Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 31 października 2013

104. PIOSENKA NA HALLOWEENOWE "DOBRANOC"


Zuzia Czerniak 

"Strach"


z płyty "Po cichutku"



103. HALLOWEEN IS HERE...! ŚWIERSZCZYKOWY LAMPIONOWY TUTORIAL

Nie pamiętam kiedy miałam ostatnio w dłoniach „Świerszczyk” - czy to było w przedszkolu, czy może później się jeszcze zdarzyło? Zadziwia mnie, że w zalewie kolorowych gazet, komercyjnych czasopism na licencji, ten mały owad wciąż gra... Pewnie w brzuchu ma teraz inną muzykę, pewnie pomaga fakt, że na prawej tylnej nóżce ma pieczątkę z logo Nowej Ery, ale jest, wciąż jest. I to na wysokim poziomie.
A kupiłam, bo zauważyłam gdzieś lampiony z duchami. I ducha na okładce. I ten napis „ Widma, zjawy i duchy” i podtytuł oswajająco-kojący „dla otuchy”.
Musiałam bardzo uważać, bo Majka chciała potraktować go jak wszelkiego typu gazetki reklamowe, które dostaje do ćwiczenia małych paluszków (rozdzieranie, darcie, wydzieranie, szarpanie, odrywanie, skubanie), a chciałabym jej zachować ten pierwszy własny egzemplarz „Świerszczyka” na czas, gdy halloweenowy lampion będzie potrafiła zrobić już sama. Albo z moją pomocą.
Bo wczoraj to ona pomagała – rozdzierała, darła, wydzierała, szarpała, odrywała, skubała dla mnie kawałki papieru śniadaniowego. I oczywiście czuwała nad przebiegiem całej plastycznej akcji. I sprawdzała, czy aby klej chwycił. I czy strach ma wystarczająco wielkie oczy.
A nawet Nasz klej okazał się być klejem z czarownicą na tubce!
Wczoraj nastąpiło uroczyste odpalenie lampionu, celem sprawdzenia natężenia grozy.
Efekt - fantastyczny!
Dziś będzie się palił przynajmniej do godziny duchów!













102.HALLOWEEN NIETYPOWO CZYLI CZY W OGÓLE HALLOWEEN POTRZEBUJEMY?

JOANNA PAPUZIŃSKA
„OPOWIEŚĆ”
MILA, POZNAŃ 2010
ILUSTROWAŁ STASYS EIDRIGEVIČIUS

[Żeby było wartościowo – Mila ruszy dla nas głową]

„Opowieść” to snucie i bajanie, to trzy historie, które splecione pięknymi obrazami, dostajemy w delikatnej, brązowej szkatułce. Jest „Opowieść”, „Ja” i „Czarna jama”.
Zaglądamy z niepokojem, z ekscytacją, z drżeniem serca i kończyn wszelkich...
Przepadamy...
Długo nie chcemy wychodzić na powierzchnię...
Zaczynam od „Czarnej jamy”, bo o niej chcę dziś pisać najbardziej...
W 1984 roku ten wiersz ukazał się drukiem pierwszy raz.
I został zakrzyczany, zdeptany, stłamszony.
Bo jak to – dzieci straszyć? Bo jak to - „patologiczny horror”? Bo jak to - „należy sprzedawać wraz z nervosolem i środkami nasennymi dla dzieci”?
Wydawca uciekł, wydawca się schował. Wydawca schował też resztę pracy swojej i „Opowieść”, która była już zilustrowana i tylko czekała na wydanie.
Teraz, prawie 30 lat później, zaglądam do „Opowieści” z szacunkiem i rozumiem wszystko to, co chciała pokazać Papuzińska.
Bo ona tylko stała obok i zajrzała w oczy swojemu synowi Antoniemu – to on te wszystkie bajania jej pokazał, to z jego świata zaczerpnęła te piękne wiersze, tylko je uporządkowała i ułożyła w jakieś rymy i rytmy, żeby dorosły mógł też zajrzeć w myśli dziecka.
„Opowieść” to historyjka o tym, jak tata ratuje mamę z wysokiej wieży-pułapki. Wcześniej było siedmiu innych rycerzy, próbowali walczyć ze smokiem, próbowali mieczy, okrzyków, strzelania... Żaden smoka nie pokonał, bo to nie dla nich była mama-królewna. Była od początku dla taty i gdy tata przyszedł pod wieżę, wystarczyło tylko cmoknąć na smoka, żeby zaczęła się rodzina...
Piękne, prawda?




Druga historyjka jest o myślach, co siedzą w głowie małego chłopca – czasem go słuchają, są mu posłuszne, a czasem po prostu są leniwe i leżą tylko pod sosną, obserwując niebo.
Niektóre są nieśmiałe, ale miękkie i ciepłe. A jeszcze inne wesołe, a jeszcze inne mądre...
Piękne, prawda?




I na końcu „Czarna jama”.
O tym, że w domu , w pokoju dziecięcym jest czarna jama, dziura, śliska, ponura i nie do zasypania. A chłopiec boi się w nią patrzeć, szczególnie, gdy jest sam w pokoju, w tych godzinach nocnych, najciemniejszych i najstraszniejszych...
I „nie wie tata, ani mama”.
Ale nagle, w przypływie niewyobrażalnej odwagi chłopiec zmierza w jej stronę...
I okazuje się, że można w niej mieć swoją kryjówkę. Przed wszystkimi strachami to właśnie w niej się chować.
Zamieszkać.
Piękne, prawda?






Cała ta książka jest piękna.
Nie bez znaczenia jest fakt, że otrzymała wyróżnienie w konkursie na książkę edytorskodoskonałą.
Nie do przecenienia jest fakt, że ilustracje do wierszy Papuzińskiej namalował Stasys Eidrigevičius. Niepokojące, ale nie można od nich oderwać wzroku. Niekolorowe, a wszystkie barwy w sobie zawierają. Niezrozumiałe, bo te oczy wielkie, a małe dłonie, bo mamie z wieży tylko głowa wystaje, bo ptaki głowę chłopca oplatają, ale sercem rozumie się sens każdej kreski.
Czytając tę książkę Majce myślę o dwóch rzeczach. Jedna jest taka, że przez te kilkadziesiąt lat nauczyliśmy się choć trochę szacunku do dzieci i nauczyliśmy się, że ich świat różni się od świata dorosłego. Że inaczej biegną myśli. I można jeszcze znaleźć w internecie głosy, że „Opowieść” jest fe i be, bo przecież straszy – tekstem, niepokojącymi ilustracjami, obrazami jak z koszmarów. Ale wiele osób obkłada też „Opowieść” w dodatkowy papier, żeby na pewno się nie zniszczyła...
A druga rzecz – czy w takim razie Halloween jest nam potrzebne? Czy warto straszyć dzieci, gdy w ich głowach siedzi i tak dużo myśli, które są czasem ciemne, straszne i drżące?
I mówię tak. I taki w mej, dorosłej, głowie pomysł, żeby potraktować ten dzień, jak terapię, jak impuls do wypuszczenia w szafy wszystkich strachów i duchów. Gdy córka będzie nosić kapelusz czarownicy, a syn w prześcieradło się odzieje i tylko oczy wytnie się w materiale ostrym scyzorykiem, warto zapytać - „Czego się boisz?”. Warto zachęcić „Opowiedz, bo może razem wejdziemy do ciemnej jamy i okaże się, że to najprzyjemniejsze miejsce w domu, gdzie można zaparzyć dobrą herbatę i gdzieś miś z laką będą odtąd przyjmować na audiencji...

[Miła Mila, że nam miły egzemplarz udostępniła]


101.PIOSENKA NA HALLOWEENOWE "DZIEŃ DOBRY"


Lena Litwińska, Liza Litwińska, Zuzia Czerniak, Marek Kochanowski 

"Duch w mieście"

z płyty "Po cichutku" 

środa, 30 października 2013

100.SŁOŃ NA SZCZĘŚCIE

LUDWIK JERZY KERN
„PROSZĘ SŁONIA”
CZYTA ANNA SENIUK
LITERÓWKA, WARSZAWA 2013
PROJEKT OKŁADKI DANIEL DE LATOUR

[Literówka nie zawsze musi być błędem!]

Nasz Słoń nie ma imienia. Mieszka z Nami dłużej niż istnieje Majka. Spotkaliśmy go kiedyś w jakimś markecie i Tata Majki jednym ruchem zgarnął go do koszyka - „No nie mogłem go tam zostawić!” Zaliczył z nami jedną przeprowadzkę i mieszkał na kilku parapetach – teraz mieszka na parapecie Majczynym, a czasem w jej biblioteczce. I wcale nam nie przeszkadza, że ma trąbę na dół – takie też mogą przynosić szczęście!
Nasz Słoń mógłby się nazywać Dominik, bo tak się nazywa Tata Majki i zdecydowanie uważamy to imię za najpiękniejsze męskie imię na świecie. Dominik nazywa się też jeden bardzo znany, bardzo klasyczny, acz bardzo niezwykły słoń.
Ten słoń mieszkał kiedyś na wystawie apteki i był dumnym jej logo – apteka zwała się bowiem „Pod słoniem”. A potem apteka nazwę zmieniła na „Pod lwem” i niestety Dominik musiał się wyprowadzić na strych. Tam czas spędzał leżąc na boku (bo tak go położono) i słuchał opowieści starych książek, które także na strychu mieszkały. Czasem słuchał też opowieści jakiejś sowy, czasem myszek. I jednego dnia na tym strychu znalazł go mały chłopiec- Pinio.
Otrzepał go, ba!, umył go nawet ściereczką i okazało się, że pod warstwą kurzu Dominik jest biały.
Bo istnieją słonie nie tylko szaro-bure, istnieją też słonie mleczne. Istnieją też słonie z porcelany. I Dominik był właśnie takim słoniem – białym, porcelanowym i zupełnie malutkim.
Pinio też był malutki, dużo mniejszy niż wszyscy koledzy w klasie. Przysparzało to nie lada zmartwienia jego rodzicom. Mama i tata wespół z doktorem, dokarmiali Pinia tabletkami na dodatkowe centymetry. Ale Pinio, zmęczony tym, że wszyscy wymagają od niego rośnięcia, postanowił tabletki ukrywać. Najlepszym miejscem wydaje się – trąba Dominika!
Wkrótce zaś Dominik przestaje mieścić się na półce... Tak jakby rozrasta się wszerz i wzdłuż, tak jakby jest większy coraz, tak jakby Pinio musi coraz wyżej sięgać, by do dominikowej trąby zmieścić kolorowe pigułki...
„Ferdynanda Wspaniałego” znają chyba wszyscy. A słoń Dominik, mam wrażenie, jakoś chyłkiem boczkiem przemyka i nie każdy wie, jak wygląda. A jest piękny, bardzo piękny! Jeszcze piękniejszy jest rysowany głosem Anny Seniuk.
Bo istnieją głosy idealne! Bo istnieją osoby, które w głosach mają moc tworzenia. Mogą z dźwięków utkać słoniowe uszy, słoniową trąbę i mocne, zwaliste nogi.

Anna Seniuk jest w tym fenomenalna! Nie czyta, ale bawi się tekstem, przeżywa go, czaruje nim. Każda postać ma swój własny głos – nie do wiary ile tych głosów mieszka w jednym jedynym głosie Anny Seniuk! (no czy ktoś jeszcze potrafi być czajnikiem?!)

TU chociaż mała próbka, maleńki fragmencik z 5,5 godziny.

Rozpływam się, rozanielam, bo słuchamy audiobooków dużo – ja znacznie więcej, niż Majka, bo sprzątanie, bo gotowanie, bo pójście na zakupy – a dawno już nie słyszałam tak z sercem wykonanego teatru głosowego! I cała płyta jest z sercem – no bo i okładka świetna i sam tekst genialny – taki staroświecki, ale nie przestarzały, mądry i zabawny. I niech ten słoń szczęście przyniesie „Literówce”, niech tylko nie zamieniają nazwy na „Pod lwem”!








[Dziękujemy Literówce za literalnie bezbłędny prezent]

poniedziałek, 28 października 2013

99.MOJA KOTKA M.

KATHE RECHEIS, FRIEDL HOFBAUER
„TAJEMNICA BIAŁEGO KOTA. BAŚNIE O KOTACH Z CAŁEGO ŚWIATA”
(TŁ. ANNA TARASKA-PIETRZAK)
ALEGORIA, WARSZAWA 2010
ILUSTROWAŁA ANNETT STOLARSKI

[Alegoria stawia na przekaz artystyczny, wydaje więc książki artyzmem urzekające]

Mój kot nazywał się Mruczka. Miał być Panem Kotem, ale okazał się dziewczynką. Była ze mną 13 lat. Indywidualistka. Złośnica. Smakoszka. Nie dawała wziąć się na kolana – a gdy sama zdecydowała o tym niewątpliwym przywileju, to ten, z kim się swoim ciepłem podzieliła, zastygał bez ruchu i liczył minuty. I nie śmiał oddychać, żeby jak najdłużej czuć jej futerko. I słuchać mruczenia. Dachowiec, pręgowany i dość zwyczajny, w szaroburym kolorze. Ale obdarzana miłością największą, bo dziecięcą.
Jestem kociarą, choć teraz żaden kot nie plącze się między moimi stopami, żaden nie łapie za pompon przy kapciach. Ale wciąż tropię koty, najchętniej te dachowe, bo są zwykłe, a niezwykłe.
Bo każdy kot nosi w sobie tajemnicę – ten, który łasi się do nóg i ten, który odwraca się ogonem. Nigdy do końca nie rozszyfrowałam, co odbija się w zielonych oczach mojej kotki.
Koty zebrane w tym tomie, to przegląd mruczenia w różnych językach. Jeden mruczy po japońsku, drugi po rosyjsku. Jest jeszcze ten ze skandynawskim, zimnym mruczeniem i ten, z Persji, który mruczy o cieple.
Autorki zebrały baśnie, rosnące na drzewach całego świata. Zainspirowały się klasycznymi bajkami, ale też takimi, po które trzeba wyruszyć na drugą stronę kuli ziemskiej. Wyciągnęły z nich gładkie futerka i ostre pazurki. Wytropiły różowe poduszki na łapakach.
I sprawiły, że znów siedziałam w fotelu i głaskałam futerko mojej kotki.
Jest kot, który pomaga młodemu, biednemu wieśniakowi w zdobyciu pięknej królewny – pokazuje, że najważniejsze jest wnętrze człowieka, a nie nabite kieszenie; są koty, które namalowane, ożywają, żeby pokonać wielkiego szczura, który rozpanoszył się w japońskiej świątyni; jest inteligentna szara kotka, która opiekuje się starym, wyrzuconym z domu kocurem – bo czuje szacunek do starszego od siebie, podziwia jego doświadczenie; jest kotka Braci Grimm, która pomaga młynarczykowi zdobyć młyn od jego pracodawcy – bo młynarczyk nie traktuje jej z góry i nie uważa za ujmę służenia kotu; jest kot mądrego człowieka, który sile fizycznej szczura przeciwstawia inteligencję; jest najposłuszniejszy kot na świecie, który pomaga swemu władcy odnaleźć na nowo sens przyjaźni; jest kotek, który wypluwa złote monety – ale tylko temu, kto naprawdę na nie zasługuje; jest perska kotka, która przygarnięta przez żebraka, tajemnymi swoimi mocami odpłaca mu za każdy kęs chleba; jest biały kot, który młodemu indyjskiemu księciu niesie radość życia i beztroską zabawę; jest genialny angielski król kotów oraz dwa moje ulubione – skandynawski kot, który nie może się najeść i połyka cały świat dookoła siebie, oraz japoński zapraszający kot, który machał łapką – postać inspirowana figurkami maneki-neko.
Jedne mają długie, puszyste ogony i lekkie przyjemne życie. Nie muszą się wysilać, żeby mieć lśniące futro. Są też takie, nad którymi ktoś musi się ulitować, żeby ich futerko mogło lśnić. Ale zawsze są sprawiedliwe, zawsze w tę rękę, która ich karmi, wkładają jakiś prezent – raz miłość, raz bogactwo, raz po prostu uśmiech.
Piękne, nastrojowe ilustracje, które nie od razu chwyciły mnie za serce. Są kocie, dwuwymiarowe. Na pierwszy rzut oka banalne, gdy się patrzy długo, okazują się być nieprzeciętne. Musiałam podejść do nich jak najbliżej, musiałam dać sobie chwilę czasu, żeby znaleźć w nich sens, tę nutkę tajemniczości, żeby oswoić oczy z ogonami, pazurami, uszami.
To nie zawsze bajki doskonałe. To czasem troszkę toporne, troszkę kwadratowe baśnie. Przeniesione przez autorki trochę po omacku. Ale malują koty jak żywe – spryt, wyrazistość, mądrość i tajemniczość. Zielone skośne oczy. Futro odbijające promienie słońca. I to przeświadczenie, że dokładnie wiedzą, kto jest dobry,a kto zły.
Bo nawet, jeśli moja kotka odwracała się ode mnie ogonem, to ten ogon machał wesoło - „pamiętaj, że tak też potrafię cię kochać!”.






[Dziękujemy Alegorii, że dzielą się z nami swoim pięknem]

niedziela, 27 października 2013

98.PEŁNIA RODZICIELSKIEJ DUMY

BENJAMIN CHAUD
„MISIOWA PIOSENKA”
(TŁ.JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁ BENJAMIN CHAUD

[Dwie Siostry- dwa razy więcej radości!]

Majka znalazła niedźwiedzia.
Znalazła go najpierw na ulicy. A potem jeszcze w operze. W lesie niedźwiedź był zbyt mało widoczny. No ale to w końcu jego naturalne środowisko. Nie wyróżniał się więc. Maskował. Krył.
Wszystko zaczyna się niepozornie – od jednej małej pszczółki...
Tata niedźwiedź już prawie śpi, sen zimowy go woła i już prawie, prawie miś jest w jego objęciach. Nawet już pochrapuje od czasu do czasu. Ale mały niedźwiadek ma więcej energii – jeszcze się broni przed zamknięciem oczu, jeszcze się rozgląda, jeszcze bada, jeszcze czeka na jakiś znak. I tuż nad jego głową przelatuje mała pszczółka. A tam gdzie są pszczółki, wiadomo, słodka, lepka przekąska w kolorze bursztynu. To impuls, na który czekał mały niedźwiadek, jak gilgotanie w nos – biegnie za pszczółką w nieznane...
Gdy tata niedźwiedź czuje chłód w miejscu, w którym powinien czuć tylko ciepłe futerko swojego syna, momentalnie sen odchodzi. Trzeba gonić niedźwiadka, znaleźć go i przyprowadzić do gawry – na sen, na odpoczywanie, na zimę.
Tylko, że znaleźć małego, psotnego synka to nie jest prosta sprawa. Dzieci się „zapatrzają”. Dzieci się fascynują. Dzieci skupiają się na kolorowym motylu, albo kolorowej piłce. I idą z nią, nie bacząc na świat dookoła. Są zdeterminowane, są ambitne – dojść do celu, złapać toczący się kształt – jedyne co się liczy. Trzeba być zdeterminowanym dwa razy mocniej, żeby móc pochwycić malca. A tata niedźwiedź ma opóźnienie czasowe. Ale na szczęście ma też trop. I idzie za nim, przez lasy, przez pola, do miasta, gdzie dużemu niedźwiedziowi nie tak łatwo się zgubić. Ale małemu trochę już prościej. Tylko, że tatę niedźwiedzia miłość prowadzi. I troska. I niepokój.

Docierają jeden za drugim do opery. I tam niedźwiedź będzie musiał zaśpiewać.



Genialna książeczka. Trochę tekstu, parę słów o tym, że najważniejsze to czuć ciepłe futerko synka obok siebie. Kilka linijek o tym, jak tata niedźwiedź poszukuje syna. I wspaniałe ilustracje, pełne szczegółów, pełne linii, kątów, figur. Dawno już żadna książka nie podgryzała tak mojej ambicji – zdeterminowana, razem z tatą niedźwiedziem, szukałam jego niesfornego synka. A nie jest to wcale proste – Chaud nie ułatwia, nie mówi - „oj, to dzieci będą szukać niedźwiedzi, pomóżmy im jakoś!” - jest bezlitosny, ukrywa futrzaki wśród tłumów ludzi, wśród sprzątaczek, przechodniów, zakochanych par, kobiet w ciąży, aut i dziecka w bluzie z misiowatymi uszami. Stawia jeszcze dookoła jakieś budynki, jakieś ulice, jakieś schody, drzwi, kolumny, żyrandole, żeby było trudniej, ciekawej, ładniej. Bo te ilustracje mają taki staroświecki urok – są nie-do-kolorowane, są stonowane, a tym samym pozwalają patrzeć na siebie minutami, przedłużającymi się, w kwadrans, w pół godziny i dłużej...
Znajduję tam smaczki, które obracam na języku – dziewczyna na hulajnodze, obecna na kilku kolejnych kartkach, przebrany za zajączka aktor, rodzic, niosący dziecko w chuście...
A Majka tropi dużego niedźwiedzia. Jestem dumna, bo niedźwiedzia, mimo ze duży, wcale nie prosto jest znaleźć. I duma moja każe się chwalić babci przez telefon, że „wiesz, Majka znalazła niedźwiedzia...”












[My dwie i one dwie – Dwóm Siostrom kłaniamy się w pas w podziękowaniu za egzemplarz]

piątek, 25 października 2013

97. IGNERŁOZIŃSKA/ŁOZIGNERSKI

MIKOŁAJ ŁOZIŃSKI
„PRAWDZIWA BAJKA”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁA MARTA IGNERSKA

[Kultura gniewu to chaos, z którego wypadają perły]

Zaczyna się od zdziwienia, od niepewności, od konsternacji. A potem już odrzuca się ramy, schematy, konwenanse. I czarny kwadracik może stać się volvem, a czarne kółko to pająk. A świat to wielka zielona kropka. Na całą stronę. Nawet na dwie.
Historia jest prosta. Jest jakiś on i jakaś ona. Wyruszają czarnym samochodem marki volvo w podróż, w świat, nie wiem, czy dookoła, ale na pewno wszerz i wzdłuż. Jadą i widzą. Patrzą. Oglądają. I gdzieś tam, zupełnie daleko od Polski, zauważają, że mają pasażera. Mały, czarny pająk, który mieszka za lusterkiem. I wkrótce to już pająk oswojony. I wkrótce... ale o tym już powiedzieć nie mogę, bo zdradzę za dużo.
A warto samemu.
Bo historia jest genialna. Bo jak ją przeczytać/zobaczyć to się okazuje, że prawdziwe bajki kryją się w każdej kieszeni, w każdej mysiej dziurze, w każdej skarpetce i w każdym lusterku samochodowym. Trzeba tylko umieć je dojrzeć.
Bo jak mówi tytuł – to prawdziwe wydarzenia. Albo wręcz przeciwnie – najprawdziwsza bajka.
Majka ilustracjom przyglądała się długo. Majka ilustracje badała. I dotykała. I po swojemu mówiła, opowiadała.
Ja bezwiednie pytałam „Majka, a co to? Jak myślisz?” - to źle, powinnam ewentualnie „Jak ci się podoba?”. Bo z abstrakcją nie ma tak łatwo, że się wie. Tutaj co najwyżej można się domyślać. A najbardziej to czuć. Dlatego chyba ta książka jest tak bardzo dla dzieci. Bo one podejdą do niej bez myślenia, bez bagażu doświadczeń, bez szkiełka i oka, bez wyuczonego doszukiwania się sensu w każdej kresce. Czasem jest po prostu chaos i tyle. Milion trójkątów, a w środku kropka. I czasem to jest pająk na autostradzie, ale może to być zupełnie nic. Albo coś innego. Dlatego Majka po tych kreskach i kropkach błądziła paluszkiem i mogła patrzeć na mnie z politowaniem. I snuć własne wizjo-czucie.
To niezwykła książka i chyba też trochę jest tak, że każdy może zrozumieć ją na swój sposób. Jest niedosłowna, mimo że napisana, mimo że niby wszystko powiedziane, ale połączenie lapidarnego tekstu i pełnych treści ilustracji rozszerzają horyzonty interpretacyjne - właściwie do granic świata, do widnokręgu.
Na styku słowa i obrazu spotkali się Łoziński z Ignerską. Jedno stało prawą nogą w farbach, a drugie lewą maczało w kałamarzu. I postanowili razem coś zrobić. To doskonała symbioza, półsłówkami się porozumiewanie, w myślach czytanie – aż dziw, że to nie jedna osoba słowo i obraz tworzyła, jakaś Ignerłozińska, albo jakiś Łozignerski.

Podziwiam wyobraźnię autorów. To słowo na obraz przekładanie, to dopełnianie, to dopowiadanie to ubogacanie. Wyobrażam sobie, że Łoziński przyniósł nagi tekst, kilka strof wydrukowanych na jednej kartce A4. A Ignerska – szast prast i zrobiła podróż. Bohaterów ożywiła. I mamy prawdziwą bajkę.







[Dziękujemy Kulturze gniewu za pełną gniewu kulturalnego pozycję]

96.KTO WYŻARŁ?


-Majka, kto wyżarł dziurę w książeczce? 
-Tata!