Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 21 października 2013

92. POŚCIG

WANDA CHOTOMSKA
„PANNA KRESECZKA”
MUZA SA, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁ BOHDAN BUTENKO

[MUZA SA otwiera ramiona i chce zagarniać Dzieci, czytając im dobre książki]

Panna Kreseczka nie jest różowa. Nie jest nawet w innym, powszechnie uważanym za dziecięcy, kolorze. Jest czarna. I składa się z kresek i kropek. I ma też zieloną buzię, ale nie od początku. I kokardę we włosach, którą skądś dostała. I ktoś ją po prostu namalował na płocie. A że Panna Kreseczka uważa, że na płocie nie powinno się mazać, to z płotu zeskoczyła i poszła w świat. I miała tyle przygód, że starczyło na kilkadziesiąt pięknych stron.
Panna Kreseczka nie mówi nowoczesnym językiem. Wie, co to stalówka. A uczennice z tej książki noszą berety i teczki do szkoły. A chłopiec zaś bawi się procą.
To świat, którego już nie ma.
Bo Panna Kreseczka urodziła się 55 lat temu i kwiaty z tamtego czasu dawno zwiędły, a w miejscu tego płotu, gdzie mogła Kreseczka się urodzić, stoi pewnie teraz hipermarket. I mimo że na pewno Kreseczka nie zna słowa cool, to taka właśnie jest – pełna wdzięku, dowcipna, energiczna, nostalgiczna.
To kilka kresek, które zamyka w sobie wielkie serce. Kilka kresek, które nagle ożyło i głaszcze wyobraźnię.
Panna Kreseczka jest mi bliska z powodu swojej prostoty, nieskomplikowania, łagodności. Nie gryzie w wyciągnięte do niej palce, nie w głowie jej przemoc, nie świeci się, nie gra, nie można nic w niej nacisnąć. Jest prosta, a dzięki temu można ją przyswajać w dużych dawkach. I chce się więcej i więcej, bo nie ma przesytu i bólu zębów.
Ta książka wpisuje się gdzieś w nurt, w ideę zabawy bez zabawek, w czerpanie ze świata, z tego, co dookoła, z najprostszych rozwiązań - z pojemnika w którym zamknięto ryż i tak powstała grzechotka i z łyżki obijającej się o garnek. Można wziąć kilka kresek i kropek i dać im życie, najważniejsze, żeby pozwolić tym kreskom zejść z płotu i pójść w świat. A tam... zamieszkać z myszkami, zrobić psikusa malarzowi, najeść się ziół nasennych w aptece, podróżować na księżycu i znaleźć długo poszukiwaną mamę. I wiele, wiele innych...
Te 55 lat temu komiksy o Pannie Kreseczce pojawiały się co tydzień na ostatniej stronie „Świerszczyka” - a ja nie mam pojęcia, jak Dzieci wytrzymywały ten tydzień. Bo ja, jak Pannę Kreseczkę dopadłam, to wyczytałam ją od razu, całą, do ostatniej kreseczki w zdaniu. I Majka zasłuchała się. I trochę się bawiła, a trochę podbiegała i patrzyła. I trochę leżeliśmy w trójkę (bo jeszcze Tata) na kanapie i wszyscy śledziliśmy Kreseczkę. Bo w tym wierszu jest tyle dynamiki, tyle zdarzeń, tyle rytmu, rymu, radości, że nie sposób się od niej oderwać. Chce się dalej, i dalej, i dalej. I przeczytaliśmy w jeden wieczór całe dwa roczniki ukazywania się Kreseczki w tygodniku. A potem można od nowa...
Wydaje mi się, i chyba nie mogę się mylić, że Panna Kreseczka jest taką bohaterką, przy której twórcy bawili się równie dobrze, co odbiorcy. Że jest na tyle nieprzewidywalna, że nagle zaczęła żyć własnym życiem i wyskoczyła do Chotomskiej i Butenki z roboczych kartek i uciekła, a oni mogli tylko za nią gonić i sprawdzić, co jej się wydarzy. A teraz my w pościg, za nimi, żeby zdążyć wszędzie tam, gdzie dotrą...






[Dziękujemy wydawnictwu MUZA SA, że zaprosiło nas do gry i rozdaje instrumenty]

2 komentarze:

  1. My zakupiliśmy Pannę Kreseczkę już jakiś czas temu i jeszcze do niej nie zajrzeliśmy! wstyd!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...