Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 24 października 2013

95.GAZOWANA WODA I GUMKA MYSZKA

ZOFIA BESZCZYŃSKA
„SKĄD SIĘ BIORĄ WILKI?”
MILA, POZNAN 2009
ILUSTROWAŁA ELŻBIETA KRYGOWSKA-BUTLEWSKA

[Żeby było wartościowo – Mila ruszy dla nas głową]

To dziwny tekst...
Trochę jak sen, trochę jak wizyta w czyjejś głowie, w samym środku myśli, tam, gdzie rezyduje wyobraźnia.
To jak zamknięcie swoich oczu i wejście w świat dziecka, gdzie wszystko ma inny bieg, inny czas, rządzi się innymi prawami, wzlatuje poza rzeczywistość. To świat, gdzie kamień może być hipopotamem, a z tęczy powstają Tęczaki. I dzieje się dużo, dzieje się cały czas, dzieje się bez ograniczeń, aż do utraty tchu, aż do powrotu do domu, do snu, który kołysze i zatrzaskuje powieki.
Bohaterką jest Ania. Ania ma kilka lat, włosy związane w kucyki i akurat tego dnia nie ma nic do roboty.
Dzieci potrafią się nudzić, ale potrafią też się nudą znudzić i na przekór jej, działać, zmyślać, opowiadać, bawić się, spacerować...
Ania wyrusza w wewnętrzną podróż. Chce wiedzieć skąd się biorą na świecie zwierzęta. W jej głowie przysiada wiersz i mówi, że żyrafy są z wędrówek słońca przez liście, a wilki z kosmatego śniegu. Ale Ania musi sprawdzić to sama, dotknąć grzywy lwa, pogłaskać ślimaka. I spotka po drodze wszystkich tych, o których jej się zamyśli – bo i elfa, który rodzi się z orzecha, i ślimaki w dziwnych czapkach, które są oryginalne i które chcą się wyprowadzić ze swoich domów, i Anaabellę, która na co dzień mieszka w Afryce i jeździ na lwie. Gdzieś tam jest nawet stworek z tęczowymi skrzydłami. A na końcu wycie wilków, choć przecież nie ma śniegu... Takie pomieszanie z poplątaniem.
Ania w końcu wraca do domu. Otrząsa się ze wszystkich przeżyć, odkłada na półkę wyobraźni zmęczone zwierzęta. Ale wciąż pozostaje dzieckiem i czujna jej fantazja nie idzie spać. Gdzieś tam daleko słychać wycie wilków, żeby było wiadomo, że w każdej chwili można znów przenieść się gdzieś bez kasowania biletu...
Przyznam się, że ciężko było mi odrzucić normalne widzenie świata, że musiałam potraktować to jako ćwiczenie, jak zadanie. Musiałam ograniczyć w sobie dorosłe poukładanie, gumką myszką potraktować metrykę urodzenia, znów zanurzyć się w dziecięcych wyliczankach i myślankach. Odrzucić realizm, zostawić magię.
Kolejny raz zachwyciły mnie za to ilustracje Elżbiety Krygowskiej-Butlewskiej. Są inne niż w „Krasnoludkach pucybutkach” - mniej przyziemne, mniej dosłowne, mniej szczegółowe. Ale doskonale oddają ducha tej małej książeczki – jakiś lekki żarcik, mrugnięcie okiem, jakieś bajdurzenie przy szklance z pieniącym się napojem gazowanym...
Ot, ciekawostka...










[Miła Mila, że nam miły egzemplarz udostępniła]  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...