Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 17 listopada 2015

290. 11 LISTOPADA TROCHĘ POD WŁOS

BARBARA CAILLOT DUBUS, ALEKSANDRA KARKOWSKA
„BANANY Z CUKRU PUDRU”
OFICYNA WYDAWNICZA ORYGINAŁY, WARSZAWA 2015

Trochę mówiłam, trochę napomknęłam. Ale to nie jest temat, w którym czuję się dobrze. Orzeł w koronie, czy bez; czerwień; biel; symbole. W świetle ostatnich zdarzeń wracam myślami do rocznicy odzyskania niepodległości i powiem – być może nie do końca zgodnie z przyjętym kanonem – nie istnieje dla mnie patriotyzm w ogólnym znaczeniu. Nie chcę ginąć za ojczyznę i nie noszę flagi na piersi. Odczuwam go zupełnie inaczej, na niższym poziomie. Na poziomie nie śmiecenia. Na poziomie ustępowania starszym w autobusie. Na poziomie płacenia za bilet autobusowy. Bardziej jako szacunek, poszanowanie.
11 listopada, gdy jechałyśmy z Majką tramwajem, starsza pani przysłuchiwała się naszej rozmowie. Majka chciała gumę do żucia, a ja nie miałam ze sobą. Pani po cichu zapytała mnie o zgodę, a potem poczęstowała moją córkę gumą. I to jest dla mnie patriotyzm. Słuchanie ojczyzny w drugim człowieku. Małe gesty. Nie wielkie czyny. To z tych drobinek zbudowany jest przecież świat.
A niepodległość? Jest dla mnie wartością, bo jest dla mnie ważna moja rodzina. Dziękuję tym, którzy o niepodległość walczyli, bo dzięki temu mogę wybrać, jaką książkę mam poczytać córce, kupić jej gumę owocową lub miętową, zabrać ją na spacer tam, gdzie tylko chcę, nie osłaniać własnym ciałem przed bombą czy innym pociskiem. Mamy zwyczajność rzeczywistości i to jest dla mnie niepodległość.
Piszę o tym wszystkim dlatego, że w moje ręce wpadła przepiękna książka.
To książka o świecie, jakiego już nie ma. Książka o historii, do której warto się cofać, którą warto badać. To historia malutka. Spod choinki. Z kryjówki z zabawy w chowanego. Z lalczynego wózka. Z cukierni, w której sprzedawano kiedyś przeraźliwie słodkie banany z cukru pudru.
Dwie dziewczyny z warszawskiej Sadyby, postanowiły zbadać swoje korzenie, zerknąć na swoje miasto wtedy, kiedy nie było ich jeszcze na świecie. Szukały wehikułu czasu. Zastukały do drzwi sąsiadów. Namówiły 23 osoby, żeby opowiedziały im Warszawę lat 30-tych, 40-tych, Warszawę w czasie wojny i taką tuż po. Obejrzeli się dla autorek przez ramię. Pokazali zdjęcia, wyciągnęli pamiętniki z pożółkłymi kartkami. Najstarsza ich rozmówczyni ma dziś 100 lat.
To nie jest smutna książka! To książka pełna życia, pełna zabaw, śmiechu. To książka o misiu osiemdziesięciolatku, którego sąsiad znalazł na śmietniku zaraz po wojnie. Książka o drewnianym piórniku i kałamarzu. O kalapatach. O łyżwach na stawie. O autobusach eFkach, w których jeździło się na pace. O mydlarni z ulicy Okrężnej. O lodzie, który w czasie zimy się zakopywało, żeby potem sprzedawać do lodówek.
To też, owszem, książka o zniszczonym w powstaniu domu. O ciężko rannym żołnierzu, z którym dziecko dzieli się cukierkiem. O koninie, po którą szło się trzy godziny na Pragę. O 12-letniej dziewczynce, która zwija bandaże i ceruje skarpetki dla powstańców.
Tylko, że to trochę tak, że wojna była codziennością. „Rozbieraliśmy naboje, bo ich czubki były idealne do strzał z łuku, rozkręcaliśmy granaty, bo siekańce ze środka były świetne jako naboje do procy”. [s.66]
Dzieci. Bawią się. Nawet na gruzach. To ich sposób na życie. Na uśmiech.
Rozczulam się, czytając tę książkę, patrząc na zdjęcia obcych dzieci i czując jakby to były moje koleżanki, moi koledzy, tylko kilka lat temu. Czytam o dwóch rowerach na całą ulicę i kolejkach do jeżdżenia na nich. O tym, że właściciel nie miał forów, każdemu należało się jedno czy dwa okrążenia, wszystkim po kolei – on też musiał stać w kolejce. I słucham mojej mamy, która opowiada mi dokładnie taką samą historię.
A mój wujek uśmiecha się pod nosem, gdy uczymy Majkę grać w łapki - „Oj, grało się, aż mieliśmy ręce czerwone”. Dziadek Majki, pewnego dnia spogląda w swoje dzieciństwo i opowiada o objazdowym kinie. I o baranie sąsiada, którego chłopaki ujeżdżali. „Łatwo było się trzymać, bo miał wełnę długą!”.

Garść anegdot, które kryją się niby wszędzie. Tyle tylko, że Barbara i Aleksandra je zebrały, oprawiły, wkleiły zdjęcia – stworzyły doskonałą edytorsko, piękną książkę. O czym? Dla mnie o patriotyzmie. Takim, jakim go rozumiem. Patriotyzmie, jako zachowywaniu małych historii, a dzięki temu ludzi. Od zapominania. Od niepamiętania.   








1 komentarz:

  1. Pięknie napisałaś... Ja podobnie odczuwam PATRIOTYZM..,, Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...