Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

537.PIERWSZY PONIEDZIAŁEK PO URLOPIE


SHAUN TAN
„CYKADA”
(TŁ. ŁUKASZ BUCHALSKI)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ AUTOR

Któregoś razu biegłam, już spóźniona, do biura. Zaczepił mnie chłopak, z identyfikatorem na szyi, podsuwał długopis i kartkę, chciał podpis, ale śpieszyłam się i nie słuchałam go dobrze. Gdy byłam już ze trzy kroki od niego, dotarło do mnie co mówił: „Pomóżmy sobie, proszę podpisać petycję o skrócenie czasu pracy do 7 godzin dziennie...”. O ironio!
Mój czas jest pokawałkowany. Mój czas jest posiekany. Mój czas dzielę między rodzinę a pracę. Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy praca zjada więcej i wypluwa mnie mokrą od potu na kanapę w dużym pokoju, przed telewizor, przed którym zamykam oczy jeszcze zanim skończą się napisy początkowe jakiegoś filmu, który bardzo chciałam obejrzeć. Gdy książka, którą czytam, wypada mi z dłoni i spada na podłogę, a nawet to mnie nie budzi… Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy mała ręka mojej Córki wkłada w moją, większą, pędzel, plastelinę, książkę, klocki, karty, a z nich wypada wszystko, bo jestem zmęczona. Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy w pracy, zamiast pilnie stawiać kolejne wirtualne literki na ekranie komputera, odwracam głowę od wirtualnej kartki i myślę o uśmiechu mojej Córki. Obliczam w głowie skomplikowane działania matematyczne i wynik zawsze wychodzi ujemny – za dużo czasu w pracy, za mało tam, gdzie naprawdę chcę być… Choćbym nie wiem jak mocno kochała to, co robię zawodowo, zawsze siedząc zamknięta w czterech ścianach biurowca, tęsknię do szumu morza, do powietrza, do moczenia stóp w jeziorze, do plucia pestkami czereśni w niebo, do drzew, do śmiechu, do luźnych dresowych spodni, do rozczochranych włosów, do leżenia w łóżku rano, z otwartą książką, do spaceru na mostek, żeby pograć w misie-patysie…
A co ma powiedzieć Cykada? Siedemnaście roków bez chorobowe i bez pomyłka wprowadza dane. Śpi w biurze. Je w biurze. Oddycha w biurze. Żyje w biurze. Wciąż tylko klik-klik-klik-klik. Czy umie usłyszeć jeszcze jakiekolwiek inne dźwięki, poza klawiszami komputera? Czy rozróżniłby jeszcze śpiew ptaka od gitary elektrycznej? Siedemnaście roków… poniżenie, ból, niewiara we własne siły. Shaun Tan przedstawił ekstremalny obraz pracownika - „Cykada nie człowiek”, więc nie może skorzystać nawet z toalety w budynku, musi jechać do miasta i zawsze obcinają mu za to pensję. Wykorzystują, pomiatają, nie doceniają. Czy Cykada w ogóle umie się uśmiechać, mając takie życie? Nie żyjąc, tylko pracując? Po plecach przebiega mi dreszcz. To mocna książka. Bolesna. Ale też skłaniająca do refleksji. Bo nagle Cykada odchodzi (po siedemnastu rokach!!!) na emeryturę. Nie ma pożegnania, jest tylko polecenie – posprzątaj biurko! Zawsze przecież znajdzie się jakaś inna cykada na miejsce tego… I co będzie na końcu? Stoi na szycie budynku, na ostatnim piętrze biurowca-drapacza chmur. Czy stracił sens życia, skoro do tej pory był tylko pracą? Zdradzę tylko, że to picturebook do myślenia. Do zastanowienia się. Do przystanku. Do oddechu. Do tej sekundy, gdy w porannym biegu, obijając się jak piłeczka we flipperze o kupno biletu, rozlaną kawę, uciekający autobus, padający deszcz, spóźnienie! wieczne spóźnienie! - przystanąć, zamknąć oczy, przestać… Być przez tę sekundę tylko tym, co ma się pod powiekami. Może niebo, może czerwony balonik, może morze, może uśmiech dziecka, może pocałunek męża na do widzenia, może słodki smak czekolady rozpuszczającej się na języku...
Przystanąć.
Nie zapominać o sobie.
Shaunie Tan, znów jest pięknie, wiesz, prawda?







czwartek, 2 sierpnia 2018

536. MA.MA


HÉLÈNE DELFORGE
MAMA”
(TŁ. MAGDALENA I JAROSŁAW MIKOŁAJEWSCY)
MEDIA RODZINA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ QUENTIN GRÈBAN

Wiedziałam już, że jesteś. Przykładałam rękę do brzucha i chciałam być naraz tu i w środku samej siebie, żeby zobaczyć Cię jak najszybciej i wiedzieć, jaki masz kolor oczu.

W którym momencie zostałam mamą? Wtedy, gdy się urodziłaś? Wtedy, gdy dowiedziałam się, że jesteś? Wtedy, gdy oplotłam nogami Twojego ojca? Oglądam się przez ramię, ale nie umiem powiedzieć, kiedy po raz pierwszy się tak nazwałam…

Noszę w sobie dużo obrazów – są lekkie i ciężkie, czarno-białe i kolorowe, prześwietlone zachodzącym słońcem i ciemne od głębokich nocy, w których zapominałam, jak się śpi. Chętnie wyrzuciłabym te brudne, na których niewiele widać, albo widać zmęczenie, stres i otwarte do krzyku usta. Ale przypominam sobie, że żadna matka nie jest doskonała, że z tego też się składam. Układam je z powrotem w sobie i wierzę, że kiedyś je oswoję.

Ile razy w życiu usłyszałam słowo „mama” z Twoich ust? Ciekawe, czy ktoś prowadzi rejestry i na końcu drogi poda mi dokładną liczbę, łącznie z tymi razami, gdy nie zdążyłaś dokończyć sylaby, a ja już byłam przy Tobie.

Lubię iść z koleżankami na piwo. Językiem wcierać gorzki płyn w podniebienie, śmiać się i przeklinać, tańczyć bez butów w ulubionej knajpie. Lubię to, gdy wiem, że Ty i Twój ojciec zasnęliście razem nad książkę. I gdy wiem, że wrócę do domu, zajrzę do Twojego pokoju i będziesz tam, choć we śnie, gotowa do dobra-noc-nego pocałunku. Zawsze całuję Cię na dobranoc.

Nie umiałam kołysanek i czasami nocą śpiewałam Ci kolędy. Albo wyglądałam przez okno i wyśpiewywałam wszystko to, co widziałam za szybą, w świetle latarni.

Tak bardzo lubię Cię przytulać, tak idealnie pasujesz do mojego ciała.

„Wykapana mama!” - słyszę, gdy idziemy razem za rękę. Uśmiecham się tak szeroko, że nie mam już więcej buzi. Taka duma z naszej nierozłączności.

Czy wiesz, że obojętnie, co mi się w życiu przytrafi, to już zawsze, na zawsze będę „mamą” i nic tego nie zmieni? To taki dar, mieć w życiu chociaż jedną stałą rzecz.

Ta książka wywołała we mnie lawinę myśli, słów, strzępki zdań, okruchy domorosłej poezji, kilka łez, które spadły na przewracającą kartki dłoń, tę emocjonalną burzę, która kazała mi biec do dziecięcego pokoju i sprawdzić, czy na pewno jest tam moja Córka i czy sobie nie wymyśliłam tego szczęścia.
To kawałeczki historii, poskładane w słowo „mama”. To różne kobiety, które łączy to, że są matkami, zamknięte na kartach jednej książki. Gdyby stanęły obok siebie, różniłoby je zapewne wiele – kolor skóry, model wychowania, długość włosów, ubiór, ale pozostałoby jedno – miłość do dziecka. Bezgraniczna, choć czasem bardzo, bardzo trudna. Ja też staję w tym szeregu. Oglądam się ciekawie na pozostałe, porównuję, oczywiście, że porównuję, ale jednego porównać się nie da – siły uczucia. Każda kocha, choć każda na swój sposób. To taka trochę poezja, trochę proza, impresje, miniatury, które mówią o miłości matki do dziecka i dziecka do matki. O bólu rodzicielstwa i o tym, że to najpiękniejsza przygoda, jaka może spotkać matkę. Wzruszająca, nostalgiczna, czasem słodka, czasem jak piołun.
I te zachwycające, olśniewające ilustracje! Same w sobie są historiami, dopowiadają wszystko to, czego nie mieszczą kalekie, ograniczone słowa. Od kilu, kilkunastu dni znajduję tę książkę wszędzie – leży na parapecie, na stole w kuchni, na szafce nocnej, na poduszce, na pralce, pod talerzem z zupą. Przeglądam ją, tysięczny raz, czasem od deski do deski, czasem tylko wyrywkowo, zatrzymując się na jednym, dwóch obrazach. Czytam lub tylko patrzę. I odkładam ją tam, gdzie właśnie stałam. A potem bezwiednie przenoszę dalej. Po prostu chcę być blisko niej, bo człowiek chce być jak najbliżej piękna.









środa, 1 sierpnia 2018

535. NIE PAMIĘTAMY


MONIKA KOWALECZKO-SZUMOWSKA
„FAJNA FERAJNA”
BIS, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA ELŻBIETA CHOJNA

Nie, nie pamiętamy wystrzałów bomb na ulicach. Nie, nie pamiętamy ciemności całkowitej, która panuje w zamkniętej piwnicy bez okien, podczas nalotu. Nie, nie pamiętamy, jak bardzo daleko jest z punktu A do punktu B, gdy jest się małą dziewczynką i niesie się meldunek. Nie, nie pamiętamy, jak to jest trzymać w dłoni pistolet. Nie, nie pamiętamy smrodu kanałów ściekowych, którymi trzeba przejść z jednej dzielnicy do drugiej. Nie, nie pamiętamy, jaki ciężar ma ciało przyjaciela, który umiera na twoich rękach… Na szczęście. Dzięki temu, że ktoś to przeżył za nas.
Te wszystkie charakterystyczne „P” na koszulkach, majtkach, zderzakach samochodów i tatuażach to bujda na resorach! Może bardziej bym w nie wierzyła, gdyby hasło brzmiało „Nigdy więcej!”. Bez wykorzystania symbolu batalionu Parasol...
Oczywiście – pamięć o powstańcach jest ważna. O ich poświęceniu, odwadze, mocy, sile, o ich upokorzeniu, strachu, lęku, bólu, o śmierci. Taka pamięć na co dzień, nie tylko 1 sierpnia od 17 do 17.30. Pamięć po cichu, w samym sobie.
Jak tę pamięć pielęgnować?
Na przykład czytając.
Monika Kowaleczko-Szumowska napisała (wraz z powstańcami) piękną książkę. Wszystkie opowiadania zostały napisane na podstawie relacji zachowanych w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. I na podstawie rozmów. Bo z częścią bohaterów tej książki autorka rozmawiała twarzą w twarz.
Zaczęło się od Mirka Jajko – od dziesięciolatka, który ni mniej ni więcej, tylko uciekł z domu do Powstania. I trafił do „Ziuka”.
Najmłodszy zaprzysiężony żołnierz Armii Krajowej miał 9 lat. „Wychowywała mnie mama harcerka i tata ułan z 26. Pułku Ułanów, który bił się wszędzie tam, gdzie była sposobność i potrzeba walczyć za Polskę”. [s.26]. Nie walczył z bronią w ręku, ale walczył inaczej – nosząc paczki, listy, lekarstwa, amunicję, broń, odgruzowywał zakopanych i przeprowadzał ludzi przez tereny opanowane przez Niemców. Wciąż nie może sobie darować, że nie pożyczył pękniętego hełmu swojemu koledze, też Jureczkowi, a chwilę potem kolega umarł na jego rękach od postrzału w głowę…
„Miki Bandyta” był Żydem, który ukrywał swoje pochodzenie przez całe Powstanie, stracił rodziców, pseudonim wybrał sobie wygrzebując z pamięci film Dinseya i był przekonany, że wybuch Powstania to był prezent od miasta na jego 13 urodziny.
Jaga była najstarsza z opisywanej tu ósemki. I chyba najweselsza. Urodzona optymistka. Tylko jej mogło się zdarzyć, że gdy nocą miała przenieść meldunek na drugą stronę Alej, pierwszy raz jako nocna łączniczka, to do jej nogi przyczepiło się wiadro i narobiło rumoru na całą ulicę…
Kazimierz pracował w drukarni, roznosząc gazety, a wieczorami rozklejał na murach plakaty. Szczególnie lubił ten z hasłem „Tygrys do budy”, bo nienawidził niemieckich czołgów.
„Hipek”, lat 14 – w Powstaniu obsługiwał granatnik i przeprowadzał ludzi przez kanały. W kompletnej ciszy i bez światła. „Gdy przyszedł rozkaz, żeby stworzyć dwa oddziały 'kanalarzy', wybrano między innymi naszą drużynę. Nie powiem, żebym był zachwycony, ale w Powstaniu nie było gadania: to chcę, a tego się brzydzę. Wykonywało się rozkaz i już.” [s.87]
Basia przeżyła cudem. Tak samo, jak jej wujek Stasiek, który mieszkał w piwnicy swojego domu przez pół roku, nie wychodząc na zewnątrz. To był „warszawski robinson”.
Dla Halusi najważniejsze były jej zwierzęta i gdy popędzana przez Niemców wychodziła ze schronu w swojej piwnicy (w butach ukrywając dwie złote obrączki), to wzięła pod pachę psa Perełkę i kota Psotkę, bo bez nich nie potrafiła żyć.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dzieci z tej książki potraktowały Powstanie jako przygodę. Nie jako zabawę, ale jako przygodę właśnie. Jako coś ekscytującego. Nie jeden raz pada w niej stwierdzenie - „a co jeśli wojna się skończy, a ja nie zdążę iść walczyć?”. Powodem tego był chyba fakt, że gdy wojna się zaczynała, mieli po kilka, kilkanaście lat. Wojna w nich wrosła. Musieli umieć wojnę na pamięć, jak tabliczkę mnożenia – inaczej nie mieli szans na przeżycie. To był chyba trochę taki wielki plac zabaw, gra terenowa, w której trzeba poznać reguły, a potem stosować się do nich tak, żeby dojść do mety. Często to ich rodzice grali w tę grę, zaszczepiając im „bakcyla”. Mieli niezły ekwipunek – pistolety pochowane w zakamarkach domu, nielegalną prasę i pewnie puszki z konserwami. Wojna to była tych dzieci codzienność, rzeczywistość, w tej wojnie już się nudzili, chcieli poziom wyżej, na następną planszę. I tu nadarza się okazja – Powstanie! Śmierć chyba nie była dla nich do końca realna. To chyba było jak gra komputerowa – wierzyli, że mają nieskończoną liczbę żyć… Owszem, bali się. Gdy „Miki” miał zanieść listę żądań Niemcom, gdy powiewając biała flagą szedł sam przeciwko nim, mając przed oczami lufy karabinów, wpatrzone w jego czoło, to się bał. Poprosił nawet Jagę, żeby mu skombinowała szerokie spodnie, żeby nie było widać, że drżą mu kolana… Ale mimo wszystko Mirek Jajko uciekł i kłamał, że chce do wojska, bo jest sam, że jego rodzice i siostra nie żyją. I inne dzieci kłamały na temat swojego wieku, żeby ich tylko przyjęli do batalionów i dali walczyć przeciwko wrogowi, za ojczyznę...
Monika Kowaleczko-Szumowska opisała historie tych dzieciaków bez zbędnego patosu. W prostych, żołnierskich słowach. Ale z wielką miłością i sympatią. Z należytym szacunkiem. Z atencją. Ale i z elementami humorystycznymi. Dokładnie tak, jak może zapamiętać wojnę dziesięcio-, dwunastolatek.
I ilustracje… Dla mnie mistrzostwo świata! Symboliczne, nie zawsze oczywiste, nie nazbyt artystyczne, nie malarskie. Raczej też w „żołnierskich słowach”. I w kolorach wojny – biel, czerń, szarość i czerwień. Idealne!
Dlatego to taka ważna książka. Pierwsza, którą można wykorzystać do rozmów z dzieckiem o wojnie. Nieśmiałych. Nieco nieporadnych. Pełnych niewygodnych pytań.















Odchodzi piękne, mocne, odważne pokolenie. Odchodzą ludzie, którzy się nie wahali, nie zastanawiali, bo tak zostali wychowani – ojczyzna to wyższa wartość, której trzeba bronić zupełnie tak samo jak swojego mieszkania, samochodu, portfela, jak, przekładając na dziecięcy, współczesny język, ulubionego zestawu klocków LEGO. To coś, co było oczywiste, co nie podlegało analizom.
Odchodzą ludzie, opisani w tej książce. Odchodzą Mirek, Jaga, Jureczek, „Miki”, Kazimierz, Basia, „Hipek” i Halusia. Za chwilę nie będzie żadnego z nich. Za chwilę zostaną tylko w książkach, na fotografiach, które zaginęły, na taśmie z nagraniem, która rozciągnęła się i nic się już z niej nie da odczytać…
Czy patrzą na nas teraz z radością i dumą? Czy właśnie po to oddali swoje życie, zdrowie, młodość?
Dziś widziałam mem, na którym młody człowiek mówi: „Tak, oddałbym życie za ojczyznę!”. A ktoś mu odpowiada: „A nie umiesz zabrać ze sobą z plaży śmieci!”. Na szczęście nikt od nas, od naszych dzieci nie wymaga, żeby wziąć broń, która na co dzień leży w worku z cebulą za kuchenką i iść zabijać Niemców w obronie swojej stolicy. Bycie patriotą w tych czasach jest znacznie łatwiejsze. Więc dlaczego tak trudno nam zadbać o to co mamy, co dla nas wywalczono? Postarajmy się dla Mirka, Jagi, Jureczka, „Mikiego”, Kazimierza, Basi, „Hipka” i Halusi.