Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 24 stycznia 2017

384. WSTYD MI!

RICHARD ADAMS
„WODNIKOWE WZGÓRZE”
(TŁ. KRYSTYNA SZERER)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2016
ILUSTROWAŁ ALDO GALLI

Żyjesz w zhierarchizowanej społeczności, w poukładanym świecie, w ciepłym mieszkaniu (norze). Masz co jeść, co pić, masz kilku przyjaciół i oddaną żonę (króliczkę). Życie toczy się stałym rytmem – jest przewidywalne, ale dzięki temu bezpieczne. Przyzwyczaiłeś się do niego, lubisz je nawet, nie wyobrażasz sobie świata poza swoim „małym kawałkiem podłogi”… Po prostu skubiesz sobie swoją trawę, grasz w kamyki i wygrzewasz futro w słońcu. Ktoś pomyślał za ciebie, co masz w życiu robić, więc nie stajesz przed antycznymi wyborami, nie masz dylematów. Do czasu…
Pewnego dnia jeden z twoich przyjaciół żąda - „ucieknij ze mną!”. Przeczuwa katastrofę. Zawsze był inny, nieco dziwny. Widzi rzeczy, których jeszcze nie ma. Coś jak wróżbita, jasnowidz, medium… Nauczyłeś się mu ufać w małych sprawach, ale ta sprawa jest wprost ogromna. W jego wizje wkrada się śmierć i zniszczenie, twierdzi, że jeśli nie uciekniecie, nie ma szansy na przeżycie. Idzie z tym nawet do waszego przywódcy. Ale ten zbywa go, zasiedziały na swoim „tronie”, leniwy w podejmowaniu decyzji, nie do końca wierzący w przepowiednie. „Wszystko będzie dobrze” - frazes, który pada z jego ust i straż, którą oddziela się od proroctwa, trochę cię nawet uspokaja. Tylko, że do tej pory one zawsze się sprawdzały. Nie masz czasu na zastanowienia, trzeba działać szybko, bo w powietrzu już czuć krew.
Co robisz?
Komu zawierzysz?
Zostawisz wszystko?
Ruszysz nie-wiadomo-dokąd?
A co, jeśli jesteś królikiem?
Jeśli w budowę twojego ciała ewolucja nie wpisała długich wędrówek?
Co jeśli jesteś królikiem, a więc zwierzęciem z założenia, bo z natury, tchórzliwym?
Ale, jak to mówią, „nawet strachliwy królik ma w swej nazwie króla”.
Więc w drogę! Ku lepszemu!
Króliki, które uciekają z dawnej królikarni, spod panowania Wielkiego Królika Jarząba, to głównie króliki „niższego stanu”. To postacie które nie mają nic do stracenia. Szaraczki. Choć z powodu strachu i niepewności, niełatwo im porzucić dotychczasowe życie i iść w nieznane. Czy słusznie podejmują wielki, przekraczający możliwości zwykłego królika, trud? Czy naprawdę ich królikarnia wkrótce stanie się „polem krwi”? Czy to może jedynie skrywana chęć przeżycia przygody pcha ich do tego? Albo wygórowane ambicje, które nie mają szansy się spełnić w obrębie tej królikarni?
Motywacje pewnie są różne, grunt że kilka królików postanawia zawierzyć przepowiedniom Piątka i wyprowadzić się ze swojej królikarni. Przygód po drodze będą mieli na ponad 500 stron! Będzie krew, pot i łzy. Będzie radość i strach. Będzie słońce na futerku i będzie na futerku kurz i błoto.
Nie zaprzyjaźniłam się z tą książką od razu. Po stokroć wolałabym posłuchać autora, jak opowiada te wszystkie piękne historie w różowym blasku zachodzącego słońca. Tak sobie wyobrażam jego opowieści – bo od gadania się zaczęło. Richard Adams opowiadała o Wodnikowym Wzgórzu swoim córkom, podczas długich samochodowych wycieczek, a one, oczarowane historią, namówiły go na spisanie opowieści. I tak oto jest, od 1972 roku. Wychwalana, ulubiona przez wielu, kultowa książka. Klasyka. Powtarzałam to sobie na początku, zdeterminowana, by poznać tę historię, ale niezaprzyjaźniona z tekstem. I jeszcze opinię z „The Economist”, że „jeżeli w księgarni nie ma miejsca dla 'Wodnikowego Wzgórza', to znaczy, że literatura dla dzieci umarła”. Kilka razy podchodziłam pod stromiznę pierwszych kilkunastu, kilkudziesięciu stron. Zaczynałam i odkładałam, przerażona ogromem obcych słów, ilością bohaterów, która wydawała mi się nie do ogarnięcia – jak stado identycznych, szarych królików na łące! A potem nagle zaczarowała mnie ta historia! Zauroczyła, wstrząsnęła, zafascynowała.
To nie jest dla mnie bajka zwierzęca, to nie jest człowiek, zaszyty w futrze królika, to nie jest opowiadanie o ludzkości. To najprawdziwsza wariacja na temat króliczego życia! Chylę czoła wyobraźni autora i przemyślanej strukturze króliczego świata, który stworzył. To zupełnie niesamowite, jak wykorzystał faktyczne królicze cechy, możliwości, zdolności do tego, by stworzyć taki nietypowy mikrokosmos. Te króliki nie tylko mają swoje imiona, charaktery, nie tylko swoistą hierarchię w stadzie – mają własny język, własną kulturę, poezję, mitologię, wierzenia religijne! No tak się właśnie tworzy fantastykę – można rzecz – wymyśla się świat, mebluje go, zaludnia i w nim tworzy się przygody. W tym przypadku nie bez znaczenia jest fakt, że bohaterami są tu króliki! Adams nałożył wyobrażenie na szkielecik realnego zwierzęcia, z jego naturalnymi cechami, z ograniczeniami i atutami, z silnymi skokami, z czułymi słuchami i nieustannie węszącym nosem! Chapeau bas!
Dlatego też tak mocno ta książka mną wstrząsnęła! Zderzyła królika-istotę myślącą z człowiekiem–istotą bezmyślną, której wydaje się, że na ziemi może robić co tylko mu się podoba… Ech, boli ta wizja człowiecza w „Wodnikowym Wzgórzu”, wstyd mi przez Piątkiem, Czubakiem, Leszczynkiem i całą resztą, że jestem człowiekiem, wstyd mi przed każdą żywą istotą, która pojawia się w tej opowieści. Wszystkie wolne stworzenia bez wyjątku, widzą człowieka jako swojego największego wroga.

Jestem pod wrażeniem tej książki także jako przedmiotu. Pamiętam moje wydanie sprzed wielu lat. Tak źle zrobione, że odłożyłam na półkę po pierwszych paru przeczytanych stronach i nigdy więcej do niej nie sięgnęłam. Aż do teraz, do tego wydania pełnego magii. Przepiękne ilustracje zrobił do niego Aldo Galli. Tak jak sam Richard Adams miał problemy z wydaniem swojej książki (w 1972 roku wydało ją niewielkie wydawnictwo Rex Collings), tak Galla miał problemy z przekonaniem wydawców do wydania ilustrowanego, choć miał poparcie samego autora. Ale jest! Piękne, magiczne, wydanie, które na szczęście Richard Adams zdążył jeszcze zobaczyć przed śmiercią. Panie Richardzie mam nadzieję, że biega Pan teraz gdzieś po wiosennej, ciepłej łące jako wielki Królik – zasługuje Pan na to!






poniedziałek, 23 stycznia 2017

383. DZIADKA DZIEŃ CZYLI O DOCENIANIU

DAVID WALLIAMS
„WIELKA UCIECZKA DZIADKA”
(TŁ. KAROLINA ZAREMBA)
MAŁA KURKA, PIASTÓW 2016
ILUSTROWAŁ TONY ROSS

Dziadkowie są różni. Są tacy, którzy gotują wyśmienicie i tacy, którzy podają budyń czekoladowy w zupie pomidorowej. Są tacy, którzy zabierają swoje wnuki na stateczne spacery, na których nie można się wybrudzić i tacy, którzy ćwiczą z nimi na sucho skoki spadochronowe. Są tacy, którzy nie pozwalają oglądać telewizji i tacy, którzy puszczają „Dosięgnąć nieba” tak często, że zna się na pamięć wszystkie dialogi. Bo też nie każdy dziadek był kiedyś pilotem Królewskich Sił Powietrznych. A Dziadek Jacka owszem. Wciąż chodzi ubrany w wykrochmaloną koszulę i krawat RAF-u i cały czas hoduje imponujące wąsy asa przestworzy. To, że nie jest już pilotem spitafire'a można poznać po tym, że na nogach ma zawsze kapcie, bo zapomina założyć buty. Jack jest wielkim fanem swojego dziadka – to dziadek kształtuje jego światopogląd, pasje i marzenia – w przeciwieństwie do zahukanego ojca, wymęczonego życiem księgowego i matki, sprzedawczyni serów, która nieustannie pachnie goudą i niebieskim pleśniowym. Jack jest inny od swoich rówieśników – nie interesują go gwiazdy popu, ani nawet popularna kostka Rubika, nie gra w piłkę ani nie biega po podwórku – Jack skleja modele samolotów i czeka na niedzielę. To w niedzielę może pojechać do Dziadka i spędzić z nim najlepszy wieczór z całego tygodnia. Są najlepszymi przyjaciółmi, rozumują się jak nikt! Jack uwielbia opowieści Dziadka o tym, jak brał udział w II wojnie światowej, o tym, jak szybował w przestworzach, uwielbia improwizowane walki, gdy dziadek niewidzialnym działem niewidzialnego samolotu zestrzeliwuje niewidzialnych wrogów i nawet te chwile, gdy rozpościerają nad sobą niewidzialny spadochron, bo muszą się ewakuować. Jack żyje marzeniami – o tym, że kiedyś będzie latał. Przecież to mu właśnie obiecuje Dziadek – że Jack będzie kiedyś doskonałym pilotem…
Wszystko układa się dobrze, aż do czasu, gdy pewnego dnia Dziadek słysząc sztuczne ognie, upiera się, że wszyscy muszą schować się w schronie. A innym razem dzieli maleńki kawałek czekolady na cztery, mówiąc, że to racje żywnościowe. No i jest jeszcze ten raz, gdy w supermarkecie wskakuje do koszyka, przekonany, że to bombowiec Lancaster… „Ta przypadłość dotyka wielu starszych osób. Jest poważna i niestety nie odkryto na nią skutecznego lekarstwa”… Jest coraz gorzej, bo Dziadek w swojej wyobraźni przenosi się w czasie i wierzy, że wciąż trwa wojna, a on jest pilotem, który musi ratować świat… Nie pamięta już nawet, że ma wnuczka – Jack zostaje w jego oczach majorem i towarzyszem broni. Nie ma już „Dziadka” jest „podpułkownik”, któremu trzeba salutować i oddawać inne należne honory. Nie ma już spokojnych niedziel – teraz trzeba się zmagać z Niemcami i latać, latać, latać… Rodzice nie radzą sobie z uciekającym i gubiącym się nieustannie Dziadkiem, którego trzeba szukać po całym mieści. Z Dziadkiem, który zrzuca w sklepie mączne bomby, który jednej nocy wdrapuje się na dach kościoła – to najwyższy punkt w miasteczku… I jakkolwiek mocno Jack broni swojego idola, rodzice postanawiają oddać Dziadka do domu opieki. Dziadek w niewoli? Ten wolny duch, ten as przestworzy w zamknięciu? Jak mu pomóc??? Jack odwiedza Dziadka w osobliwym miejscu, jakim jest dom starców Zmierzch życia i konstatuje, że nie wszystko wygląda tam jak obiecywany „Dinseyland dla starców”.
„Majorze, tak się cieszę, że się pan zjawił. Teraz możemy szast-prast wcielić w życie mój plan.”
„Jaki plan, podpułkowniku?”
„Plan ucieczki, oczywiście!”.
Ale nie będzie to takie proste…

Można Davida Walliamsa lubić, lub nie, można śmiać się z jego rubasznych żartów, lub odwracać się z niesmakiem, można zaczytywać się w nieprawdopodobnych, pełnych przygód powieściach, lub odkładać je na półkę z pobłażliwym uśmiechem. Ale nie sposób mu odmówić jednego – o ciężkich, poważnych sprawach, o których zazwyczaj woli się milczeć, opowiada jak nikt inny! Szmugluje ważne prawdy zabytkowym samolotem, ukradzionym z Imperialnego Muzeum Wojny, chowa je do kieszeni dwurzędowej marynarki, tuż po orderami i wciska do tych nieszczęsnych kapci, przyczepia do kierownicy dziecięcego trójkołowego rowerka, na którym gimnazjalista, dziadek i gruba pensjonariuszka domu starców, uciekają od Zmierzchu Życia, kamufluje w zabawnej, rozedrganej kresce Tony'ego Rossa, który ilustruje Dziadka, przemyca w zaskakującej typografii i w niecodziennym składzie tekstu książki… To niby zabawna książka o chłopcu, którego marzeniem jest latanie i jego szalonym Dziadku. Z wielką ilością zbirów, pościgów, samolotów tankowanych na stacjach benzynowych za tysiąc funtów i nawet ze Scotland Yardem. Ale gdy się zeskrobie fasolkę po bretońsku z brzoskwiniami w puszce i podroby z wiśniami w syropie, to zostaje wzruszająca, smutna, rozdzierająca serce historia małego chłopca i jego chorego Dziadka, który traci pamięć oraz ich wielkiej ucieczki od choroby. Taka ucieczka przecież nie może się udać, prawda? Dlatego będą musieli zaakceptować fakt, że Dziadek nie wyzdrowieje, że nie można go uratować, że umrze… To historia o odchodzeniu i o godzeniu się ze śmiertelnością. O uczeniu się przemijania. O tym, że można wygrać bitwę o Anglię i przegrać bitwę o siebie. Że nie zawsze da się po prostu wyskoczyć ze spadochronem… choć czasem można odejść – odlecieć!!! - na własnych warunkach… Zeskrobuję więc humor, akcję i nieprawdopodobieństwo i zostaje mi historia wielkiej, ogromnej miłości Dziadka i wnuka, o miłości bezwarunkowej i ponadczasowej. Zostaje piękna historia o chłopcu, który „uwielbiał zabawę, dlatego zwyczajnie doszedł do wniosku, że właśnie to cały czas robił jego dziadek. Wystarczyło się do tej zabawy przyłączyć.”   









piątek, 20 stycznia 2017

382. NIESPONSOROWANE, A BĘDĘ SŁODZIĆ

Lubię odpoczywać oddychając. Potrzebuję do tego świeżego powietrza. Pojemność moich płuc rozszerza także bliskość mojej Rodziny, drzewa, trawy, ptaki, ślady dzika ryjącego pod śniegiem, herbata, czerwone wino, muzyka gdzieś w tle oraz walizka książek i planszówek.
Wiedziałam, że nie będzie tam internetu. Tak zapowiadali właściciele na stronie. I nie było. I po początkowej przegranej walce o to, by dodać na Instagramie zdjęcie sylwetki Młyna w pięknym zimowym słońcu - #bezfiltrabopoco - rzuciłam komórkę w kąt. Bez tego się da oddychać. Nawet jakby lżej. Nie kusiło oglądanie pięknych widoków w okienku telefonu. Oglądałam żywe piękno. Z ogromnego okna lub bez szyby pomiędzy.
Ja nie opowiem o Młynie Patryki tak pięknie, jak jego właściciele. Bo ja jestem zaledwie zachwycona i zauroczona, a Oni kochają Młyn – to taka miłość na dobre i złe, z poświęceniami i z ogromem pracy. Ale i z wzajemnością.
Gdy zobaczyliśmy zdjęcie Młyna Tata Majki stwierdził - „Gdzie indziej nie jadę, tylko tam, jeśli nie mają teraz wolnych miejsc, to zmienimy termin urlopu”. Mieli. Bo to miejsce nas znalazło i nas wybrało. Więc spakowaliśmy tę walizę książek i gier i pojechaliśmy.
Przywitał nas wielki kudłaty pies. Berek. A jak jest wielki kudłaty pies, to przecież musi być pięknie! Tym bardziej, że dawał się głaskać i klepać po brzuszku.
Co jeszcze jest we Młynie?
Cisza.
Spokój.
Klimatyczne wnętrza, urządzone ze smakiem, gustownie, bez przepychu, tak, jak lubimy.
Jest przysłowiowy rzut kamieniem. Bo naprawdę można tu dorzucić kamieniem do lasu.
Jest pyszne jedzenie – pan Andrzej to kuchenny artysta, miłośnik gotowania. Piecze własny chleb i robi najpyszniejsza młynellę ever! (tak, skojarzenia z czekoladą jak najbardziej słuszne).
Jest przedśniadaniowy obowiązek pomiziania psa, choć przecież znów trzeba iść myć ręce, nie da się inaczej, Berek siedzi i czeka.
Jest pośniadaniowa sjesta – bierze się krzesło, stawia przed drzwiami na taras, zastyga w bezruchu i obserwuje ptaki, które przylatują na wyżerkę pod samą szybę! Kowaliki, mazurki, sikorki – wszystko podane na jednej patelni!
Jest rytuał zgarniania blaszanego garnuszka pełnego ziaren i wsypywania co dzień tych ziaren do karmnika dla ptaków i jeszcze pod drzewo dla myszy.
Jest herbata i kieliszki do wina, choć po naszej wizycie kolekcja uszczupliła się o jedną sztukę – „Po to są kieliszki, żeby się tłukły!” - rzekł (na szczęście) pan Andrzej.
Jest ogroooomny pojemnik pełen klocków Lego i drugi klocków drewnianych, które Majka dostała do zabawy tuż po naszym przyjeździe i z których pracowicie, przez kilka dni, budowała miasto.
Jest piec – taki, co się go karmi prawdziwym drewnem, z drzwiczkami zakręcanymi, ciepły i hipnotyzujący żywym płomieniem.
Są książki! Wszędzie! Różne! Stare, nowe, małe, duże, literatura piękna i brzydka, lekka i ociężała! Na naszych stolikach nocnych czekał Kołakowski, a na Majkowym „Pan Kuleczka” i „Słoneczne jajo”. Wzruszyłam się. A jeszcze bardziej, gdy pani Bożena powiedziała, że to nie jest taki zupełny misz masz literacki, że to jest dokładnie przemyślane, bo przecież każdy lubi co innego i musi mieć możliwość odnalezienie na półce w swoim pokoju tego, na co akurat ma ochotę. A potem wzruszyłam się opowiadaniem, jak dobierała książkę dla chłopaka, który nie czyta. Bo przecież każdego można zarazić! A na odchodnym Majka dostała w prezencie „Kupę”. I to było kolejne wzruszenie książkowe we Młynie.
Bo najważniejsze, że we Młynie są ludzie – dwójka fantastycznych właścicieli, zapaleńców, miłośników przyrody, książek, muzyki, wina i psa Berka, ciekawi rozmówcy, pasjonaci i ludzie bardzo pracowici, którym zazdrościmy Młyna, przepisu na młynellę i uczestnictwa (podwójnego!) w koncercie Milesa Davisa…
Oddychałam.
Czytałam.
Spałam – ależ dobrze spałam!
Grałam w gry planszowe.
Spacerowałam.
Jeździłam na sankach.
Lepiłam bałwana.
Biłam się na śnieżki.
Rzucałam śnieżnymi kulkami do rzeki.
Biegałam.
Jadłam.
Piłam.
Obserwowałam ptaki (wciągające zajęcie!).
Szukałam w atlasie mazurka.
Słuchałam muzyki.
Drapałam psa po brzuchu.
Wysypywałam myszom ziarna.
Ogrzewałam zmarznięte stopy przy piecu.
Gadałam.
Milczałam.
Cieszyłam się, że byliśmy wszyscy razem.


























We Młynie jest jeszcze ogród, wyspa i winnica – dla nas wszystko przysypane śniegiem, więc koniecznie wracamy wiosną, żeby zobaczyć, jak to wygląda w wersji na zielono. No i pobujać się w hamaku!

środa, 18 stycznia 2017

381. WYRZEC SIĘ LOGIKI

JOANNA FABICKA
„RUTKA”
AGORA, WARSZAWA 2016
ILUSTRACJE MARIUSZ ANDRYSZCZYK

Wakacje! Coś najcudowniejszego na świecie! Słońce, lody, beztroska… Szkoda, że to już ostatni tydzień, że za chwilę znów do szkoły, że tornister będzie ciężki i 45 minut wydłuży się do nieskończoności. Tak myśli każde dziecko w Łodzi, każde w Polsce. Oprócz jednego – Zosi. Zosia nie lubi wakacji, bo spędza je zawsze w ciasnocie łódzkich ulic, w duszności łódzkiej kamienicy, w powtarzalności chodnikowych płytek przed Rybną 13. Bo na świecie istnieją pieniądze. A mam Zosi ich nie ma. I Zosia nigdy nie wyjeżdża. A mama za to owszem. Często. Do pracy. Gdzieś daleko. I nigdy nie może zabrać córki ze sobą. Zostawia ją pod opieką sąsiadki. Zosia wygląda na wakacyjną Rybną 13 – jak co dzień, nie ma tam nikogo. Na smętnym, zwykłym, szarym podwórku – nie ma oprócz niej żadnego dziecka. Dlatego właśnie Zosia nie znosi wakacji.
A do tego teraz tkwi uwięziona w sztywnej odświętnej sukience – to wszystko dlatego, że sąsiadka się wyprowadziła i tym razem pod nieobecność mamy Zosi będzie pilnować jakaś daleka, dawno niewidziana krewna – ciotka Róża. O! Już na schodach słychać jakieś głosy i śmiechy – to tragarze wnoszą ciotkę Różę, usadowioną na wózku inwalidzkim z pięknymi czerwonymi dętkami. A ciotka… gilgocze tragarzy, najwyraźniej bawiąc się przy tym przednio! I nie przywozi ze sobą nic, oprócz podręcznego kuferka. Przynajmniej tak się wydaje Zosi. Ale piegowata, pomarszczona ciotka z długim warkoczem, w którym przebijają rudawe odcienie, okaże się najpiękniejszym prezentem na koniec wakacji, jaki Zosia mogła dostać. Przynosi jej wspomnienia, opowieści, mądrość i przyjaźń. A do tego już następnego dnia na Rybnej 13 pojawia się rudy warkoczyk… a z rudym warkoczykiem pojawia się Rutka, która zna w okolicy wiele dziwnych miejsc… Choć Zosi zdawało się dotąd, że zna swoją ulicę jak własną dłoń…
Tak pięknej, subtelnej, delikatnej książki o wojnie, nie znałam do tej pory! Wojna jest tu muśnięta, jest aluzją, jest tylko jedną z możliwych interpretacji, jest nieoczywista. Zosia, dziesięciolatka, nie wie pewnie wiele o okrucieństwach wojny, więc po co burzyć jej idealny dziecięcy świat pełen czarów, magii i kolorów? Najważniejsze dla dziesięcioletniej dziewczynki w czasie wakacji jest to, by biegać jak najszybciej, do utraty tchu, zjeść coś naprawdę pysznego i słodkiego, przeżyć niesamowitą przygodę, o której można opowiedzieć w szkole, zaraz na pierwszej lekcji, no i mieć przyjaciółkę. A ta przyjaciółka to Rutka – nie jest ważne, czy jest wymyślona, czy prawdziwa, czy pochodzi z tego lata, czy z wakacji wiele, wiele lat temu, dopóki Zosia jest z nią szczęśliwa, dopóki trzymają się za ręce, dopóki jest jeszcze trochę wakacji, które mogą spędzić razem.
Początkowo nie umiałam się tak łatwo i naturalnie przenosić z czasu do czasu, z rzeczywistości do nierzeczywistości, z realności do wyobrażenia. Za szybkie były dla mnie – Zosia i Rutka, biegnące razem po kartkach książki, beztroskie i po dziecięcemu naiwne, bez bagażu wiedzy. Ja chciałam analizować, obliczać rachunek prawdopodobieństwa, przyporządkowywać – czy kurczak bez głowy, kupiony w supermarkecie, który nagle ożywa, należy do świata Zosi, czy Rutki? - ale szybko porzuciłam logikę i dorosłą miarę świata. Nie da się brać dosłownie dziecięcych zabaw, dziecięcej wyobraźni i dziewczyńskich sekretów. Tak samo, jak brak logiki w wojnie i w jej okrucieństwie. W samotności małych dziewczynek, których rodziny zginęły rażone kulą, albo odłamkiem bomby. Nie da się podać wzoru na to, że podczas wojny Rutka musi zginąć, a Róża niekoniecznie, choć różni je w zasadzie tylko pochodzenie, bo kolor włosów już nie…
Taka to książka, którą można czytać na wielu poziomach, na wielu płaszczyznach, ale na pewno nie rozumem – tylko sercem!
Ujął mnie język tej powieści, ujął mnie humor – lekko absurdalny, troszkę ironiczny, niebanalny. Czy na jurorach konkursu Książka Roku 2016 polskiej sekcji IBBY też zrobił wrażenie, skoro książka dostała główną nagrodę?
I te ilustracje Mariusza Andryszczyka! Nieziemskie! Oryginalne, nieoczywiste, rysowane z niespodziewanych perspektyw, są doskonałym uzupełnieniem tej książki – równie niejednoznacznej i szczególnej...