Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 30 listopada 2015

293. LEWE I PRAWE SPOJRZENIE NA SZCZOTKĘ

PITTAU & GERVAIS
„ZĘBOSZCZOTKI”
(TŁ. MARTA TYCHMANOWICZ)
BABARYBA, WARSZAWA 2015

Oczywiście, że tak! To książka wysoce edukacyjna. To książka o tym, że trzeba szczotkować zęby, że każdy musi to robić – czy to rybak, czy to malarz, czy to pielęgniarz… Mało tego, zęby powinni szczotkować też dentyści – nie są od tego zwolnieni!
Oczywiście, że to książka o tym, że to bardzo ważne, że nawet szczerbaci (i bezzębni!) mają swoje szczoteczki. I o tym jeszcze, że szczoteczek raczej nie powinno się pożyczać, że każdy ma swoją – jedni mają łaciate, inni na kółkach. Jak wygodniej – ważne, że zęby czyściutkie!
Oczywiście, że to książka dla małych i dużych, bo zęby trzeba szczotkować od tego najpierwszego. Zaczyna się niewinnie. Od zwykłej zęboszczotki, takiej, jaką każdy ma w swojej szafce łazienkowej. Potem jest mała dla dziecka i duża dla dorosłego. I damska – z piersiami i męska – z przyrodzeniem. Leworęczni mają szczoteczki z główką z prawej strony, a praworęczni odwrotnie. Ale im dalej w szczotki, tym jest dziwniej – zakręcone szczotki i szczotki powyginane, szczotki z ogonami, z rogami, z piłą… Można zgadywać do kogo należą.
Można też odwrócić interpretację szczoteczkową na lewą stronę i sprawdzić, jak przedmioty nas opisują, jak nas charakteryzują. Większość z nas ma tak, że przywiązuje się do rzeczy i stara się nadać im cechy indywidualne, że gdy rzuci się okiem na kalendarz, kubek, długopis albo telefon, to od razu widać, że to nasz własny, że nie można pomylić go z żadnym innym. O tym też jest ta książka – po lewej stronie. O nieodzowności rzeczy i o zaprzyjaźnianiu się z nimi.

Siła „Zęboszczotek” tkwi w humorze – absurdalnym, nie-do-opowiedzenia, dziwacznym, pełnym wyobraźni. To książka-zabawa, przymrużenie oka, żarcik taki, choć istotnie, można ją dość sprytnie wykorzystać do swoich rodzicielsko-dydatkycznych celów. To książka abstrakcyjna, nieoczywista, a przez to doskonała dla Dzieci – one myślą właśnie tak – niestandardowo!  














czwartek, 26 listopada 2015

292. NA DZIEŃ PLUSZOWEGO MISIA CZYLI O NIEPLUSZOWYM KRÓLIKU

BENJAMIN CHAUD
„ŻEGNAJ SKARPETKO!”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2015
ILUSTROWAŁ BENJAMIN CHAUD

Chłopiec przyjaźni się z Królikiem. Królik ma na imię Skarpetka. To specjalna odmiana – rasy bawół, któremu opadają uszy. Królik jest niemrawy i zbyt łatwo daje się związać kowbojowi. Nie umie też grać w piłkę. Wciąż tylko gryzie kable w całym domu.
Taki królik nie może być już przyjacielem.
Chłopiec podejmuje decyzję – musi się go pozbyć ze swojego życia! Pewnego słonecznego ranka bierze Skarpetkę niby na spacer do lasu. W rzeczywistości on zamierza wrócić. Skarpetka zostanie w lesie i będzie musiał tam sobie poradzić.
Ale szybko, w jednej sekundzie okazuje się, że to nie Skarpetka ma problem. Królik siedzi pod drzewem i po prostu patrzy. To chłopiec jakoś dziwnie wolno wycofuje się w stronę domu. To on wraca i na nowo tłumaczy zasady gry. Bo „straszna przylepa z tego królika, zdaje się, że postanowił nie odstępować mnie ani na krok”.

Ja: Czytamy Skarpetkę?
Majka: Nie, nie lubię tej książki, nie lubię, gdy chłopiec tak woła Królika i woła i go nie ma…

To właściwie mogłoby wystarczyć za całą recenzję. Która wbrew pozorom nie jest tak krytyczna, jak mogłoby się wydawać. Mówi o tym, jak silne uczucia wywołuje ta książka. Że Królik przywiązany do drzewa kawałkiem sprutego czerwonego sweterka, symbol dzieciństwa, w mojej córce mieszka jeszcze samym środku, w samym sercu. Niezachwiany. Nienaruszony. 

Majka: A dlaczego on chciał zostawić Skarpetkę w lesie?

Bo mu się wydawało, że ze swoim dzieciństwem jest śmieszny. Że jak będzie udawał kogoś innego, to zyska przyjaciół. Że ci przyjaciele mogą być prawdziwi, jeśli ukryje przed nimi coś, co kocha najbardziej. Że łatwo jest udawać, że to właściwie nie wymaga żadnego wysiłku. Że wzruszenie jest tylko dla dzieciuchów i nie przystoi komuś, kto ma już kilka lat na karku. Że bycie wrażliwym to coś śmiesznego, czego trzeba się wstydzić. Wszystkie te bzdurne, idiotyczne myśli, które każdy z nas myśli choć raz w ciągu swojego życia.

Te kilka słów jest też o tym, że ja chciałabym ją czytać wciąż i wciąż – bo do niej dorosłam. I mam w sobie tęsknotę za byciem dzieckiem. I cieszę się, że na końcu tej książki jest taka jedna Dziewczyna, która z pomocą herbaty (która tak naprawdę jest tylko zimną wodą) i paru słów naprowadza chłopca na właściwe tory i sprawia, że Skarpetce ze szczęścia uszy trzepoczą na wietrze!

[I Chaud, no i Chaud!!!]





piątek, 20 listopada 2015

291. POSTE RESTANTE



MARIO RAMOS
„JESTEM NAJSILNIEJSZY”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015
ILUSTRACJE MARIO RAMOS

KITTY CROWTHER
„SZUR SZUR ĆWIR PLUM!”
(TŁ. MACIEJ BYLINIAK)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015
ILUSTRACJE KITTY CROWTHER

Dawno, dawno temu była sobie Zagranica. Była gdzieś tak daleko, że dalej już być nie mogła. Była trochę jak z przyszłości, gdzie świat będzie doskonalszy i kolorów będzie więcej. Była synonimem dobrobytu. Fascynowała. Kto przestępował gościnne progi Zagranicy, był w raju.
Teraz granice z Zagranicą trochę się zacierają. Też mamy kolory. Też mamy karmelowe batoniki. Też mamy internet. Już nie tak wielki nasz kompleks wobec niej. Nie mniej jednak wciąż trochę wyczuwalny. Nie na wszystkich jednak polach mamy ku temu powody. Nasza rodzima literatura dla Dzieci rozwija się prężnie, pyszni się barw paletą, kreską pewną stoi, tekstem mądrym czaruje. Jest coraz lepiej. Dlatego zza granicy możemy przyjmować pocztówki. Listy. Polecone.
Instytucja listu zakłada wymianę – wymianę myśli i doświadczeń. Dlatego tak właśnie przyjmuję serię od Dwóch Sióstr „Polecone z Zagranicy”. Jako przyjacielską korespondencję z odległych miejsc, trochę inne spojrzenie na świat. Jako część dialogu.
Pierwszy był wilk. Najsilniejszy w całym lesie. Najedzony, uśmiechnięty wyrusza do lasu, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że jest jego królem, połechtać ego, być może zaleczyć kompleksy? Jakimś dziwnym trafem spotyka tylko mniejszych, młodszych, słabszych – jakieś kapturki czerwone, zające i świnki trzy. Takich, nad którymi łatwo górować-królować. No i jest jeszcze to coś podobne do małej ropuchy. To coś, co śmiało mu się przeciwstawić! I tak jak kocham wilki, tak cieszę się, że temu ktoś pogonił kota!
Mądra książeczka, we włosach ogona wilczego niesie przesłanie i naukę – coś o pyszałkowatości, coś o pozorach, coś o odwadze cywilnej – dużo sensu w krótkim tekście. Doskonale czyta się na głos!
A drugi był Tymek. Tymek od razu skradł moje serce. Bo jest trochę, jak Majka, trochę jak każde Dziecko. Mimo że jest żabą i w swoim domu brodzi zwykle po kostki w wodzie. A jednak: te same rytuały – mycie zębów, ostatnie siusiu, tata czyta książkę, mama przytula… A potem jest ciemny, ciemny pokój i wyobraźnia, która wyolbrzymia cień padający z okna, rant półki, odbicie wielkiego misia w lustrze, głosy… Świat nigdy nie cichnie. Zawsze są jakieś szmery, zawsze ktoś gdzieś przewraca kartkę książki, kaszle, przesuwa wielką szafę, myje ręce. Gdy gaśnie światło, odgłosy rosną. I Tymek leży w łóżku pośród takich właśnie dźwięków „szur szur ćwir plum” - wyobraża sobie, że nie ma dookoła nikogo prócz niego i te wszystkie okropne stwory, które wydają „szuranie ćwirkanie plumkanie” nie będą miały żadnego innego wyjścia, tylko pożreć właśnie jego! „Mamoooo!” - pada w głęboką noc.. Jak wielkie, jak ogromny okaże się „szur szur ćwir plum”?
Pod łóżkiem Tymka też druga warstwa – terapia, oswajanie, z lękiem zabawa, demaskowanie potworów. Idealna książka na wieczór, tuż przed zgaszeniem światła, tuż przed ostatnim tego dnia pocałunkiem. A czytanie na głos – wyzwanie, pole do popisu i fantastyczna zabawa!*
Czasem wilk jest ulubiony, a czasem Tymek; najczęściej w komplecie. Obydwie narysowane, namalowane pięknie, nietypowo (Tymek kredkami!). I obydwie to suspens w czystej postaci, ale nie przeszkadza to czytać ich wciąż od nowa. Jak polecony zza granicy, od kogoś drogiego sercu. Odpiszemy.













*to na głos czytanie dziś akurat przetestowane w przedszkolu Majki na grupie w przedziale wiekowym 2,5-5 – testy zaliczone!

wtorek, 17 listopada 2015

290. 11 LISTOPADA TROCHĘ POD WŁOS

BARBARA CAILLOT DUBUS, ALEKSANDRA KARKOWSKA
„BANANY Z CUKRU PUDRU”
OFICYNA WYDAWNICZA ORYGINAŁY, WARSZAWA 2015

Trochę mówiłam, trochę napomknęłam. Ale to nie jest temat, w którym czuję się dobrze. Orzeł w koronie, czy bez; czerwień; biel; symbole. W świetle ostatnich zdarzeń wracam myślami do rocznicy odzyskania niepodległości i powiem – być może nie do końca zgodnie z przyjętym kanonem – nie istnieje dla mnie patriotyzm w ogólnym znaczeniu. Nie chcę ginąć za ojczyznę i nie noszę flagi na piersi. Odczuwam go zupełnie inaczej, na niższym poziomie. Na poziomie nie śmiecenia. Na poziomie ustępowania starszym w autobusie. Na poziomie płacenia za bilet autobusowy. Bardziej jako szacunek, poszanowanie.
11 listopada, gdy jechałyśmy z Majką tramwajem, starsza pani przysłuchiwała się naszej rozmowie. Majka chciała gumę do żucia, a ja nie miałam ze sobą. Pani po cichu zapytała mnie o zgodę, a potem poczęstowała moją córkę gumą. I to jest dla mnie patriotyzm. Słuchanie ojczyzny w drugim człowieku. Małe gesty. Nie wielkie czyny. To z tych drobinek zbudowany jest przecież świat.
A niepodległość? Jest dla mnie wartością, bo jest dla mnie ważna moja rodzina. Dziękuję tym, którzy o niepodległość walczyli, bo dzięki temu mogę wybrać, jaką książkę mam poczytać córce, kupić jej gumę owocową lub miętową, zabrać ją na spacer tam, gdzie tylko chcę, nie osłaniać własnym ciałem przed bombą czy innym pociskiem. Mamy zwyczajność rzeczywistości i to jest dla mnie niepodległość.
Piszę o tym wszystkim dlatego, że w moje ręce wpadła przepiękna książka.
To książka o świecie, jakiego już nie ma. Książka o historii, do której warto się cofać, którą warto badać. To historia malutka. Spod choinki. Z kryjówki z zabawy w chowanego. Z lalczynego wózka. Z cukierni, w której sprzedawano kiedyś przeraźliwie słodkie banany z cukru pudru.
Dwie dziewczyny z warszawskiej Sadyby, postanowiły zbadać swoje korzenie, zerknąć na swoje miasto wtedy, kiedy nie było ich jeszcze na świecie. Szukały wehikułu czasu. Zastukały do drzwi sąsiadów. Namówiły 23 osoby, żeby opowiedziały im Warszawę lat 30-tych, 40-tych, Warszawę w czasie wojny i taką tuż po. Obejrzeli się dla autorek przez ramię. Pokazali zdjęcia, wyciągnęli pamiętniki z pożółkłymi kartkami. Najstarsza ich rozmówczyni ma dziś 100 lat.
To nie jest smutna książka! To książka pełna życia, pełna zabaw, śmiechu. To książka o misiu osiemdziesięciolatku, którego sąsiad znalazł na śmietniku zaraz po wojnie. Książka o drewnianym piórniku i kałamarzu. O kalapatach. O łyżwach na stawie. O autobusach eFkach, w których jeździło się na pace. O mydlarni z ulicy Okrężnej. O lodzie, który w czasie zimy się zakopywało, żeby potem sprzedawać do lodówek.
To też, owszem, książka o zniszczonym w powstaniu domu. O ciężko rannym żołnierzu, z którym dziecko dzieli się cukierkiem. O koninie, po którą szło się trzy godziny na Pragę. O 12-letniej dziewczynce, która zwija bandaże i ceruje skarpetki dla powstańców.
Tylko, że to trochę tak, że wojna była codziennością. „Rozbieraliśmy naboje, bo ich czubki były idealne do strzał z łuku, rozkręcaliśmy granaty, bo siekańce ze środka były świetne jako naboje do procy”. [s.66]
Dzieci. Bawią się. Nawet na gruzach. To ich sposób na życie. Na uśmiech.
Rozczulam się, czytając tę książkę, patrząc na zdjęcia obcych dzieci i czując jakby to były moje koleżanki, moi koledzy, tylko kilka lat temu. Czytam o dwóch rowerach na całą ulicę i kolejkach do jeżdżenia na nich. O tym, że właściciel nie miał forów, każdemu należało się jedno czy dwa okrążenia, wszystkim po kolei – on też musiał stać w kolejce. I słucham mojej mamy, która opowiada mi dokładnie taką samą historię.
A mój wujek uśmiecha się pod nosem, gdy uczymy Majkę grać w łapki - „Oj, grało się, aż mieliśmy ręce czerwone”. Dziadek Majki, pewnego dnia spogląda w swoje dzieciństwo i opowiada o objazdowym kinie. I o baranie sąsiada, którego chłopaki ujeżdżali. „Łatwo było się trzymać, bo miał wełnę długą!”.

Garść anegdot, które kryją się niby wszędzie. Tyle tylko, że Barbara i Aleksandra je zebrały, oprawiły, wkleiły zdjęcia – stworzyły doskonałą edytorsko, piękną książkę. O czym? Dla mnie o patriotyzmie. Takim, jakim go rozumiem. Patriotyzmie, jako zachowywaniu małych historii, a dzięki temu ludzi. Od zapominania. Od niepamiętania.   








piątek, 13 listopada 2015

289. DWANAŚCIE POWODÓW

EMILIA DZIUBAK
„ROK W LESIE”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁA EMILIA DZIUBAK

Są takie robaczki. Plączą nam się pod nogami. Nigdy nie sprawdziłam, jak się nazywają, ale fascynuje nas ich lekko afrykański deseń. Czerwień z czernią. Dlatego lubimy z Majką je obserwować – przywodzą na myśl słońce.
Okazało się, że to kowale bezskrzydłe. I że nigdy nie chodzą w pojedynkę. Okazało się, gdy otworzyłyśmy „Rok w lesie” - to pierwszy powód, dla którego kocham tę książkę. Za te kowale. Że wreszcie wiem, kto zacz.

Drugi to ilustracje. Jestem fanką Emilii Dziubak, nienasyconą jej talentem, zakochaną w jej kresce i poczuciu humoru, w jej wyobraźni i w jej zmyśle obserwacji. Być może jestem bezkrytyczna, ale miłość może być ślepa, nawet, jeśli mówmy o ilustracjach.

Po trzecie zwierzęta. Temat rzeka, temat czarodziejski, temat, który nigdy się nie nudzi, temat, który można nadgryzać z różnych stron. Temat uniwersalny, interesuje i dużych i małych. Niemożliwy do wyeksploatowania. Wiecznie żywy.

Czwarte to las. Miejsce, do którego tęsknię, w którym zawsze trochę się uspokajam, w którym puszczam rękę Majki – niech biega, w którym można być sobą, można nosić kalosze i nawet starą bluzę, w której się nie ocenia, tylko oddycha i obcuje z naturą. Za darmo. Miejsce, które z radością odwiedzam także w książkach. Tu las w całej okazałości, prawdziwy, ten dobry i zły. I do tego polski, nasz, ten spod Gdańska czy Krakowa.

Po piąte - forma. Sprawdzona już przy „Roku w mieście”. 12 miesięcy, jedno miejsce i to, jak się zmienia wraz z upływającym czasem. Dla podglądaczy. A każdy z nas ma w sobie podglądacza.

Po szóste – format. Duży, już nie do końca kolanowy, bardziej stołowy, najlepiej podłogowy. Ale dzięki temu doskonale widać nawet najmniejszego kowala, pszczołę czy mrówkę. To naprawdę piękne obrazy, więc szkoda by było zamykać je w mniejszy, ciasny format.

Po siódme (przedłużenie po piąte), że można obejrzeć w tej książce cały cykl, że można sprawdzić, co się dzieje z ulubionym zwierzątkiem latem, a co zimą, czy śpi nocą, czy w dzień, czy zapada w sen zimowy, czy musi się przekopywać przez zaspy śniegu, czy woli wodę, czy woli wysokość gałęzi drzew. I kiedy małe już nie ssą piersi. I kiedy tak naprawdę zaczyna się wiosna.

Ósme – nauka przez zabawę. Banał taki, ale to naprawdę ważne! Mądre rzeczy łatwiej wchodzą do głowy, gdy się je śpiewa. Albo gdy się je obserwuje na planszach autorstwa Dziubak. Podane z humorem, zapamiętują się same. To ważne, żeby wiedzieć.

Dziewiąte – ta zabawa właśnie – na różne sposoby. Przeważnie na taki, że wybiera się ulubione zwierzę i podąża za nim, obserwując jego rozwój i zwyczaje, wyszukując na pełnej szczegółów stronie, ciesząc się, gdy można wykrzyknąć „tu się schował kowal – w styczniu śpi, w lipcu je, a w listopadzie już znowu mości się w łóżku, przykryty liśćmi”. No i rewelacyjna zabawa jest wtedy, gdy się sprawdza, co szop pracz robi w urodziny Majki, a co w urodziny mamy.

Dziesięć – początkowa rozkładówka z informacjami na temat zwierzaków. Trochę zmora, bo „Majka wybierz trzy zwierzaki na dziś!”, a Majka „Mamo, przeczytaj WSZYSTKIE!”, nie mniej jednak lubię! I wilka indywidualistę, i żółwia, co się wygrzewa na słońcu, i borsuka, który jest najczystszym mieszkańcem lasu, i nawet gołębia, co się zakochuje na całe życie...

Jedenaście to labirynt na końcu. Trudny, ale dążymy wytrwale od mrówki do jabłka i od biedronki do biedronki.


Dwanaście – to, jak wszystko wygląda razem, spięte w jedną, doskonałą książkę. Idealną na prezent, idealną na każdą porę roku!