Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 20 stycznia 2017

382. NIESPONSOROWANE, A BĘDĘ SŁODZIĆ

Lubię odpoczywać oddychając. Potrzebuję do tego świeżego powietrza. Pojemność moich płuc rozszerza także bliskość mojej Rodziny, drzewa, trawy, ptaki, ślady dzika ryjącego pod śniegiem, herbata, czerwone wino, muzyka gdzieś w tle oraz walizka książek i planszówek.
Wiedziałam, że nie będzie tam internetu. Tak zapowiadali właściciele na stronie. I nie było. I po początkowej przegranej walce o to, by dodać na Instagramie zdjęcie sylwetki Młyna w pięknym zimowym słońcu - #bezfiltrabopoco - rzuciłam komórkę w kąt. Bez tego się da oddychać. Nawet jakby lżej. Nie kusiło oglądanie pięknych widoków w okienku telefonu. Oglądałam żywe piękno. Z ogromnego okna lub bez szyby pomiędzy.
Ja nie opowiem o Młynie Patryki tak pięknie, jak jego właściciele. Bo ja jestem zaledwie zachwycona i zauroczona, a Oni kochają Młyn – to taka miłość na dobre i złe, z poświęceniami i z ogromem pracy. Ale i z wzajemnością.
Gdy zobaczyliśmy zdjęcie Młyna Tata Majki stwierdził - „Gdzie indziej nie jadę, tylko tam, jeśli nie mają teraz wolnych miejsc, to zmienimy termin urlopu”. Mieli. Bo to miejsce nas znalazło i nas wybrało. Więc spakowaliśmy tę walizę książek i gier i pojechaliśmy.
Przywitał nas wielki kudłaty pies. Berek. A jak jest wielki kudłaty pies, to przecież musi być pięknie! Tym bardziej, że dawał się głaskać i klepać po brzuszku.
Co jeszcze jest we Młynie?
Cisza.
Spokój.
Klimatyczne wnętrza, urządzone ze smakiem, gustownie, bez przepychu, tak, jak lubimy.
Jest przysłowiowy rzut kamieniem. Bo naprawdę można tu dorzucić kamieniem do lasu.
Jest pyszne jedzenie – pan Andrzej to kuchenny artysta, miłośnik gotowania. Piecze własny chleb i robi najpyszniejsza młynellę ever! (tak, skojarzenia z czekoladą jak najbardziej słuszne).
Jest przedśniadaniowy obowiązek pomiziania psa, choć przecież znów trzeba iść myć ręce, nie da się inaczej, Berek siedzi i czeka.
Jest pośniadaniowa sjesta – bierze się krzesło, stawia przed drzwiami na taras, zastyga w bezruchu i obserwuje ptaki, które przylatują na wyżerkę pod samą szybę! Kowaliki, mazurki, sikorki – wszystko podane na jednej patelni!
Jest rytuał zgarniania blaszanego garnuszka pełnego ziaren i wsypywania co dzień tych ziaren do karmnika dla ptaków i jeszcze pod drzewo dla myszy.
Jest herbata i kieliszki do wina, choć po naszej wizycie kolekcja uszczupliła się o jedną sztukę – „Po to są kieliszki, żeby się tłukły!” - rzekł (na szczęście) pan Andrzej.
Jest ogroooomny pojemnik pełen klocków Lego i drugi klocków drewnianych, które Majka dostała do zabawy tuż po naszym przyjeździe i z których pracowicie, przez kilka dni, budowała miasto.
Jest piec – taki, co się go karmi prawdziwym drewnem, z drzwiczkami zakręcanymi, ciepły i hipnotyzujący żywym płomieniem.
Są książki! Wszędzie! Różne! Stare, nowe, małe, duże, literatura piękna i brzydka, lekka i ociężała! Na naszych stolikach nocnych czekał Kołakowski, a na Majkowym „Pan Kuleczka” i „Słoneczne jajo”. Wzruszyłam się. A jeszcze bardziej, gdy pani Bożena powiedziała, że to nie jest taki zupełny misz masz literacki, że to jest dokładnie przemyślane, bo przecież każdy lubi co innego i musi mieć możliwość odnalezienie na półce w swoim pokoju tego, na co akurat ma ochotę. A potem wzruszyłam się opowiadaniem, jak dobierała książkę dla chłopaka, który nie czyta. Bo przecież każdego można zarazić! A na odchodnym Majka dostała w prezencie „Kupę”. I to było kolejne wzruszenie książkowe we Młynie.
Bo najważniejsze, że we Młynie są ludzie – dwójka fantastycznych właścicieli, zapaleńców, miłośników przyrody, książek, muzyki, wina i psa Berka, ciekawi rozmówcy, pasjonaci i ludzie bardzo pracowici, którym zazdrościmy Młyna, przepisu na młynellę i uczestnictwa (podwójnego!) w koncercie Milesa Davisa…
Oddychałam.
Czytałam.
Spałam – ależ dobrze spałam!
Grałam w gry planszowe.
Spacerowałam.
Jeździłam na sankach.
Lepiłam bałwana.
Biłam się na śnieżki.
Rzucałam śnieżnymi kulkami do rzeki.
Biegałam.
Jadłam.
Piłam.
Obserwowałam ptaki (wciągające zajęcie!).
Szukałam w atlasie mazurka.
Słuchałam muzyki.
Drapałam psa po brzuchu.
Wysypywałam myszom ziarna.
Ogrzewałam zmarznięte stopy przy piecu.
Gadałam.
Milczałam.
Cieszyłam się, że byliśmy wszyscy razem.


























We Młynie jest jeszcze ogród, wyspa i winnica – dla nas wszystko przysypane śniegiem, więc koniecznie wracamy wiosną, żeby zobaczyć, jak to wygląda w wersji na zielono. No i pobujać się w hamaku!

1 komentarz:

  1. Piękne miejsce. Takie, w którym można nauczyć się prawdziwie odpoczywać :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...