Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 24 marca 2019

611. TYLKO SIĘ NIE WYPROWADZAJ!


Już wiadomo – wyprawa na Antarktydę się nie udała (ale jakaż to była piękna katastrofa!!!). Już wiadomo, że nadopiekuńcza mama Archera wyciągnęła z tej przygody konsekwencje – Archer już nie mieszka w swoich niezwykłym, tajemniczym domu, wypełnionym wypchanymi zwierzętami (które akurat z nim lubią sobie uciąć pogawędkę), mapami, lupami, książkami i innymi pamiątkami z podróży. Mieszka teraz w szkole z internatem. Ze swoimi przyjaciółmi – Oliwierem i Adelajdą rozmawia tylko poprzez listy. Opowiadają mu na przykład o nowej sąsiadce, Kanie, która podobno wpadła do studni życzeń (bo zapomniała wypuścić z ręki monetę) i teraz umie przepowiadać przyszłość. Chłopiec bardzo za nimi tęskni. Chociaż w Kruczym Lesie nie jest w sumie tak źle. Archer zaprzyjaźnił się z Beniaminem, swoim współlokatorem, który jest zafascynowany roślinami i z którym bez przeszkód może rozmawiać o swoich dziadkach. Bo wiadomo też coś innego – dziadkowie Archera żyją! I wracają do domu. Jest tylko jeden problem – w mieście huczy od plotek. A plotki są podsycane przez „Kronikę miejską”. Podobno dziadkowie Archera sfingowali swój wypadek i swoją śmierć na lodowcu, ponieważ mieli problemy w Stowarzyszeniu Podróżników, którego dziadek był niegdyś prezesem. Oczywiście Archer nie wierzy w ani jedno słowo tych oskarżeń. Jeszcze bardziej utwierdza się w przekonaniu, że ma rację gdy w końcu, po tylu latach!, poznaje swoich dziadków. To dla niego magiczna chwila i nie psuje mu jej nawet mama, która usilnie stara się, by podczas przerwy świątecznej syn jak najczęściej był poza domem, jak najrzadziej w zasięgu głosu swoich dziadków. Nad miasto nadciągają nienaturalne mrozy i śnieżyce. Mieszkańcy upatrują w tym klątwy Helmsleyów i coraz więcej osób daje wiarę rewelacjom prezentowanym w „Kronice miejskiej”. Nie pomagają rzetelne artykuły w „Kurierze prowincjonalnym”, którego redaktorem naczelnym jest tata Oliwera. Archer postanawia wziąć więc sprawy w swoje ręce. Musi znaleźć dowody na to, że jego dziadkowie mówią prawdę. Nie będzie to proste, ale ręce ma nie tylko dwie. Oprócz swoich własnych są jeszcze przecież ręce Adelajdy, Oliwera, a teraz także Kany.
W przypadku pierwszej części bałam się o te dzieciaki jak matka – zastanawiałam się, czy nie zmarzną na Antarktydzie bez kurtek, czy nie umrą z głodu, czy nie wypadną za burtę, gdy będą płynąć przez Ocean Południowy. Teraz bałam się o nich jak każdy człowiek o innego człowieka, którego życie jest w niebezpieczeństwie. To już nie jest walka z siłami natury, to nie jest absurdalna wyprawa bez planu, utkana z marzeń i miłości do dziadków. Teraz to walka z realnymi ludźmi – z ludźmi, którzy mają interes w tym, aby zniszczyć rodzinę Helmsleyów. I uciekają się do metod rodem z filmów sensacyjnych. To strach o to, że czwórka dzieciaków staje naprzeciw bezwzględnych dorosłych, którzy mają siłę, determinację, plan i broń. I wielkie ambicje. I chęć zysku. Ale ta czwórka dzieciaków ma z kolei coś, czego nie mają ci dorośli – mają siebie! W pierwszej części to Archer był siła napędową ich wyprawy. Adelajda i Oliwer przyłączyli się do niego, bo mu uwierzyli i dlatego, że każde upatrywało w tej wyprawie czegoś dla siebie. Teraz bez swoich przyjaciół Archer nie miałby szansy, by choćby spróbować oczyścić dziadków z zarzutów. Adelajda, Oliwier i Kana są z nim na dobre i na złe. To banał, ale tak właśnie jest – Archer znalazł prawdziwy skarb, znalazł ludzi, którym może ufać bezgranicznie, którzy pokonują dla niego swój strach i swoje ograniczenia. Gdy trzeba to oni narażają się na niebezpieczeństwo w miejsce swojego przyjaciela. Tylko dlatego, że go kochają, że jest dla nich ważny. To przepiękna relacja! Wśród opisów pościgów, ucieczek, spisków, poszukiwań, wśród opisów map, labiryntów i trujących roślin, to właśnie okazało się dla mnie najważniejsze.
Kolejny raz przeczytałam książkę Gannona z wypiekami na twarzy. I „przeoglądałam”, bo ilustracje, jakie stworzył są dla mnie małymi (wielkimi!) dziełami sztuki. I mam nadzieję, że Gannon nie wyprowadza się jeszcze z tego nadzwyczajnego, wąskiego domu, że załata na dobre dziurę w ścianie (tak! źli ludzie w tej książce są naprawdę bezwzględni!), że pozwoli Archerowi i jego przyjaciołom i wstąpić do Żółtodziobów i że odbędziemy z nimi wszystkimi jeszcze niejedną podróż na koniec świata.







sobota, 23 marca 2019

610. STOPNIOWANIE SAMOTNOŚCI


DAVID WALLIAMS
„GANG GODZINY DUCHÓW”
(TŁ. KAROLINA ZAREMBA)
MAŁA KURKA, PIASTÓW 2018
ILUSTROWAŁ TONY ROSS

Wszystko zaczyna się od przeciągłego krzyku. Wyrażającego bezgraniczne przerażenie. To krzyczy chłopiec z wielkim guzem na czubku głowy. Krzyczy, bo właśnie odzyskał przytomność, a nad jego twarzą pochyla się jakaś inna twarz. Człowieka? Chłopiec nie jest przekonany. Niby tak, ale jest tak nieludzko powykrzywiana, powyginana, pomarszczona. Co prawda z tej twarzy wydobywa się całkiem przyjemny głos, który uspokaja, pyta o samopoczucie, troszczy się. Ale chłopiec nie bardzo chce ufać temu głosowi i jego właścicielowi. Tym bardziej, że niezupełnie wie, gdzie jest i skąd się tu wziął? Nie pamięta nawet swojego imienia. Zaraz, to było coś na „T”… Tom. Tom stopniowo i z mozołem odtwarza wydarzenia - znalazł się w Szpitalu Lorda Funta po tym, jak podczas lekcji WF dostał w głowę piłką od krykieta. Bądźmy szczerzy – nie jest mistrzem sportu. Nie jest w ogóle żadnym mistrzem. Jest ofermą. Bez przyjaciół. Zawsze wyśmiewany. Pokazywany palcami. I bardzo samotny. I jeszcze stęskniony za rodzicami, którzy zazwyczaj są „gdzie indziej”. Podróżują po świecie – ojciec wydobywa ropę naftową i zbija majątek, a matka wydaje ten majątek. Tom nie jest im do niczego potrzebny, więc mieszka w szkole z internatem. I marzy o tym, by jego życie było trochę weselsze i trochę bardziej znośne. A teraz trafił do szpitala. I ten okropny, przerażający człowiek transportuje go na noszach do sali na oddziale dziecięcym.
Tom poznaje grubego Georga po operacji, Amber z nogami i rękami w gipsie, Robina z oczami przewiązanymi bandażem i Sally – łysą dziewczynkę, leżącą w kącie sali. Poznaje to może ciut za wiele powiedziane. Sally cały czas śpi. A cała reszta zdaje się go ignorować.
Noc. Zegar bije dwanaście razy. Rozpoczyna się godzina duchów. Zwykłe dzieci o tej porze już śpią. Szczególnie te w szpitalach – wykończone całym dniem badań i próbami przywrócenia ich do zdrowia. Ale ta trójka dzieci jest niezwykła – ożywiają się właśnie wtedy. Cichaczem wymykają się ze swoje sali… Tom zaś cichaczem idzie za nimi. Okazuje się, że poznał właśnie Gang Godziny Duchów. Dzieciaki, które mają tylko jedną misję – spełniać dziecięce marzenia.
Uwielbiam książki Walliamsa! Są dowcipne – tym dowcipem, jaki chwyta dzieci w objęcia i wyciska z nich śmiech jak z tubki. To żarty często niewybredne, ale dzieci są niewybredne. To żarty przerysowane, czasem nieco suche. Bo dzieciaki śmieszą przecież pękające podczas WF spodenki, puszczanie głośnych bąków w bibliotece, papier toaletowy przeczepiony do buta, kichanie komuś w twarz czy naga staruszka lecąca nad dachami domów na ogromnym pęku balonów (no może to ostatnie nie jest suche ani trochę! I tak, owszem, mnie też śmieszy!). To wszystko jest w „Gangu Godziny Duchów”.
Ale jest też tajemnica – no bo co to jest właściwie ten gang? Skąd się wziął, kto nim kieruje? Jest dreszczyk emocji – Noszowy to naprawdę przerażający typ – jak wyciągnięty z horroru, tego dla najzupełniej dorosłych! Jest przygoda – zawsze tam, gdzie znajdzie się piątka dzieciaków (nawet jeśli jedno z nich może nie dożyć dnia następnego), na małej przestrzeni, jakoś tak sama generuje się nuda, więc tę nudę trzeba trach! raz a porządnie! A tutaj tych „trach!” jest od groma: pościgi, intrygi, wymykanie się szponiastej siostrze oddziałowej, ciemne piwnice, ciasne zaułki, pęki balonów, sterty lodu i dużo niepotrzebnego hałasu! Jednym słowem – recepta na dobrą książkę dla dzieci.
Ale na tej recepcie małymi literkami jest coś dopisane. To dopisek niewidoczny na pierwszy rzut oka – tak, żeby nie psuł zabawy, zjeżdżania po poręczy z 44 piętra i szalonych rajdów karetką po uśpionym mieście. Dopisano tam: „książka o wyższych wartościach – przyjaźni, miłości rodzicielskiej, akceptacji własnego ja, docenianiu drugiego człowieka.” oraz „Uwaga! Książka bardzo wzruszająca! Przyjmować na własne ryzyko. Mogą występować efekty uboczne w postaci niepowstrzymanego potoku łez, guli w gardle nie do wyplucia oraz zasmarkanych stron”.
Bo to jest właśnie siła książek Walliamsa – wypracował sobie pewien sposób mówienia do dzieci o czymś ważnym – sposób przewrotny, oparty na tanich żarcikach, z których czytelnik śmieje się mimochodem, jak ze śmiesznych filmików z kotami w roli głównej. Ale to działa, bo ani się obejrzysz, a ryczysz jak bóbr i uświadamiasz sobie, że to bardzo mądra i piękna książka.
Ta jest o spełnianiu marzeń. A tak naprawdę największym marzeniem każdego dziecka (każdego człowieka?) jest nie być samotnym. Czy samotność jest stopniowalna? Bo mam wrażenie, że w Szpitalu Lorda Funta na oddziale dziecięcym leżą najsamotniejsze dzieciaki na świecie! I nagle ta piątka samotnych dzieci oraz przywódca Gangu Godziny Duchów stają się sobie najbliższymi istotami na świecie – śmieją się razem, bawią się razem, jedzą razem koszmarne szpitalne jedzenie (na śniadanko jeden płatek kukurydziany zalany zimną herbatą. Smacznego!) i w końcu są szczęśliwe.
Czy wszystko się dobrze kończy? Jasne, to przecież Walliams! Ale to nie jest prosty koniec – nie wszyscy tu żyją długo i szczęśliwie. O nie! Bo Walliams nie oszukuje dzieciaków – nie każdego przecież da się wyleczyć, prawda? Ale najważniejsze, by codziennie czynić świat choć odrobinkę lepszym. A Gang Godziny Duchów robi właśnie dokładnie to.

piątek, 22 marca 2019

609. HOP NA WIELKIEGO PSA!


SVEN NORDQVIST
„SPACER W PSEM”
MEDIA RODZINA, POZNAŃ 2019

Co tu dużo mówić. Jesteśmy zakochane w słowie. Ja kocham je jak szalona, wielbię, hołubię, ubóstwiam. Nic dziwnego, że troszkę tej miłości wystąpiło z brzegów i się wlało w serce mojej córki. Ona też przepada za słowem. Docieka znaczeń. Uczy się ich dwoistości. Docenia skłonności słów do zabawy i gier. Nie mnie jednak, gdy trafiają do nas takie książki, jak „Spacer z psem” to wtedy szalejemy z zachwytu nad obrazami.
Ta książka nie ma bowiem słów. Złożona jest tylko z ilustracji. Sven Nordqvist jest mistrzem obrazu. Czytanie przygód Pettsona i Findusa zawsze trwa u nas bardzo długo, bo nigdy nie możemy się dość napatrzyć na te szczegóły, na te dowcipy, które poutykał w ilustracjach między tekstem. To właściwie niekończąca się przygoda, bo owszem, mamy swoje ulubione motywy, ale co rusz znajdujemy coś nowego dla siebie.
Tu jest prawie tak samo. Prawie, bo bez słów. Mała dziewczynka w czerwonej czapce bierze na spacer ogromnego białego psa swojej cioci. Co może być ciekawego w spacerze z psem po dobrze znanym miasteczku? Niby nic, ale gdy zacznie działać wyobraźnia, gdy spuści się ją ze smyczy i pozwoli jej swobodnie biegać, to nagle widzi się rzeczy, których być może wczoraj nie było na tej ulicy, na tym dworcu, na tej polanie. A dzieci mają zupełnie wyjątkowy dar przekształcania świata w wielki plac zabaw. Wszędzie znajdują pożywkę dla swojego zmyślania. A zmyślanie się rozrasta i zawłaszcza świat. Jeśli pozwolisz wyobraźni hasać, to nigdy nie będziesz się nudzić. Ta dziewczynka wie to doskonale. Możemy przypuszczać, że tę trasę z psem pokonywała tysiąc razy, ze zna każdy kamień i każdy zakręt. Ale gdy idzie pod rękę z wyobraźnią, okazuje się, że codziennie trafia do innego miasta. Dlatego zawsze jest taka uśmiechnięta i radosna!
Powinnam sprostować jedną rzecz - „ta książka nie ma słów”. Właściwie, to nie ma liter, a to wielka różnica. Dlaczego? Bo słowa są w niej niewidzialne, zaklęte. Trzeba je jakoś stamtąd wydobyć. Dla każdego formułą magiczną będzie co innego – dla jednych już sama dziewczynka z psem na smyczy, dla innych pani grająca swojemu psu na saksofonie czy chłopiec karmiący ogromnego chrabąszcza, jeszcze inni odblokują słowa widząc kota w spodniach w panterkę albo uroczą Panią Misiową zbierającą truskawki. Albo samochód królika stojącego w korku. Zaczną się porównania, zachwyty, niedowierzania. Zaraz za nimi zaczną się sypać opowieści. Może najpierw nieśmiałe i nieco zagubione, ale zaraz potem pełniejsze od szczegółów, rumiane przymiotnikami i wypełnione po brzegi ciągiem zdarzeń i zwrotów akcji. Połechtana obrazami wyobraźnia pracuje i bucha słowami. Wielką zaletą picturebooków jest dowolność interpretacji. Można naginać te obrazy w swoją stronę, rozciągać, dopasowywać, sztukować do swoich pasji, marzeń i wspomnień. Więc jeśli ktoś chce, to może nadać dziewczynce imię ukochanej przyjaciółki (albo swoje!), jeśli chce to ciocia może być babcią, jeśli chce, to wszystko może się dziać w jego rodzinnym mieście. Brak tu nakazów, zakazów i ograniczeń. Trzeba się tylko wyzbyć wstydu i uwierzyć w to, że ma się w sobie samym dużo opowieści. Więc hop! wskakujemy teraz na grzbiet tego wielkiego białego psa i jedziemy na nim do Krainy Bajdurzenie!









czwartek, 21 marca 2019

608. PRZED WIOSNĄ CZYLI WYCIECZKA DO ARGENTYNII


ANDREA DE LA BARRE DE NANTEUIL
„MADEMOISELLE OISEAU W ARGENTYNII”
(TŁ. ALICJA ROSENAU)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2019
ILUSTRACJE LOVISA BURFITT

„Jesień czuć kłębkiem świeżej wełny. A wiosna ma zapach płaczu. Czujesz to? (…) Chodzi o to, że wszystko ma się zacząć od nowa. To okropne, że wszystko zawsze musi zaczynać się od nowa.” [s.6] – mówi Mademoiselle Oisau do Isabelli. Isabella leży w łóżku. Od tygodnia się nie uśmiechnęła. Nie pomaga nikt i nic. Wszystkie znane do tej pory sztuczki Mademoiselle zawodzą. Isabelle czuje się ociężała i myśli, że będzie taka ciężka już zawsze. Jej nogi ważą tak dużo, jej ręce ważą tak dużo! Już nigdy nie podniesie się z wygniecionej pościeli! Oiseau oskarża wiosnę. Isabelle nie jest tego pewna. Ale Mademoiselle stwierdza po prostu, że „muszą odpocząć od tej irytującej pory roku”. I oto trzy postaci – piękna, szykowna kobieta w sukni, z boa z piór owiniętym wokół szyi i na szpilkach, kotka (to Seniorita Czaczacza) oraz szara dziewczyna w trampkach, wspinają się po chybotliwej drabinie na dach. I idą ścieżką – czy to normalne, że na dachach są brukowane ścieżki? – do miejsca, które ma przywrócić Isabelli uśmiech. Mademoiselle Oiseau zabiera swoją przyjaciółkę do Argentynii. To miasto nad miastem, Srebrna Kraina, pełna wszystkiego – światła, ludzi, dobrego jedzenia. I dziwnych zbiegów okoliczności, jakichś drobinek, jakiś znaków. Isabella zaczyna łączyć Argentynię z Argentyną, w której mieszkała jej babcia, żółtego motyla w ramce z identycznym żółtym motylem ze skrzyni jej babci, porcelanowe koty z wystawy antykwariatu w Argentynii z identycznymi kotami, które kolekcjonowała jej babcia…
Czym tak naprawdę jest Argentynia? Kto ją stworzył i dlaczego? I kim tak naprawdę jest Mademoiselle Oiseau, która nie lubi wiosny, bo wolałaby wszystko zostawić dokładnie tak, jak było? Dlaczego tak tęskni do przeszłości? Nagle pięknie wyjaśniają się wszystkie tajemnice z dwóch poprzednich tomów. Okazuje się, że ta historia ma zupełnie inny wymiar, zupełnie inny sens, niż mi się na początku wydawało. Owszem, to wciąż seria książek o silnych, mocnych kobietach, na których można się zawsze oprzeć. To wciąż seria książek o wierze w siebie, o tym, że każda z nas powinna ukochać samą siebie, postawić czasem samą siebie na pierwszym miejscu, znaleźć w sobie samej piękno. To seria o przemianach – tych, które tylko jedna kobieta może wywołać w drugiej kobiecie. To seria książek o przyjaźni – jakąż wielką siłę ma prawdziwa kobieca przyjaźń! Jaką nieokiełznaną moc! Jaką energię! Ale okazuje się, że najbardziej to książka o rodzinie.
Pierwszy tom mnie oszołomił wizualnie. W drugim zaintrygowała mnie tajemnica. Ale trzeci jest najpiękniejszy, najważniejszy. Wzruszył mnie tak, że późno w noc, gdy skończyłam czytać tę książkę, poduszkę miałam całą mokrą od łez. Odebrałam go bardzo osobiście. W porcelanowych kotkach ze skrzyni babci Isabelle widziałam korale z kuferka mojej babci. Skrzynię trzeba było otwierać w specjalny sposób, podważając nieco wieko i przekręcając odpowiednio klucz. Kuferek był stary, trzeba było ostrożnie odczepiać sypiące się zamknięcie… W książkowej Argentynie widziałam prawdziwy pokój z piecem, w którym babcia piekła dla mnie czasem jabłka. W żółtym motylu – tym najbardziej kruchym okazie ze skrzyni babci Isabelle, widziałam kubek mojej, ten, który stoi teraz w mojej szafce i z którego ona już nigdy się nie napije… Ta opowieść ma dla mnie trochę wymiar filozoficzny – jest troszkę o tym, gdzie ludzie idą po śmierci i czy można ich tam odwiedzić. Nie, nie zdradzam tu największej tajemnicy Mademoiselle Oiseau – tej niełatwo się domyślić.
Wydawnictwo Literackie zachęca, żeby czytać tę książkę wspólnie, z jakąś drugą, drogą, ważną kobietą. Tak, na pewno taka lektura będzie pełniejsza. Ale dla mnie ważne było osobiste spotkanie z tą historią, bardzo wsobne, nostalgiczne, wspomnieniowe. Oczyściłam się trochę, wylałam trochę starych, zastałych łez. Teraz mogę już wchodzić w wiosnę.







środa, 20 marca 2019

607. NO PO PROSTU TOTALNA MASAKRA!


POMYSŁ I SCENARIUSZ: BYSZTOR
OŁÓWEK I DIZAJN POSTACI: JASZCZUR
TUSZ, KOLOR, SKŁAD I MAGIA: ŁAZUR
OKŁADKA: JASZCZUR I ŁAZUR
„TOTALNA MASAKRA. TOM 1: BO GAGATA BYŁA GŁODNA”
POKEMBRY, 2019

Spotykają się trzej przyjaciele. Jeden ma w głowie masę historii. Drugi umie rysować. A trzeci tuszuje, koloruje i potrafi zrobić tak, że z rozrzuconych kartek będzie książka. I ci trzej przyjaciele oglądają te same zabawne kreskówki, czytają te same książki, śmieją się z tych samych żartów i ponad wszystko cenią sobie absurd i zabawę słowem. Dobrą zabawę. I jak spotykają się tacy trzej przyjaciele, to musi powstać komiks. Wybuchowy. Irracjonalny. Śmieszny. Kolorowy. Niejednoznaczny. No po prostu totalna masakra!
No więc spotkali się trzej przyjaciele, zrobili książeczkę, która ich bawi i co dalej? Trzeba teraz znaleźć czwartego do pary. Czwartym jest czytelnik. Ci trzej trochę się martwią, bo przecież nie wiadomo – łyknie te ich żarty? Spodobają mu się bohaterowie? Nie będzie czuł się urażony przaśnym (niekiedy) dowcipem? Podsuwają mu swoje dzieło i co? No po prostu totalna masakra!
Ja byłam tym czytelnikiem lekko zaniepokojonym, niepewnym. Co prawda tych trzech gagatków znałam już z doskonałej serii „W koronie”. Ale tam to było pouczające, jakieś powagą wszystko podszyte, mądre, inteligentne, edukacyjne nawet nieco. A tutaj? Kolor bije po oczach, jakaś Gagata i Ser Ardian (jeżu drogi, no muszę to powiedzieć, Ser (sir) Ardian jest serem! Serem rycerzem! Który wysławia się jak średniowieczny rycerz! No a przynajmniej tak, jak sobie to wyobrażamy. Toż to jest jeden z najznakomitszych bohaterów ever!!!), takie „kartunnetłorkowe” to wszystko… No po prostu totalna masakra!
Ale czytam… Strona numer 1 komiksu właściwego to rozpoznanie, delikatne stąpnięcie, jeszcze nie wejście do historii, bo na razie tylko Gagacie burczy w brzuchu. Strona numer 2 (i 3 przy okazji, bo to rozkładówka) – i wpadam w tę historię jak w czarną dziurę, nie ma mnie po prostu, jestem tam, w komiksie. No po prostu totalna maskara!
Jakie to jest dobre! Nie, absolutnie nie edukacyjne. Nie, absolutnie nie podszyte powagą! Ale diabelnie inteligentne! Ta zabawa słowem (jak ja lubię przyłączyć się do takiej dyscypliny sportowej!), ten purenonsens! No po prostu totalna masakra!
Streścić fabułę? Proszę bardzo. Gagata była głodna. Ser Ardian wpada w panikę, bo lodówka jest pusta. Ej, wróć, nie lodówka, tylko „mroźny karzeł”. To Gagata miała zrobić zakupy. Nie zrobiła. I co teraz? Dobrze, że Gagata jest pomysłowa. Wyszukuje w kalendarzu dzisiejszą datę – imieniny Brzygrzysławy. Pójdą do jakiejś Brzygrzysławy na imprezkę imieninową i najedzą się za darmo. I to jakich pyszności! Zupki pomidorowej, pierogasów, sałatki jarzynowej (przecież na imieninach w polskich domach – a Brzygrzysława wszak jest typowo polskim imieniem – ZAWSZE jest sałatka jarzynowa, czyż nie?).
Jest tylko jedna rzecz, którą muszą zrobić – przejść mega ważny test: test ciotecznego kizi-mizi. Nie będę tu opowiadać, jak wygląda taki test – po pierwsze każdy przechodził go w życiu chociaż raz, po drugie – sami autorzy stwierdzają, że cioteczne kizi-mizi jest zbyt straszne dla oka młodego czytelnika. Powiem tylko (no zdradzę to, no!), że Gagata i Ser Ardian zdali. I jest wyżerka. A wszystko zostaje popite… napojem gazowanym. I co? No po prostu totalna masakra!
Jak ja się przy tym komiksie naśmiałam! Jak ja go doceniam! Ba! Jak ja go wielbię! Ten humor to totalnie, absolutnie i bezwzględnie mój humor. I choć rozumiem, że nie każdy ceni sobie taki rodzaj bajdurzenia, to na dwie rzeczy chciałabym zwrócić uwagę. Po pierwsze trzeba być piekielnie inteligentnym, żeby tak się bawić słowem (i obrazem), żeby takie banialuki - pozornie bez sensu, ładu i składu – tworzyć. Po drugie – nie wierzę, absolutnie nie wierzę w to, że będzie ktoś, kto się nie uśmieje nad stroną o ciotecznym kizi-mizi. Ta scena (nie tylko ta oczywiście!) wymiata. No po prostu totalna masakra!
Jest jeszcze trzecia rzecz. Młoda czytelniczka, lat 6. Zachwycona komiksem od czubków palców po czubek głowy. Wliczając włosy od nasady aż po końce. Zapewne niebagatelną rolę odegrał w budowaniu tego zachwytu motyw prykania, pierdzenia, puszczania gazów, czy jak to tam jeszcze można nazwać. Ale mam wrażenie, że dzieci łykają purenonsens jak Gagata pierogasy. Dzieci nie pytają, dzieci się śmieją. Majka po pierwszym czytaniu buchnęła śmiechem na cały wagon (jechałyśmy pociągiem). I zażądała ponownej lektury. I powiedziała, że to jest absolutnie, od początku do końca, zupełnie śmieszne. No po prostu totalna masakra!










wtorek, 19 marca 2019

606.NIECH PRZYJDZIE PO MNIE ZŁODZIEJ WSPOMNIEŃ!


LAURA ELLEN ANDERSON
„AMELKA KIEŁ I ZŁODZIEJ WSPOMNIEŃ”
(TŁ. MARIA JASZCZUROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2019
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Tylko naderwałam kopertę. Tylko mignęła gdzieś charakterystyczna czcionka tytułu. A ona już uśmiechała się całą sobą. I wyciągała ręce. I wydała ten specyficzny okrzyk radości. „Ciekawe kto będzie tym złodziejem wspomnień?” - zaczęła się zastanawiać i zmusiła mnie do natychmiastowej lektury. No, może zmusiła to słowo nie na miejscu. Bo ja się wcale nie broniłam. Bo ja byłam równie ciekawa i równie niecierpliwa.
W tomie drugim na samym końcu, tuż przed czwartą okładką, pojawił się jakiś cień. Doskonale wiedziałyśmy, że ten cień, to złodziej wspomnień… Ciarki przeszły nam po plecach, zadrżałyśmy. Ale to wcale nie od kradzieży wspomnień zaczyna się trzeci tom.
Zaczyna się dość zwyczajnie, dość typowo, dość ludzko. Zaczyna się bowiem od kłótni – mama kontra córka. O to, co zawsze. O bałagan w pokoju. O to, że Amelka ciągle tylko czyta „Dorodną Dynię”, a nie chce grać na organach. A przecież gra na organach jest ważna, a pisemka o dyniach wprost przeciwnie. O to, że Amelka ma jasno wytyczoną drogę swojej kariery zawodowej (chce być dyniologiem), a Hrabina Kieł nie do końca chyba się z tym kierunkiem zgadza. I w końcu o to, że goblinowy klej zniszczył Amelce sukienkę! Hrabina Frywolita nie wytrzymuje! To już prawdziwa burza w piorunami – nie tylko zwykła kłótnia mamy i córki, jakich wiele – czy to w Nokturnii, czy to w Brokatowicach, czy to w Gdańsku, Warszawie czy Krakowie. Wszędzie jest dokładnie tak samo! Mamy zawsze wiedzą co jest najlepsze dla ich dorastających córek a córki wiedzą, że „nigdy nie chciałem żyć jak wy, jak wyjeżdżałem wyły psy”*. Bunt nastolatki w Nokturnii? Może nie do końca, bo Amelka gryzie się tą kłótnią z mamą i humor ma raczej wisielczy niż brokatowy. Mimo że następnej nocy czeka ją jej własne przyjęcie urodzinowe na Dyniowym Pustkowiu. Humor trochę jej się poprawia, gdy w drzwiach staje nowy nauczyciel – Sublimo. Ten gość z Brokatowic będzie uczył młode mroczne istoty gotowania. Ale to jeszcze nie wszystko. Prawdziwą bombą okazuje się konkurs, który ogłasza na zakończenie lekcji – ten, kto upiecze ciasteczka według jego przepisu i sprzeda ich najwięcej, wygra bilet do Dyniowego Parku Rozrywki. A wizyta w tym parku to największe marzenie Amelki! Zaślepiona chęcią wygranej zmusza Florkę i Kostka, swoich przyjaciół do pieczenia, choć oni woleliby bawić się w goblinowego berka. Tylko Tadżin równie mocno, jak Amelka cieszy się z konkursu, bo uwielbia piec i gotować. Tyle tylko, że on akurat źle się czuje. No i kolejna kłótnia, tym razem z przyjaciółmi. Tylko czy pokłócili się aż tak mocno, żeby nie przyjść na amelkowe urodziny? Bo gdy dziewczynka staje na Dyniowym Polu, okazuje się, że nie ma tam zupełnie nikogo – ani rodziców ani przyjaciół. Gdzie są wszyscy?
Jak zwykle jest obrzydliwie! Te wszystkie nory goblinów, chrupki z glutów i smażone pazury, ciasteczka z okruszkami z pępka i z gołymi ślimakami oraz biblioteki zagubionych kończyn! Błeee. Fuj… Ale pod tym całym szlamem (i pod brokatem oczywiście) jest książka o miłości, przyjaźni, poświęceniu, oddaniu, zrozumieniu, akceptacji i przebaczeniu. Serio, serio! To wszystko jest tam między wierszami i przyswaja się te wartości dożylnie, ale niepostrzeżenie. A czarno na białym, w tłustych literach, jest tylko sama akcja! Jakież tam są emocje! Jakież zwroty akcji! I ten jeden, najważniejszy twist, który zmienia wszystko to, czego dowiedzieliśmy się do tej pory o konflikcie Królestwa Światła i Królestwa Mroku! No i jest rozczulająca postać mumii Karola – co prawda epizodyczna, ale jak nie pokochać Karola, który „LUBI pchać taczkę i pomagać, a NIE LUBI robić innych rzeczy niż pchanie taczek i pomaganie”?
Z leciutkim uśmiechem politowania wspominam mój sceptycyzm co do serii „Amelka Kieł”. Z perspektywy czytelniczki, która połknęła w jeden dzień tom trzeci, początkowy znak zapytania wydaje się nie na miejscu. Bardzo szybko zmienił się w wykrzyknik, a teraz jest nawet trzema wykrzyknikami naraz. Szczególnie, gdy o serii wypowiada się czytelniczka M. lat 6. Jest cała w podskokach, w zachwytach i w brokacie. Węszy spisek, docieka, domyśla się i dywaguje. Reaguje żywo na każde zdanie, przypomina „pokaż rysunki!”, gdy ja pochłonięta lekturą zapominam zwrócić książkę w jej stronę. Kajam się. O, Amelko Kieł, wybacz, że nie uwierzyłam w ciebie od razu! Najlepiej niech przyjdzie do mnie złodziej wspomnień i zabierze mi to wstydliwe wspomnienie, żebym już więcej nie płoniła się, gdy pomyślę, jak rozpoczęła się nasza wspólna przygoda! I taki apel – matki, zawierzcie czasem swoim dzieciom bezgranicznie! Majka wszak wiedziała od razu – „Amelka Kieł” się czyta jak złoto. Albo jak brokat.










*Organek, „Ki czort”

poniedziałek, 18 marca 2019

605.MIASTO KONTRA CZŁOWIEK


ANNA WOLTZ
„STO GODZIN NOCY”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019

Czternastolatka sama w samolocie z Amsterdamu do Nowego Jorku? Jak to się stało?
Zaczęło się od smsów.
Te smsy pisał jej tata. Emilia nawet nie wie do końca co w nich było. Właściwie nie dała tacie szansy, by się wytłumaczył. Nie chciała z nim rozmawiać. Przyjęła za prawdę internetową wersję wydarzeń. Skoro wszyscy tak mówią, to przecież wiedzą...
Potem były wpisy na Facebooku, na Twitterze i wszędzie tam, gdzie można wyrazić (bezkarnie!) swoją opinię. Każda litera tych postów zawisała na Emilii i ciągnęła ją w dół. W końcu zasypały ją prawie całą, więc podjęła decyzję: STOP! Uciekam!
A może to był tylko pretekst? Przecież od zawsze chciała zobaczyć Nowy Jork!
Emilia lubi mieć wszystko zaplanowane. Więc i tym razem zaplanowała wszystko doskonale. Tony papierów, które wypluła drukarka, ułożyła schludnie w teczce. Plan miasta. Rozkład jazdy autobusów. Adres mieszkania, które wynajęła, płacąc kartą kredytową taty. Podrobione pozwolenie na lot z podrobionymi podpisami rodziców. To dla celniczki na lotnisku.
Wszystko szło gładko. Choć do samolotu wsiadała cała spocona z nerwów.
Do czasu aż stanęła przed drzwiami wynajętego mieszkania. Error. Drzwi zamknięte. Nie ten adres. Okazało się, że padła ofiarą oszusta. Nie ma gdzie spać, nie ma co jeść, bo wyjęła z bankomatu wszystkie pieniądze przeznaczone na ten dzień. Za drzwiami nie-wynajętego mieszkania jest młody chłopak, ciut starszy od Emilii. Ale nie wpuszcza jej do środka. Emilia musi radzić sobie sama. I radzi sobie dość kontrowersyjnie – na ulicy spotyka kolejnego młodego człowieka – blady, ledwo trzymający się na nogach, upada tuż przed nią, siedzącą na krawężniku. Ma zabandażowaną rękę i okazuje się, że tego dnia obciął sobie palec i właśnie wraca ze szpitala. Mieszka sam, więc Emilia korzysta z okazji i wślizguje się wraz z nim do mieszkania. Rano, gdy wychodzi po coś do jedzenia, spotyka dziewięcioletnią dziewczynkę, przykutą kajdankami do barierki przy schodach.
Wkrótce wszystkie te cztery osoby znajdą się w jednym domu. Stworzą mikrowspólnotę, pogotowie huraganowe. Bo nad Nowy Jork zbliża się huragan Sandy. Mówią o nim we wszystkich wiadomościach, ludzie podają sobie jego imię z ust do ust na ulicach. Nikt tak do końca nie wierzy w Sandy, ale z półek sklepowych znikają świeczki, puszkowane jedzenie, butelki wody i latarki. Czwórka nastolatków w zagrożonym katastrofą mieście będzie musiała postarać się po prostu przeżyć.
To historia o mieście w równym stopniu jak historia o czternastolatce zagubionej na jego ulicach. Co więcej, miasto z tej książki pokochałam od pierwszego wejrzenia. Drżałam o nie, chciałam je chronić, chciałam przykryć je dłońmi na mapie i nie pokazywać naturze. Anna Woltz napisała tę powieść po pobycie w Nowym Jorku, przez który w 2012 roku przeszedł huragan Sandy. Ja czuję tu autentyzm, prawdę, widzę sceny, które Woltz zaobserwowała w zranionym mieście. To miasto od razu stało się moim ukochanym bohaterem tej powieści.
Za to nie polubiłam Emilii. Wydała mi się zbyt egzaltowana, zbyt kategoryczna. Jej reakcja na to, co się stało, była zbyt gwałtowna, choć przecież przemyślana. Ale się zreflektowałam i postarałam się spojrzeć na nią oczami mnie samej, lat 14. Miałam w sobie identyczną stanowczość i brak miejsca na logiczne argumenty, na dyskusję. Widziałam świat czarno-biało, zero-jedynkowo. Nie dopuszczałam ułamków i szarości. Przekonana o własnej racji, potrafiłam walczyć do ostatniej kropli krwi. Dokładnie taka jest Emilia, która pakuje walizkę. Taka jest Emilia, która drukuje z internetu plan Nowego Jorku. Taka jest Emilia, która pisze list do rodziców, która okłamuje celniczkę i która wsiada do samolotu. Ale zupełnie inna jest na stronie 255, na końcu tej historii. Dojrzalsza, otwarta na dialog. Nie dojrzała i nie wyzbyta tego dziecięco-nastolatkowego przekonania, że „ja wiem lepiej”. Ale spokojniejsza. Z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, a nie wystawionymi do walki. Nie byłam przekonana, czy w tak krótkim czasie (tytułowe sto godzin) można przejść taką przemianę, ale uświadomiłam sobie, że pewne skrajne sytuacje sprawiają, że człowiek staje się plasteliną. Miękką. Podatną na ponowne ulepienie. Że huragan Sandy, który przeszedł przez Nowy Jork, kazał ludziom spojrzeć na świat na nowo. Przewartościować rzeczywistość. Zmienić postrzeganie. Jeszcze raz ustalić piramidę potrzeb. Spojrzeć w oczy prawdzie – jesteśmy krusi, nasz świat jest kruchy. To, że wszystko sobie poukładaliśmy, nie znaczy, że tak będzie zawsze. Że to nie runie. Bo przyjdzie huragan, zdmuchnie światło z wnętrza latarni, połknie prąd, pożywi się ciałami tych, którzy nie zdążyli uciec i okaże się, że jesteśmy bezbronni. Że nasze systemy alarmowe to bujda. A już na pewno mało ważne w obliczu katastrofy są wpisy na Facebooku i zdjęcia na Instagramie. Nie warto na nich budować życia. Warto budować je jedynie na relacjach. Na cieple dłoni drugiego człowieka, nie na jego zdjęciu profilowym. Emilia też zmieniła myślenie. Huragan przeszedł przez miasto, ale przeszedł też przez nią samą. I przez jej rodzinę. Okazało się, że ta rodzina nie była ze spiżu. Że była dziurawa. A przez dziury uciekała wciąż bliskość, miłość, zrozumienie. Niespostrzeżenie. Dlatego katastrofa zaskoczyła wszystkich. Na końcu tej książki jest już ta cisza po burzy. Śmieci. Zgliszcza. Zniszczenia. Trzeba będzie odbudować część miasta. Zjednoczyć się we wspólnym działaniu. Dokładnie to samo dzieje się z rodziną Emilii. To ładna, nienachalna paralela. I ładne podsumowanie – nadzieja na dobrą przyszłość dla tej pogruchotanej rodziny. Bo przecież Nowy Jork podniósł się z tej klęski, czyż nie?

wtorek, 12 marca 2019

604. SILNA!


KATE FORSYTH (OPOWIEDZIAŁA NA NOWO)
„MĄDRA WASYLISA I INNE BAŚNIE O ODWAŻNYCH MŁODYCH KOBIETACH”
(TŁ. WOJCIECH GÓRNAŚ)
TADAM, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA LORENA CARRINGTON

Była sobie autorka. Kochała baśnie. Ale martwiła się tym, że współczesne dziewczęta nie znają prawdziwych opowieści. Słyszą historie pełne kolorów, ze słodkim zakończeniem. Baśnie, co do których wiadomo od początku, że „żyli długo i szczęśliwe”. Baśnie, w których kobiety są śliczne, ale wątłe, a mężczyźni mężni i ratują je z opresji. Baśnie wypaczone we XXI-wiecznym marketingowo-reklamowym lustrze. Jeśli któraś dziewczyna usłyszała baśń straszną, mroczną, wyzutą z kolorów, to przeważnie było to męskie bajanie, które nie widziało w kobiecie siły, a jedynie piękno.
Autorka lubiła chodzić po antykwariatach i wyszukiwać książki z pożółkłymi kartkami, na których spisane były opowieści sprzed wielu, wielu lat. Opowieści, które przechodziły z pokolenia na pokolenie, z babki na matkę, z matki na córkę. Opowieści, które kobiety snuły dla kobiet. To były prezenty dla dziewcząt, które zrzucały małe kolorowe sukieneczki i doroślały. Opowieści, które miały być dla nich talizmanami – sławiące kobiecą siłę, odwagę, mądrość.
Pewnego razu autorka kupiła ilustracje do bajek stworzone przez australijską fotografkę. Zaczęła się wymiana listów – w nich myśli, fascynacje, zachwyty. Okazało się, że obydwie kolekcjonują stare baśnie, więc między dwoma kobietami zadzierzgnęła się więź. Powstał zalążek pomysłu, jakaś myśl o swojej wersji wydarzeń, spisanej na kartach książki. Autorka zaczęła opowiadać na nowo dobrze znane historie. Wysuwała na pierwszy plan dziewczęta, dając im przestrzeń, by mogły okazać swą wielką moc. Czasami stawiała na ich drodze pięknego księcia, bo tak to już w bajkach bywa. Zupełnie jak w życiu, gdzie kobieta zakochuje się i odtąd świat wygląda zupełnie inaczej. Ale podkreślała, że nie zawsze on musi walczyć o nią, że czasem to kobieta jest mocniejsza i idzie wojować ze światem, ze smokiem, z elfami czy ze złą czarownicą o ich wspólne szczęście. Bohaterki tych baśni nie czekają. Idą. Biegną. Walczą. Jeśli są o czymś przekonane, są zdolne do wszystkiego. Ale są też pokorne – znają moc natury i podporządkowują się jej prawom. Nie zawsze jednak to książę jest najważniejszy. W „Królewnie lalce” na przykład najważniejsza jest wolność, niezależność, szczęście rozumiane na swój własny sposób. A w „Skradzionym dziecku” kobieta poświęca się dla dziecka. I, co ciekawe, jest samotną matką. (Tak, to moje dwa ulubione teksty z tego zbioru).
Nawet znane baśnie czyta się zupełnie inaczej, gdy pozwoli się przemawiać kobietom. Gdy oddaje się głos autorce, a ona dzieli się prawem głosu ze swoimi bohaterkami. A gdy mówi kobieta, słychać zupełnie co innego, niż gdy przemawia mężczyzna.
Ta książka jest wyjątkowym projektem. Dwie kobiety spotkały się przypadkiem (nie przypadkiem!) i stworzyły coś, co chciały dać swoim córkom – zbiór baśni wzmacniających. Do tego na ilustracjach wystąpiły ich córki. Ilustracje w tej książce też są niezwykłe. To fotografie złożone z bardzo wielu pojedynczych ujęć – fotografka nakładała czasem aż 70 zdjęć jedno na drugie, by powstała jedna ilustracja! Do fotografii używa wszystkiego, co trafi w jej ręce – roślin, szkieletów zwierząt (kiedyś dostała od przyjaciół kompletny szkielet lisa, który znaleźli na spacerze w lesie!), patyków, z których buduje fantastyczne konstrukcje. Patrzy uważnie dookoła siebie i pod nogi. Widzi więcej.
Inspirują mnie takie książki. I myślę, że warto mieć pod ręką kilka egzemplarzy „Mądrej Wasylisy” - na urodziny, imieniny, zaręczyny, zaślubiny – dla naszych zaprzyjaźnionych kobiet, małych i dużych. Niech idzie w świat to przesłanie: jesteś silna!