Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 2 stycznia 2017

379. NIE ZAWIEŚĆ CALPURNII

JACQUELINE KELLY
„EWOLUCJA WEDŁUG CALPURNII TATE”
(TŁ. KATARZYNA ROSŁAN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016

Ona nazywa się Calpurnia Virginia Tate, ale wszyscy mówią na nią Callie Vee. Ma jedenaście lat i sześciu braci. Jest upalne lato roku 1899 w hrabstwie Caldwell. Tak upalne, że wszyscy mężczyźni ostrzygli się na króciutko. Zgolili też wąsy i brody. Callie Vee też chciała obciąć włosy, ale zamknięta w halkach i gorsetach jej mama, nie wyraziła zgody. Czego jeszcze nie może jedenastoletnia dziewczynka pod koniec XIX wieku? Nie może decydować o sobie, nie może zrezygnować z gry na pianinie, nie może biegać po lesie i łące zawsze wtedy, kiedy ma na to ochotę, nie może się uczyć, iść na studia, myśleć… Co powinna? Powinna przysposabiać się do roli żony, matki, pani domu… Szyć, wyszywać, dziergać, robić najlepszą szarlotkę i kotlety w okolicy i marzyć tylko o tym, by dobrze wyjść za mąż. I absolutnie niedopuszczalne jest to, by czytać Karola Darwina! A fe! A co, jeśli jedenastolatka u progu XX wieku nie cierpi gry na pianinie, nie znosi się stroić, nie umie szyć i robić na drutach, a jej ciasta są twarde jak podeszwy? Co jeśli jest piekielnie inteligentna, ale wolałaby swoją inteligencję wykorzystywać do myślenia, niż zakopywać pod obierkami kartofli? Co jeśli jest ciekawa świata, bystra, wrażliwa i jeśli cholernie chciałaby się dowiedzieć czegoś „O powstaniu gatunków”… Pewnie każda inna jedenastolatka w hrabstwie Caldwell, albo nawet w całej Karolinie Północnej, musiałaby zrezygnować z bycia sobą, odwiesić siebie samą do szafy i założyć strój odpowiedni do wieku, stanu i pochodzenia. Ale Callie Vee ma coś, czego nie ma żadna inna jedenastolatka – ma dziadka, który kiedyś dawno temu rozkręcił wspaniały interes, zarobił dużo pieniędzy, zapewnił byt swojej rodzinie, a teraz poszedł na emeryturę i w swojej szopie, zamykanej na klucz stara się pozyskać alkohol z orzechów pekanowych. Ten dziadek nosi stary, zużyty, śmierdzący żakiet i długą brodę, jest samotnikiem, nie do końca przejmuje się konwenansami i nie ma zielonego pojęcia, jakie imiona dostało jego siedmioro wnucząt. W tych wnuczętach budzi respekt, strach i robi na nich wielkie wrażenie. Omijają więc terytorium dziadka (szopę i bibliotekę, nie mówiąc już nawet o jego pokoju). Ale tego upalnego lata roku 1899 Calpurnia Virginia Tate musi się przemóc. Dostała od swojego najstarszego brata piękny czerwony notes, który miał jej służyć do notowania obserwacji naukowych. „Bo jesteś urodzoną przyrodniczką, masz to we krwi” - stwierdza. Od tej chwili dziewczynka zaczęła zwracać na świat jeszcze baczniejszą uwagę i stwierdziła ze zdziwieniem, że tego lata pojawił się nowy gatunek konika polnego. Nie umie sobie wytłumaczyć, dlaczego tak się stało, a nikt z jej rodziny nie wykazuje nawet cienia zainteresowania dla tej fascynującej zagadki. Callie Vee wie, że musi przemóc strach i zapytać tego, kto jej zdaniem wie wszystko. Idzie do laboratorium dziadka. Ale dziadek strzepuje z siebie jej pytanie jak natrętną muchę – nie wie? przecież powinna wiedzieć to sama? to nic trudnego, znaleźć na nie odpowiedź. I gdy Callie Vee na tę odpowiedź trafia, gdy idzie do dziadka, po raz drugi zbierając całą swoją odwagę, gdy swoją odpowiedzią trafia w sedno, w oku staruszka dostrzega błysk. Od tego zaczyna się ich historia. Od żółtych koników polnych i od „O powstaniu gatunków”, które Dziadek wręcza do poczytania swojej jedenastoletniej wnuczce w roku 1899 w swojej bibliotece zawsze zamykanej na klucz.
Piękna, świetnie napisana, wspaniała, mądra książka! Bzyczy w niej mnóstwo owadów, miauczy kot, gąsienice przeistaczają się w ogromne ćmy, szczekają psy, skaczą koniki polne i co wieczór nad trawami unoszą się świetliki – możesz wziąć udział w konkursie świetlikowym i starać się wypatrzeć pierwszego tej nocy. A na oknie, ochraniana przez cztery drżące dłonie, rośnie Roślina. Być może to nowy rodzaj wyki, dotąd nieznanej i nieopisanej, który znaleźli dziadek z wnuczką na jednej ze swoich naukowych eskapad? Jaki piękny byłby to prezent, jakie wspomnienie, w zamian za ciężką pracę nad badaniem okolicznej przyrody!
To książka o determinacji w realizacji marzeń, o byciu sobą – bez względu na konsekwencje, o przełamywaniu strachu i stereotypów, o sięganiu wyżej, chwytaniu mocniej, nie puszczaniu, choćby nie wiem co. To książka o zalążkach emancypacji kobiet – brzmi górnolotnie i nie jak temat na książkę dla dzieci, ale tak właśnie jest – Calpurnia woli pisać niż szyć, woli mikroskop od chochli i w jej jedenastoletniej głowie kiełkuje myśl, że niekoniecznie musi wychodzić za mąż, może iść na uniwersytet, uczyć się, badać, szukać, stawiać pytania i nawet na nie odpowiadać. Tego lata dociera do niej niesprawiedliwość ograniczeń, jakie narzuca jej własna płeć – z zazdrością i tęsknotą patrzy na swoich braci, którzy wybiegają na dwór, by kakać i oddychać, podczas gdy ona dusi się nad czarno-białymi klawiszami, w zamkniętym, parnym domu… Ale Callie znajduje w sobie siłę, by wyjść na zewnątrz, popędzić nad rzekę, zamoczyć w niej stopy i zbadać, co rośnie wokół, a co żyje w jej głębinach. Jest silniejsza, niż jej się wydawało, ale tylko dlatego, że nie jest sama. Bo to także historia miłości dziadka i wnuczki, historia rodzącej się przyjaźni, historia odkrywania drugiego człowieka. Ramię w ramię łapią motyle, wyrywają rośliny z ziemi (nie uszkodź korzenia, oczyść, zapisz koniecznie, gdzie znaleźliśmy okaz!), przeszukują wielkie księgi, analizują dzieło Darwina. Dziadek kształtuje Calpurnię, być może nie do końca tego świadomy, być może zafascynowany jej zapałem do zdobywania wiedzy, być może odnajdując w niej siebie i chcąc dzięki niej naprawić swoje błędy – przede wszystkim tę ogromną stratę czasu, gdy robił coś, co musiał, a nie to, co ukochał. W całym wielkim domu, pełnym ludzi dużych i małych, znalazł w końcu, u kresu swojego życia, osobę, która w pełni go rozumie, docenia i wie, jakim brzemieniem może być pochodzenie i stan posiadania. Obydwoje czują dokładnie to samo, choć każde na swój sposób. Są w tym rozumieniu siebie nawzajem tacy piękni! Ze wzruszeniem spoglądam na nich, jak idą razem po łące, jak Calpurnia z ufnością wsuwa swoją dłoń w starą, pomarszczoną rękę dziadka i jak on, trochę zaskoczony, uśmiecha się i już nie chce jej puścić, z dumą patrzę, jak fotografują się we dwójkę w zakładzie fotograficznym, jak piszą razem ważny list do Towarzystwa Naukowego, pzredstawiając Roślinę, ze śmiechem obserwuję, jak dziadek daje Calpurnii spróbować swojego alkoholu, zapominając, że naprzeciw niego siedzi jedenastolatka, a Callie próbuje trunku w imię nauki. To magiczna więź – więź która ubogaca obydwoje, która Calpurnię uwzniośla, bo ktoś w końcu traktuje ją poważnie i słucha jej, prawdziwej jej, a dziadka odmładza, daje mu siłę i taki codzienny zwykły uśmiech.

Co pozostaje? – dziękczynić! Że żyjemy w wieku XXI i możemy decydować o sobie, że „O powstaniu gatunków” możemy czytać bez przeszkód, możemy myśleć bez przeszkód, uczyć się, badać, zbierać rośliny i łapać motyle, a nawet obciąć włosy na króciutko, dokładnie tak, jak chłopcy. I tylko, żeby nie zawieść Caluprnii! Żeby umieć z tego mądrze korzystać! Przecież to ewolucja...





2 komentarze:

  1. Ustawiłam się w kolejce do czytania :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. @zakladka Warto - to piękna, świetnie napisana powieść!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...