niepogodę” to jest pewne rozwiązanie. Tylko, że mam jedną zła wiadomość… te opowiadania są tak świetne, że na pewno na jednym się nie skończy. I będzie dokładnie tak: „W łóżku tata jak zwykle przeczytał jej bajkę na dobranoc, a potem jeszcze jedną i jeszcze jedną, i jeszcze tę 'już naprawdę ostatnią'”. [s.166] Te dobranocki mają szansę stać się ulubionymi opowiastkami dobranocnymi każdego dziecka. A jeśli podliczyć statystycznie, ile z nich kończy się uroczym ziewaniem i snem głównego bohatera, to ja to kupuję. To jak światełko w tunelu i nadzieja, że na końcu „Dobranocek” czeka dobra noc!









środa, 25 kwietnia 2018

506. 13 POWODÓW, DLA KTÓRYCH TRZEBA PRZECZYTAĆ TĘ KSIĄŻKĘ


MICHELLE CUEVAS
„NA ROZEŚMIANYM NIEBIE”
(TŁ. ANNA NOWAK)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁĄ JULIE MORSTAD

1.Niezwykła fabuła.
W wiosce Gęsia Skórka nic się nie dzieje. No może oprócz tego, że 10 lat temu przyszła wielka ulewa, która spowodowała powódź. Lało od marca do czerwca. Woda podmyła fundamenty jednego z domów. Porwała go ze sobą. A gdy wyschła, ten dom osiadł na pekanowcu. I tak sobie tam tkwi. A w tym domu na drzewie mieszka szczęśliwa rodzina – Mama, tata, córka Biedronka i syn Nashville. Że dom na drzewie wydaje się dziwny? To nic w porównaniu z Nashvillem. To chłopiec-ptak. Zamiast włosów ma pióra, zamiast nosa prawdziwy dziób i chude, patykowate nogi. Dziesięć lat temu wykluł się z błękitnego jajka lasówki. Je ziarna, śpi w specjalnie dla niego skonstruowanym wielkim gnieździe, kąpie się w wanience dla ptaków i ma jedno marzenie – chce latać. Ale skrzydła wciąż mu nie wyrastają. Co roku na wizytach kontrolnych u weterynarza (sic!) prosi o zrobienie rentgena, bo nie widzi swoich pleców. I co roku wychodzi z gabinetu rozczarowany. Wciąż ich nie ma. A przestworza przyzywają go tak głośno…

2.Nietuzinkowy bohater
Nashville nie jest nietuzinkowy tylko dlatego, że jest ptakiem, który z jakiegoś powodu (po lekturze można się domyślić z jakiego!) utknął w ciele chłopca. To inteligentny chłopak, wypełniony po brzegi wyobraźnią, któremu nigdy nie brakuje pomysłów i słów. Jest tak piękny w środku, że nie powinno się patrzeć na jego „na zewnątrz”. Albo z miejsca przyjąć je za coś oczywistego. Jest wrażliwcem. Jest dojrzały, pokorny i jest lepszym człowiekiem od wielu innych w Gęsiej Skórce, choć przecież tak naprawdę to ptak.

3.Mama
Niezwykła kobieta! Tylko do takiej mógł trafić chłopiec-ptak. Tylko taka przyjmuje niby-niemożliwe za coś najpiękniejszego, co mogło jej się wydarzyć. Jej serce, kochając jej dzieci, nie widzi różnicy między dziewczynką a ptakiem. Kocha je bezgranicznie i zawsze wie, co należy zrobić, żeby Nashville czuł się lepiej na świecie. Może przeczuwa, że jest im „dany” tylko na chwilę, że posiadanie skrzydeł to marzenie, którego nie sposób porzucić. Jej matczyna intuicja pewnie jej podpowiada, że kiedyś będzie musiała się żegnać. Ale na to też ma gotową receptę. Dokładnie wie, jak się opiekować swoim dzieckiem. Choć nie wyszło z jej ciała, jest jego matką. A matki wiedzą wszystko o swoich dzieciach.
4.Stosunki siostrzano-braterskie
Gdy byłam mała ja i mój brat mieliśmy swój świat, do którego nie mógł wejść nikt inny. Nie mieliśmy jakichś specjalnych drzwi, które się za nami zatrzaskiwały, a mimo to było tak, jakbyśmy przekręcali klucz. Własny język, żarty niezrozumiałe dla nikogo innego, zabawy, w które nie potrafił się bawić nikt inny. Staliśmy za sobą murem. Zawsze. Nagle odnalazłam tamto wyjątkowe uczucie w tej książce. Nasville i Biedronka są właśnie takim rodzeństwem – wsobnym, kochającym się, oddanym sobie, rozumiejącym, mogącym skoczyć za sobą w ogień. Nikt nie potrafi tak kochać Nashville'a, jak Biedronka. Nikt nie uszczęśliwia Biedronki tak, jak jej brat. Zawsze wie, co ją może rozbawić, co ją cieszy, co chciałaby teraz robić. To nie jest starszy brat, który stojąc u progu dorosłości, odtrąca siostrę tak, że ta upada z hukiem i rozbija sobie kolano. To jest starszy brat, który tym bardziej chce jej pokazać – „hej, nic się nie zmieniło. Bo nawet, jeśli ja się zmienię, nasza miłość pozostanie wciąż taka sama.” Nikt i nic nie zdoła rozdzielić tego brata z tą siostrą. Serca mają scementowane. Zespawane.

5.Wzruszająca rodzina
Ta rodzina jest doskonała. Dlaczego? Bo jest uważna. Wsłuchują się w siebie nawzajem. Starają się odgadywać swoje potrzeby. Są wyrozumiali. Znajdują odpowiedzi, zamiast mnożyć pytania. Rozmawiają. Wspólnie jedzą posiłki. Nie krzyczą, nawet, gdy byłoby o co. Usprawiedliwiają siebie – mogą to zrobić, bo dobrze się nawzajem znają. Szanują się. Starają się, żeby ich rodzina była tak normalna, jak się da. A przez to stają się niezwykli. Dużo tu miłości, dużo tolerancji, dużo radości. Model, na podstawie którego można kleić rodzinę idealną. Wzór do naśladowania.

6.Nauczycielka
Nashville trafił w nowej szkole na fantastyczną nauczycielkę. Nie chodzi tylko o to, że potraktowała go jak każdego innego ucznia. Że zdawała się nie zauważać dzioba i piór. I nie dawała mu odczuć, że ta normalność to tylko udawanie. Tak robili wszyscy inni przedtem. Ale była nauczycielką z pasją, z powołaniem. Dlatego mówi na pierwszej lekcji, że owszem, jest dużo spraw do omówienia, ale jedna jest najważniejsza. Najważniejsze dla niej jest poznanie uczniów. I oswojenie ich ze sobą nawzajem. Więc sadza ich w kręgu i rozpoczyna grę: „Jestem pani Starling i lubię słodką herbatę. Niech wstaną wszyscy, którzy też ją lubią”. I potem te osoby zamieniają się miejscami. Osoba, która została na środku mówi coś o sobie. I tak gra toczy się do czasu, aż każdy powie coś od siebie. Przynajmniej jeden fakt. Nagle okazuje się, że nikt nie jest sam, że wszyscy mają kogoś sobie podobnego, że każdego z każdym coś łączy. Do momentu aż na środku sali pojawia się Nashville. I już, już wydaje się, że z jego dzioba nie padanie nic, co połączy go ciaśniej z kolegami z klasy. Ale pada jedno zdanie i nagle wstają wszyscy. Ja też wstaję. I mam ciarki na plecach…

7.Mądrość
To mądra książka. O pragnieniach, o marzeniach, o determinacji, o niespełnieniu, o przeznaczeniu, o dążeniu do celu, o spełnianiu własnych pragnień w taki sposób, by nie ranić innych. O samorealizacji. O odlotach. O dostosowywaniu się. O akceptowaniu inności. O przemianie. O tym, że nic nie stoi w miejscu. O tym, że jesteśmy bardzo podobni do każdego drugiego człowieka, nawet jeśli bardzo chcemy temu zaprzeczyć. O poszukiwaniu wspólnoty. O szanowaniu innych. O dopingowaniu drugiego człowieka w jego działaniach. O odnajdywaniu wspólnych mianowników. O otwieraniu się na innych. O miłości. O rodzinie. O najważniejszych rzeczach w życiu.

8.Scena z okładki
Jest taka scena w tej książce, niezwykła, którą ilustratorka namalowała na okładce. Nashville pomaga w sklepie zoologicznym, gdzie w klatkach mieszka dużo ptaków. Swoją uporczywą myśl o lataniu nosi ciągle w głowie i jednego dnia przymierza ją do tych ptaków na sprzedaż. Czy to pragnienie do nich pasuje? Może one też chciałyby polecieć? Do ich nóżek przywiązuje sznurki, wypuszcza jest z klatek i bierze je na spacer, na słońce, na powietrze, na latanie...

9.Ilustracje
Ubolewam, że jest ich tak mało. Są śliczne. Wymowne. Nienarzucające się. Proste, acz ekspresyjne. Minimalistyczne, acz zawierające w sobie pełnię.

10.Zdanie:
„Nie ma rzeczy niemożliwych. Są rzeczy, któreś pan widział, i takie, których nie widziałeś, ale rzeczy niemożliwych po prostu nie ma, złociutki”.” [s.10]

11.Przepiękny język
Michelle Cuevas jest mistrzynią pióra! Ta historia pełna jest cytatów – z chęcią bym tę książkę pocięła na kawałeczki i powkładała jej fragmenty do portfela, do kalendarza, do kieszeni ulubionych spodni, do buta, pod poduszkę, żeby się na nią nieustannie natykać. Oczywiście pokłon składam też Annie Nowak, tłumaczce, bo bez niej nie byłoby na pewno takiego wrażliwego Nashville'a, takiej roześmianej Biedronki, takiej spełnionej mamy, takiego wyrozumiałego taty. Bez niej nie byłoby tych wszystkich pięknych słów, posplatanych wprost idealnie, którymi zachwycam się, zachłystuję, które chcę pić i pić, czytać i czytać…

12.Gula w gardle
To książka, która wzrusza. Wzrusza ekstremalnie. Zapadła we mnie i teraz nie wyjdzie ze mnie długi czas. Najchętniej mówiłabym o niej wszystkim – czytałeś? Nie?! To przeczytaj! A wiesz, o czym jest? Bo nie uwierzysz, ale o chłopcu ptaku. I musiałabym się powstrzymywać, żeby nie zdradzić zakończenia, nie powiedzieć, czy jest złe, czy dobre. Tylko tyle, że od strony142 do strony 144 miałam gulę w gardle, a od 144 do końca już wszędzie łzy - na policzkach, na bluzce, na języku, w nosie i na kolanach...
13. Jest wpół do ósmej rano w Polsce. Jadę pociągiem do pracy. Jak co dzień. Ale nie co dzień kończę czytać „Na roześmianym niebie”. Co chwilę patrzę za okno. Nie chcę pomoczyć łzami kartek. Łykam je i znów opuszczam wzrok na tekst. Tak bardzo chcę się dowiedzieć, jak zakończy się ta historia. Naprzeciwko mnie siedzi mężczyzna. Gruby kark, łysa głowa, dres, słuchawki w uszach, kaptur na głowie. Kątem oka i w szybie obserwuję go w tych momentach, gdy nie czytam i próbuję nad sobą zapanować. A on usilnie stara się zerknąć na tytuł książki. Dyskretnie mu to umożliwiam. Uspokaja się. Klepie szybko w komórkę. Zapisał tytuł? Jedziemy dalej.








poniedziałek, 23 kwietnia 2018

505. ZOSTAŁAM PODGLĄDACZEM


KATHARINA VON DER GATHEN
„INTYMNE ŻYCIE ZWIERZĄT”
(TŁ. BARTOSZ NOWACKI)
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ANKE KUHL

Ta książka jest naprawdę niebezpieczna!
Otworzyłam ją, a ona mnie połknęła! Dosłownie! Na jakieś dwie godziny oderwało mnie od mojej rzeczywistości i rzuciło w świat pełen popędu, zachcianek, miłosnych uniesień, marcowania i rozmnażania. Wszystko tutaj aż huczy, a do zapłodnienia dochodzi dosłownie na każdej ze stron (czasem po kilkaset razy!). Co to za bezeceństwa?! Co to za bezwstydność?! A nic, to tylko Matka Natura… Jakaż ona jest kreatywna! Jakaż ona jest twórcza! Jakaż sprytna, jakaż fascynująca! Zaszczepiła w każdym jednym organizmie na ziemi bezwarunkową chęć przetrwania. Ale także pewność co do swojej śmiertelności, może nawet nieuświadamialną. Jak więc przetrwać? Dzięki potomstwu! To po to Natura wykombinowała sobie popęd płciowy i przyjemność z seksu. Po to, żeby chcieć więcej i więcej i żeby jak najbardziej zaludnić, zaszympansić, zakangurzyć, zalwić, zarekinić, zakocić, zazebrzyć, zakonikować Ziemię.
Ale od chęci do dziecka daleka droga…
Najpierw są zaloty. Okazuje się, że przysłowiowe kwiaty i czekoladki, które działają na każdą kobietę, nie są wcale dziwne. Zwierzęta posługują się bowiem schematami uwodzenia i każdy gatunek ma swój własny rytuał, który na 100% doprowadzi do zbliżenia. Na przykład ryby rozdymkowate pływają blisko dnia i za pomocą płetw tworzą na piasku piękne mandale, tak, żeby samica od razu poznała, że to miejsce jest idealne do złożenia ikry. Altannik lśniący to miłośnik niebieskiego koloru, więc żeby wskazać samiczce drogę do swojej altanki, układa po drodze wszystko niebieskie, co może znaleźć (na przykład koralik, który uciekł małej dziewczynce z bransoletki), a wejście do altanki nawet czasami farbuje sokiem z jagód. Niektórzy śpiewają (na przykład ropusznik świecący. Ale fascynujące jest to, że zazwyczaj samica nie słyszy jego pieśni, dopiero, gdy nosi w brzuchu ikrę, gotową do zapłodnienia), inni stają do walki (jak zające szaraki. A tu ciekawostka, o której nie wiedziałam do tej pory – u szaraków samce nazywane są „gachami”). A gdy już samiec się tak nastara, namęczy, nazmienia ubarwienie i upierzenie specjalnie dla swojej partnerki, gdy ona spojrzy w końcu łaskawym okiem na jego wysiłki, to następuje kopulacja. Baaaaardzo różne są sposoby, czas, długość uprawiania seksu. Cykady robią to raz na 17 lat (sic!), a z kolei bonobo traktują seks jako sposób na nudę, na kłótnie, na porozumiewanie się, więc robią to nadzwyczaj często i we wszelkich możliwych konfiguracjach. Matronice zaś mają na to sposób dość niezwykły – samiec wgryza się w samicę i stopniowo się z nią jednoczy – większość jego organów (na przykład oczy, jelita czy szczęka zanika i staje się od tej pory jedynym dawcą plemników dla swojej samiczki). Jerzyki robią to w powietrzu, pikując w dół i muszą zdążyć przed gruchnięciem o ziemię. Kaczki co prawda opiekują się dziećmi troskliwie, ale za to są brutalnymi gwałcicielami. Samce ważki nie wierzą na słowo swoim partnerkom, zanim zaczną samicę zapładniać, używają swojego penisa do czyszczenia odwłoka samicy z ewentualnego nasienia innego samca. Za to jaszczurki Cnemidophorus to wyłącznie samiczki (na usta ciśnie mi się „Samiec twój wróg!”). Do zapłodnienia potrzeba kopulacji, ale robią to dwie samice i z jajek wylęgają się oczywiście zawsze tylko dziewczynki.
Różnorodne są też narzędzia, którymi ten seks można uprawiać. Tutaj Natura sobie nieźle poszalała (są ilustracje! Chyba największe wrażenie zrobił na mnie skomplikowany układ płciowy kaczora i kaczki).
A gdy już przebrniemy przez akt płciowy, który wywołuje takie zawstydzenie i taki rumieniec na naszych twarzach, wtedy nastaje piękny czas – ciąża. Tu też Natura nie lubi jednostajności. Sposoby na ciążę są przeróżne – u żółwi na przykład płeć dziecka zależy od temperatury, w której inkubują jaja (ciepło będzie dziewczynka, zimno-chłopiec), zające szaraki mogą być w dwóch (niebliźniaczych!) ciążach jednocześnie, a sarna, gdy wie, że warunki są niesprzyjające, może sobie przedłużyć ciążę samoistnie. Rozwiązuje się także zagadka, od czego zależy kolor jajek kury, brązowy czy biały (pewnie teraz wszyscy ci, którzy nie mają pod ręką „Intymnego życia zwierząt” klikają w internecie hasło „od czego zależy kolor jajka”…). No i poród… Najpiękniejszy chyba u delfinów, uczestniczy w nim cała społeczność samic delfinów. Delfinki rodzą się ogonami do przodu i jak tylko małe wyskakują z kanału rodnego, mama lub inna samica nosami wypychają go na powierzchnię, żeby zaczerpnął pierwszy haust powietrza.
A co potem? Potem to już trzeba tylko zaopiekować się swoim młodym (lub nie), nauczyć go sztuki przeżycia (lub nie), zajmować się nim, pielęgnować, bawić (nie wiedziałam, że kruki bawią się ze swoim potomstwem! I to bardzo chętnie. Na przykład tocząc śnieżne kule albo wisząc głową w dół z gałęzi!), karmić, przytulać, strzec przed drapieżnikami… Ciężka praca (bądź nie) tylko po to, by taki osobnik dorósł, dojrzał płciowo i przedłużył gatunek. Koło się zamyka, Natura puszcza oko i bawi się dalej…
To wszystko (dużo, dużo więcej!), przedstawia ta książka. Fakty, fakty, fakty! A fakty są takie, że każdy gatunek na świecie uprawia seks, żeby nie wyginąć, co więcej sprawia mu to czasami ogromną radość. Na intymne życie każdego z gatunków składają się zaloty, akt seksualny, zapłodnienie, ciąża, poród (w dalszej perspektywie wychowanie), więc dziwne, że z takim uporem i wstydem pomijamy pierwszy, jakże ważny element w opowieści o przetrwaniu gatunków. Tutaj wszystko opowiedziane jest z werwą, z humorem, z pasją, z fascynacją. Autorki rzetelnie przekazują wiedzę, nie szczędząc czasem brutalnych przykładów. Ale „life is brutal”. Czasami. Czasami jest tylko miło i pięknie. Nie na darmo wspomniane wcześniej bonobo są znane jako jedne z najbardziej zrelaksowanych zwierząt na świecie...
„Dla kogo ta książka?” - takie pytanie ciśnie się od razu na usta. Niepewność w rozmowach na temat seksu, pruderyjność i wstydliwość, język, który staje kołkiem, gdy ma się powiedzieć słowo… „penis” (cicho sza! to nie istnieje!), każe poszukiwać odpowiedzi konkretnej, zdecydowanej i biorącej odpowiedzialność za całe przyszłe intymne życie naszego dziecka. Wydawca zaleca dolną granicę wieku jako 8 lat. Nie powiem z własnego doświadczenia, bo Majka jeszcze nie jest targetem, nigdy jeszcze nie zadała kultowego i fundamentalnego pytania „skąd się biorą dzieci?”, jest na etapie „cipki” zamiast „sromu” i myślę, że o ile związki homoseksualne przyjęłaby z dużą dozą tolerancji, oglądanie ilustracji fascynujących (sic!) kształtów męskich czy damskich genitaliów potraktowałaby jak oglądanie ilustracji ręki czy wątroby, to przemocy w seks nie chciałabym jeszcze mieszać. Ale pozostaje mi zaufać tęgim głowom (blurba do tej książki napisał sam Andrzej Kruszewicz) i Rodzicom, którzy sami będą wiedzieli, czy ich dziecko jest gotowe na tę fascynującą podróż. Jedno jest pewne. Uchylam wieko okładki i nic już nie jest takie samo! Doskonała książka o przyrodzie!











sobota, 21 kwietnia 2018

504. TAKIEGO PREZENTU URODZINOWEGO NIE MOŻNA KUPIĆ W ŻADNYM SKLEPIE


EWA KARWAN-JASTRZĘBSKA
„HERMES 9:10”
AKAPIT PRESS, ŁÓDŻ 2017
ILUSTROWAŁA DOROTA KOBIELA

Jest taki chłopiec. Ma na imię Karol. Ma 11 lat. Ma marzenie. Dlatego jest podopiecznym Fundacji „Mam marzenie”. O czym marzy Karol? Nie o telefonie, nie o spotkaniu sławnego piłkarza, nie o wyjeździe do parku rozrywki… Karol chce mieć biblioteczkę pełną książek z dedykacjami i wygodny fotel. I lampkę. Jedna z bibliotek w Gdańsku zbiera dla Karola książki. Czytam opis zainteresowań czytelniczych Karola. Pociągi, zwierzęta… Sumuję to sobie w głowie, dodaję marzenie i co mi wychodzi? Biegnę do półki z książkami i sięgam pewnym ruchem po tom w okładce z polem maków… Jest pociąg! A na każdej stronie jest kot! I ta książka jest o wielkich i ważnych sprawach. O takich, o jakich, chcąc nie chcąc, podopieczni Fundacji Mam Marzenie myślą na co dzień.
Zwierzęta podobno mówią ludzkim głosem raz w roku. Ale w świecie Ewy Karwan-Jastrzębskiej jest jeszcze jeden taki dzień – dzień urodzin. Kot Ferdynand nie tylko przemawia ludzkim głosem do Feliksa. Zabiera go w niezwykłą podroż, która zmieni życie chłopca. Najpierw odwiedzają Dróżniczkę Starej Stacji, która wręcza Feliksowi specjalny bilet na pociąg. I zapowiada, że Feliks zostaje właśnie Bohaterem Opowieści. I od tej chwili wszystko, co go dotyczy, będzie zapisane w Księdze Przyjazdów i Odjazdów. Feliks nie jest pewien, czy to go cieszy. Niby jest wybrany, niby to zaszczyt, niby to przygoda, która wielu chciałoby przeżyć, niby to zaszczyt i honor. Ale przecież Feliksowi jest dobrze tam, gdzie jest – w domu z mamą i tatą, z kotem, który na co dzień nie mówi, z tortem urodzinowym, który zje ze smakiem dzisiejszego popołudnia i ze swoim fletem, na którym gra z wielką przyjemnością. No i co, jeśli nie poradzi sobie z zadaniem, które postawi przed nim Dróżniczka? Co, jeśli zawiedzie…? Na przemyślenia nie ma zbyt dużo czasu, bo trafia z powrotem do domu tylko na chwilę. Jeszcze tego samego dnia dostaje wezwanie. Stało się coś strasznego! Zaginęła dziewczynka, Matylda, miała na sobie czerwony płaszczyk, wyruszyła w drogę, a teraz jej nie ma. Wysiadła na Stacji Bez Powrotu i ślad po niej zaginął. To wyjątkowa dziewczynka, bo posiada pewien Dar. Bez niej w życie ludzi wkrada się coraz więcej Wątpliwości. „To ponure istoty, karmią się cudzą niepewnością (..) Zakradają się do serc i pozbawiając woli, odbierają chęć do działania”[s.42-43]. Feliks się waha. To w końcu jego urodziny i chciał je spędzić miło. Tymczasem ma udać się w niebezpieczną podróż w nieznane i szukać dziewczynki, której nie zna… Ale w końcu wciąga przez głowę koszulkę, na której jest napis „I”M HERO”, zakłada nowe buty i idzie drogą, którą wskazuje mu rudy kot Ferdynand. A wkrótce potem wsiada do niezwykłego pociągu – Hermesa. „Witam wszystkich podróżnych” - mówi pociąg i rozpoczyna się jedyna w swoim rodzaju misja ratunkowa…
To będą zupełnie wyjątkowe urodziny! Feliks nigdy wcześniej i nigdy później nie przeżyje już czegoś tak niesamowitego… Takiego prezentu urodzinowego nie można kupić w żadnym sklepie.
Ta książka pełna jest znaków, tajemnic, dziwnych krain, symboli, magicznych przedmiotów. Jest nierzeczywista, a jednocześnie, jeśli dobrać się do samego środeczka tej historii, okaże się, że jest o każdym z nas, o tym, jak niepewność, strach, złość zabierają nam radość życia. A potem trzeba się długo wygrzebywać z mroku, żeby znów cieszyć się życiem. Wszystko dzieje się tu prędko, bo trzeba przecież jak najszybciej uwolnić Zaklinaczkę Smutków, ale jednocześnie są takie momenty, gdy wszystko się zatrzymuje. Na przykład, gdy Hermes mknie przez Dolinę Maków i niemal unosi się nad torami, nad piękną, ukwieconą łąką. Albo wtedy, gdy wydaje się, że już wszystko stracone i Feliks zaczyna grać na flecie kołysankę, którą zna od mamy. No i wtedy, gdy Wielki Mrok już, już prawie łapie za włosy uciekającej Matyldy… Czy wszystko dobrze się skończy? Czy wiele osób, które dopadły Wątpliwości, wrócą do domu, do bliskich, którzy je kochają i które za nimi tęsknią? My już wiemy, teraz czas na Was. I na Karola.






środa, 18 kwietnia 2018

503.TRUDNA TO MIŁOŚĆ…

RENATA KIJOWSKA
„KUBA NIEDŹWIEDŹ. HISTORIE Z GAWRY”
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁA ANNA ŁAZOWSKA

„Opowiedz mi coś ze swojego życia” - prosi mnie czasem moja Córka, gdy już leży w łóżku, przytulona do ulubionej poduszki, pachnąca nadchodzącym snem. Opowiadam. Zupełnie tak samo prosili Bruno i Tytus, w jakimś domu na Starym Mieście w Krakowie. W moich opowiadaniach jest dużo zwierząt – psy, koty, świnki morskie, chomiki. Ale w opowiadaniu Renaty Kijowskiej jest dużo większe zwierzę i to właśnie je upodobali sobie Tytus i Bruno. To zwierzę jest ogromne, ma miękkie futro, czasem zjada mrówki, czochra się o drzewa i jest królem polskiego lasu… Niedźwiedź… Ech, nie mam w swoim życiu doświadczenie z niedźwiedziami, dlatego posiłkuję się „Historiami z gawry”.
Wiele razy Renata Kijowska, autorka tej książki, zbierała dla TVN historie z tatrzańskiego parku narodowego. Niejeden raz ich bohaterami były niedźwiedzie. To właśnie te zwierzęta jej chłopcy sobie upodobali i chcieli o nich słuchać wciąż i wciąż i wciąż… Oczywiście wraz z wiedzą pod rękę musiała pójść wyobraźnia. Bo czy małym chłopcom można opowiadać encyklopedię? Nie! Trzeba im opowiadać przygody! A jeszcze lepiej, jeśli pozwolić im choć przez chwilkę poczuć się jak niedźwiedź. I tak powstał Kuba Niedźwiedź. Poznajemy go, gdy właśnie ćwiczy wspinanie się na drzewa. Idzie mu znacznie gorzej niż jego o rok młodszemu bratu. A przecież to on ma niedługo zostać królem puszczy! Na razie jednak patrzy z zazdrością na swoją mamę, która wielka jak głaz, wspina się wysoko po pniu, jakby ważyła tyle, co motyl. No najwyżej mały domowy kot. Mama Marynia jest cierpliwa, opiekuńcza, uczy swoich synów wszystkiego o tym, jak mają przetrwać (a przy okazji i nam daje prześledzić ten fascynujący proces) – na przykład tego, z którego mrowiska zajadać mrówki, żeby przy ich konsumpcji nie zostać ugryzionym w język. Niedługo obydwaj synowie ją opuszczą i zaczną własne życie. Spieszy się więc, by przekazać im całą swoją wiedzę, żeby poradziły sobie w każdej sytuacji. A przede wszystkim, żeby nie wpadły w ręce człowieka. Bo człowiek jest właściwie jedynym wrogiem niedźwiedzia na jego terenie. Szczególnie taki człowiek, który ma serce z lodu i który w futrze niedźwiedzia czy lisa widzi pieniądze, a nie ochronę przed zimnem i gorącem. Właśnie tacy dwaj ludzie, kłusownicy, złapali mamę Staszka. Staszek jest młodym liskiem – dobrze, że chociaż on zdołał się uratować. Tylko co teraz? Jak poradzi sobie bez mamy? Jest taki smutny... Hej, przecież może zostać częścią naszej rodziny, prawda? - wymyślają Benio i Kuba, a mama się zgadza. I odtąd po lesie chadza rodzina patchworkowa: mama niedźwiedzica z dwoma synami, młody lis i od czasu do czasu wiewiórka zwana Wiórą, która lubi jeździć na misiowym grzbiecie, gdy już zmęczą jej się łapy.
„Historie z gawry” są prawdziwe. Są pozszywane ze strzępków opowiadań, które Renata Kijowska usłyszała od badaczy niedźwiedzi. To historie wesołe i smutne, wzruszające i śmieszne, zawsze ciekawe, ale czasem trudne do czytania. Przyznam, że nie jeden raz odkładałam książkę, bo zabrakło mi głosu i nie mogłam już czytać dalej. Wzruszenie sprawiało, że moje struny głosowe przestawały działać. Bo to po części historie związku niedźwiedzia z człowiekiem. A tam, gdzie pojawia się człowiek, zwierzę bardzo często cierpi. Tak było w przypadku rodziny Kuby, która pierwowzór ma w prawdziwych niedźwiedziach. Nie wszystkie przeżyły, a los każdego z nich potoczył się niezupełnie tak, jak chciała Matka Natura. Dobrze, że są tu wymienione też takie osoby, jak strażnicy leśni, którzy z narażeniem życia ratują dzikie zwierzęta, albo jak pan Jakub Pyrek z krakowskiego zoo, który został mamą zastępczą dla małego kangurka, który stracił tę prawdziwą. Gdzieś przewija się też Fundacja VIVA, która ratuje zwierzęta i weterynarze z klinki Ada w Przemyślu, którzy pomagają chorym zwierzętom. Chociaż tak ludzkość może odkupić winę za to, co od zarania dziejów czyni zwierzętom. W nostalgiczny nastrój wprowadziła mnie ta książka, choć nie tylko smutek w niej gości. Jest też humor, jest ekscytacja, są w końcu dwa małe niedźwiadki, które uczą się świata i praw nim rządzących. Zupełnie jak dwaj niesforni mali chłopcy, którzy spuszczeni z oka choć na chwilę, idą własną drogą i nierzadko pakują się w kłopoty. Ale to, czego jest tu mnóstwo, a co przemycone jest w gęstym niedźwiedzim futrze, to wiedza. Mnóstwo ciekawostek (jaki kolor kupy ma niedźwiedź wiosną i dlaczego zielony?), dobrych rad (gdy przyjdziesz w góry, zachowuj się tak, jakbyś przyszedł do niedźwiedzi w gości! I nie wyjadaj im jagód! To tak, jakbyś wszedł do czyjegoś domu i opróżnił mu lodówkę…), opowieści na faktach (na przykład o tym, jak niedźwiedzie wyjmują uszczelkę w szybie samochodu, żeby szyba sama wypadła i żeby mogły wejść do środka i dobrać się do zapasów).  
W podziękowaniach Renata Kijowska wymieniła same tęgie głowy od przyrody, m. in. Adama Wajraka, jego żonę Nurię, Katarzynę Bojarską (to z tych szeroko znanych nazwisk) oraz Pawła Skawińskiego (byłego dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego) i Filipa Ziębę (superniedźwiedziologa!). A! jest też Grażyna Naczyk z gdańskiego zoo. I wielu innych obserwatorów, miłośników, ochroniarzy przyrody. Cały sztab ludzi czuwał, żeby merytorycznie książka byłą na tip top. Mogę więc po jej lekturze z całym przekonaniem odpowiedzieć na pytanie zadane na okładce – tak, niedźwiedzie jedzą śledzie. Ale tylko w pewnym warunkach. Jakich? Po pełną odpowiedź odsyłam do „Kuby Niedźwiedzia”… Tylko ostrzegam, proszę się zaopatrzyć w pudełko chusteczek. Duże pudełko.










poniedziałek, 16 kwietnia 2018

502. KAŻDY MA W SOBIE COŚ Z BASI


Z lubością wyobrażam sobie taką sytuację – jest piątkowy poranek. Coś między szóstą a siódmą, czyli moment, gdy ściągam kołdrę z mojej córki i kieruję jej somnambuliczne kroki w stronę kuchni i talerza z owsianką. Ale tego piątkowego ranka jest zupełnie inaczej, bo na krześle z przygotowanymi na ten dzień ubraniami jest koszulka z Basią. Majka ubiera się bardzo szybko! Oczywiście do tego getry w paski. Potem je śniadanie z miseczki z Basią, popijając z kubka z Basią i Miśkiem Zdziśkiem (no taki kubek akurat istnieje i my go mamy!), myje zęby szczoteczką z Basią, wyciera twarz w ręcznik z Basią, wkłada buty z Basią i już jest gotowa do wyjścia. Szybciej niż ja, bo Basią dopalona! Piękna wizja! Zamiast chudonogich księżniczek Disneja w sukienkach, w których nie można się swobodnie poruszać, Basia, ta w wygodnych dresach, co czasem się ubrudzi błotem, ta co podjada żelki, czasem się złości, często ma rozczochrane włosy i chodzi do przedszkola. Nasza. Polska. Prawdziwa. Z krwi i kości. Taka, którą można by było spotkać w swoim własnym przedszkolu. Z identycznymi problemami. Ludzkimi. Takimi na tu i teraz. Zawsze powtarzam, że za to cenię Basię najbardziej. No! Właściwie całą jej rodzinę! Za autentyczność. Jak rozleje się mleko, to jest mleczna kałuża. I trzeba powycierać. Jak ktoś włoży króliczka z różowym nosem do prania białych koszul, to potem wszystko jest różowe. I trzeba użyć wybielacza. I to jest najważniejsza rzecz na świcie, żeby te koszule znów były białe, bo tata nie ma co włożyć jutro do pracy. Nie liczy się nic innego i nie można tego wybielania na później odłożyć. Jak się jej chleb, to zostają okruszki. A żółw zostawia żółwie bobki. No nie ma takich cudów, żeby żółw nie zostawiał żółwich bobków. I ja te żółwie bobki kupuję, bo są takie prawdziwe, jak żółwie bobki w każdym innym polskim domu, który ma za lokatora żółwia. I ubrania są zupełnie takie same, i stare samochody, którym odpadają rury wydechowe, i brak pieniędzy na nowego laptopa, i odpadająca klamka, i klej i mazaki wszędzie, w każdym pomieszczeniu – bo tak właśnie wyglądają domy, w których mieszkają pięcioletnie dziewczynki. A co najważniejsze emocje są zupełnie takie same – złość, smutek, rozczarowanie, ale i radość, ekscytacja, miłość. Nikt się tak nie przytula, jak rodzina Basi (no chyba, że moja własna!).
I te emocje idą z duchem czasu pod rękę. W najnowszej części to tablet je wywołuje.


Janek dostał tablet od swojego kuzyna Antka. Tablet ma w jednym miejscu pęknięty ekran i jest już stary, ale wciąż doskonale nadaje się do grania - w owocki na przykład. A to wciąga tak, że czasem trudno się opanować i trzeba bardzo uważać, żeby nie wpaść w nałóg. A co to jest ten „nauk”? - pyta Basia. I jak to zwykle w basiowej rodzinie, w której dużo się rozmawia, mówi się szczerze i żadnego dziecięcego pytania nie zostawia się bez odpowiedzi, rodzice wyjaśniają Basi i Jankowi, co to jest nałóg. To kolejna rzecz, za którą tak lubię Basię! Szczerość i prostolinijność! Tutaj nie ma miejsca na ściemę – jest kawa na ławę. I zawsze tak to wszystko wytłumaczone, że pięciolatka wie. No to ja też ze swoją pięciolatką rozmawiam o tym „nauku” i tablecie i wujku D., który pali papierosy, choć to przecież niezdrowe i „podśmierduje”. „Ale dziwne, że mama tak upominała Basię, że nie może grać długo na tablecie, a sama teraz gra w owocki dwie partyjki.” - kwituje Majka. No, bo dorośli przecież nie są wolni od wad. I czasem im też trzeba przypomnieć, co jest najważniejsze w życiu!







Ta seria jest dla trochę starszych dzieci (pewnie zastępy osób, które wychowywały się na Basi, a które dziś lat mają 2 lub 2,5 raza więcej niż Basia, dziękują autorce i wydawnictwu, że pozwolili im zostać z Baśką na dłużej), bo emocje w niej są trochę inne, bardziej dorosłe, już nie do pomieszczenia w dziecięcym ciałku. Teraz chodzi o Lulę. Alicja zwana Lulą, kuzynka Basi, nie może zasnąć. Następnego dnia jest dzień specjalny. Po raz pierwszy wystąpi w programie baletowym na prawdziwej scenie przed prawdziwą widownią. Dlaczego więc zamiast radości czuje takie dziwne coś w brzuchu i nie może zasnąć? Przecież wszystko umie, jest najlepszą tancerką w całej szkole baletowej, gdy ma tańczyć wietrzyk, to nie tańczy – ona staje się wietrzykiem. Zna cały układ, ma przygotowany strój, o co więc chodzi? Czy tylko o młodszą kuzynkę Basię, która będzie tańczyć z nią, a która na pewno w tańcu nie jest delikatnym i zwiewnym zefirkiem…? W końcu nadchodzi moment, gdy trzeba przygotować się do występu i okazuje się, że w worku ze strojem nie ma rajstop...
To nie jest tylko książeczka o tremie. To historia o doskonałości, o chorobliwym do niej dążeniu. I o tym jak to jest, gdy tak bardzo chce się kogoś zadowolić, że zatraca się siebie. Ale to historia, którą powinni przeczytać też rodzice. Po co? Żeby zastanowić się, jak silny wpływ wywierają na dziecko, gdy mówią „chcę, żebyś była najlepsza”. I jeszcze wtedy, gdy ich nie ma na co dzień, a ich obecność jest świętem. Jak bardzo wtedy dziecko chce się pokazać, żeby zatrzymać na sobie wzrok takiego rodzica? Jak bardzo doskonałe musi być, żeby je zauważył i odłożył ciągle dzwoniący telefon…? Ciężki temat podany w lekkim, stanecko-oklejakowym stylu. Bez łatwych odpowiedzi i bez moralizatorstwa. Taka tylko szpileczka wbita na ułamek sekundy pod rodzicielski paznokieć...







Na koniec wisienka na torcie, coś dla kompletnych basiowych świrów… „Wielka księga słów” Basi to taki przegląd z życia basiowej rodziny. Przegląd ich wartości, pojmowania świata, tego, co jest dla nich najważniejsze, co się wydarzyło, co ma się wydarzyć, tego, do czego przykładają wagę, bez czego nie mogą się obejść, co ich frapuje i co kochają. Jest w niej Dziadek, Mama, jest Basia, jest żółw, jest opiekunka, jest remont, jest alergia, obowiązki, śledzie, zoo, adopcja, żelki (no jasne!), Misiek Zdzisiek, biblioteka i oczywiście… błotne kotleciory! To coś jak słownik, ale bardzo osobisty, nawiązujący do konkretnych wydarzeń z życia basiowej rodziny. Ta książka mocno nas zainspirowała, bo jest trochę jak kronika rodzinna, jak pamiętnik, do którego Basia będzie mogła wrócić za kolejnych 10, 20 czy 30 lat i porównać, czy wszystko ma ten sam sens, czy tak samo rozumie poszczególne słowa, czy te same umieściłaby teraz w swojej „Wielkiej księdze”. My też chcemy to sprawdzić, dlatego wyciągnęłyśmy z szafy piękny zeszyt i zrobimy księgę słów naszej rodziny. Na razie tworzymy spis treści. Część haseł pokrywa się z tymi basiowymi. Dlaczego? Bo każdy z nas jest chociaż trochę jak Basia!