Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 22 sierpnia 2014

214.KIDS WERE HERE VOL.2

Miesiąc temu pisałam o akcji Kids were here.
Dziś kolejny raz moje własne kadry...












213.KOMIKS MOKRY OD ŁEZ

TOMASZ SAMOJLIK
„OSTATNI ŻUBR”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2014
SERIA KRÓTKIE GATKI
(WYDANIE II – PIERWSZE W KOLORZE)
ILUSTROWAŁ TOMASZ SAMOJLIK
KOLORY JOANNA SZŁAPA

Jest taka legenda – gdy jakiś zły człowiek chyłkiem boczkiem pojawia się w Puszczy Białowieskiej z siekierą, albo piłą i ma ochotę ściąć jakieś drzewo, to ukazuje mu się żubr o jednym rogu. Staje w obronie drzewa, a człowiekowi tym jednym rogiem „robi nu, nu, nu”.
Ten żubr długo nie miał imienia. Ten żubr uratował puszczę.
A było to tak.
W roku 1919 spotkały się trzy demoniczne postacie – pewien Kurtz, pewien Woland i pewien Bill Sikes (te nazwiska tak znaczące, że już bardziej chyba być nie mogą). Mają pomysł – jak zwykle to pomysł, który ma przynieść morze - lub górę - pieniędzy. Jakieś piły łańcuchowe wielkich rozmiarów przywożą ze sobą i postanawiają wyciąć Puszczę Białowieską. A potem postawić tam nowoczesne osiedle White Tower. To nic, że dziedzictwo narodowe, to nic, że unikalny ekosystem, to nic, że miejsce szczególne dla okolicznych wieśniaków. Wszystko nieważne wobec tych pieniędzy. Mają plan i tylko jedną przeszkodę – mieszkającego w pokoju obok profesora Szafera, który przybył do Białowieży, żeby zbadać, jak bardzo Puszcza ucierpiała podczas wojny – czy bardzo chora i czy ma szansę wyjść z tego. A, no tak, jest jeszcze jedna przeszkoda, przeszkódka właściwie – nazywa się żubr i ponoć jest ostatnia w puszczy. Rząd polski, odradzający się dopiero, nie wyrazi zgody na przejęcie puszczy przez kogokolwiek, póki żyje w niej choćby jeden okaz. A jeden, wedle Kurtza informacji, gdzieś tam hasa po lesie. Nie ma problemu – wynajmie się paru wieśniaków i hop siup, się żubra zabije. I droga do White Tower wolna.
Nie doceniają ducha narodowego ludu. Nie doceniają siły, jaka drzemie w przyrodzie, w zieleni, w tajemniczym Sercu Lasu. No i w małym żubrzyku, który nie był liczony przez Kurtza, ma wielkie serce, marzy, żeby spotkać się w Sercu Lasu ze swoim tatą i już niedługo straci jeden róg...
No popłakałam się czytając ten komiks! Bo mama i tata żubrzyka odchodzą i czuwają nad nim z góry, bo człowiek zaślepiony zyskiem, chce zniszczyć coś cennego, czego inny człowiek bronił do utraty tchu, bo widać, jak w małym dziecku rodzi się nagle tyle odwagi, że wypełnia go po brzegi! Piękna historia!
I jak zwykle nie wszystko w tym komiksie to wyobraźnia. Jest jej wiele i bogato przyozdabia prawdę. Ale Tomasza Samojlika cenię za to, że bierze kawał przeszłości i rozrysowuje na kadry komiksu. Wtłacza w ramki potężną dawkę wiedzy i wielką, ogromną miłość do przyrody. I to nie palm i kolibrów – do tej naszej, polskiej, zza okna – do ryjówek, żubrów i wszelkich polskich drzew. Jest adiunktem w Polskiej Akademii Nauk Białowieża – zajmuje się historią przyrodniczą, bada rolę człowieka w przemianach puszczy. Jest poważnym naukowcem, a gdy rozwija się listę publikacji, to nie mieści się na jednej stronie. I mógłby się zamknąć w murach uczelni, być naukowcem mądrym i zamkniętym w sobie. Ale on chciał czegoś więcej, bo wyszedł z tą cała Puszczą swoją i pod strzechy zaniósł o niej wiedzę. Zaczął od podstaw, bo od dzieci, od komiksu, od formy, w której łatwo jest czytać i łatwo przyswajać wiedzę. Mimochodem, mimowolnie. Może być nawet przy żubrze...








[Kulturze Gniewu składamy podziękowania za te zielone łzy wzruszenia]  

środa, 20 sierpnia 2014

213.POCZYTAJ MI, BABCIU!


212.ZWYCZAJNA NIEDZIELA

W poniedziałek byłyśmy u Pana Doktora. Pan Doktor spóźniał się niemiłosiernie, a do tego my przyszłyśmy za wcześnie. Książka – rada jedyna. Siedziałyśmy w pustej niemal poczekalni i czytałyśmy „O psie, który szukał”. Oczywiście lekturze towarzyszyło omawianie ilustracji i sprawdzanie, jaki kolor spodni ma pan na obrazku („fiotetowy”) i ile gołębi siedzi na dachu (choć są dwa, pada odpowiedź trzy, bo Majka przy liczeniu nieodmiennie ignoruje liczbę 1, wespół z liczbą 7, więc skoro liczenie zaczyna się od 2, to wynik musi wyjść zawsze +1). Naprzeciw nas siedzi młoda dziewczyna i przygląda się Majce z rosnącym zdumieniem. W końcu nie wytrzymuje i pyta, ile Majka ma lat. Nie chce uwierzyć, gdy mówię, że pod koniec września skończy 2. „I wie, który to kolor fioletowy?” - zachwyca się. Zaczynamy rozmawiać i nieznajoma stwierdza, że to efekt wychowania, tego, że się na Dziecko zwraca uwagę, pracuje z nim, bawi.
Stety/niestety jestem mamą pracującą i to pracującą na etacie, mamą, która wraca do domu tuż przed zapaleniem się ulicznych latarni, mamą, która gdy wraca, jest całym dniem zmęczona. Ale też mamą, która w tym zmęczeniu odnajduje siły na to, by ze swoją Córką porozmawiać, by porysować, potańczyć, pooglądać świat przez lupę, poczytać książki i zjeść wspólną kolację. Nie jestem superbohaterką, czasem muszę przełamywać wrodzone człowiekowi lenistwo, czasem sił brak mi na tyle, że zamiast skakać, brykać i fikać, oglądamy razem „Plastusiowy pamiętnik”.
Uwielbiam weekendy, gdy mogę być z Nią dłużej, spokojniej, gdy cała masa czasu do zapełnienia – czasem masa papierowa, czasem plastelinowa, a czasem masa piasku na plaży.
No bo jest sobie na przykład taka niedziela. I co z nią zrobić? Plan powstawał spontanicznie, bo pomysły mnożą się jak króliki – jeden za drugim i jeden z drugiego powstaje, nie wiedzieć kiedy...
Zaczęło się od tego, że posiadający w końcu choć chwilę wolnego Mąż uciął mi deskę, potrzebną do zrobienia ramki na zdjęcia. Zostało deski drugie tyle. Więc szybko wbiliśmy gwoździki i powstała genialna zabawka w duchu Montessori. Majka nakłada cały stos gumek recepturek na gwoździki, ćwiczy rękę i kombinowanie.
Potem podsunęliśmy jej pomysł, że mogłaby deseczkę pomalować, żeby była ładniejsza i bardziej osobista – było więc malowanie.
Jeszcze potem przypomniała sobie o kręglach, więc graliśmy w kręgle. A że linią startową do rzutu była wyciągnięta skądś guma do skakania, to potem było skakanie w gumę, i przechodzenie nad gumą, żeby jej nie dotknąć i przechodzenie pod gumą, żeby jej nie dotknąć i wręcz przeciwnie, bo nadeptywanie gumy...
Pomiędzy dużo muzyki, recytowania wierszy i czytanie książek – obowiązkowe. A na koniec wspólnie smażyliśmy naleśniki.
Taka to była zwyczajna sobie niedziela – zimna i dżdżysta, więc od rana do wieczora domowa.
Najlepsza, bo wspólna.

I myślę po cichu, że staram się, jak umiem. A gdy słucham nieznajomych pań w poczekalni u Pana Doktora, to śmiem twierdzić, że nawet mi trochę wychodzi...









wtorek, 12 sierpnia 2014

211.ANIELSKIE SKRZYDŁA I KOŁO RATUNKOWE

HEINZ JANISCH
„PAN JAROMIR I ZAGADKA ANIOŁÓW”
(TŁ.JOANNA BORYCKA-ZAKRZEWSKA)
WYDAWNICTWO BONA, KRAKÓW 2013
ILUSTROWAŁA UTE KRAUSE
Z detektywami (nawet emerytowanymi) jest tak, że każdy z nich musi mieć asystenta. Asystent czasem służy do pisania, bo jak detektyw mówi, to nie może równocześnie pisać; czasem służy do wysłuchiwania teorii, żeby detektyw nie mówił do ściany, a czasem służy do zadań specjalnych. Takim właśnie rodzajem asystenta jest Pan Jaromir. W spełnianiu swojej roli i powierzanych mu zadań, bardzo pomaga fakt, że jest psem – zdaje mi się nawet, że to właśnie z tego powodu dostał tę pracę. Bo gdzie detektyw nie może tam psa pośle. Gdy na przykład trzeba podsłuchać niby niewinne konwersacje na otwarciu wystawy w galerii – łatwiej będzie to zrobić nie zwracającemu na siebie uwagi czworonogowi. Gdy trzeba zostać na noc w posiadłości pewnego miłośnika aniołów – łatwiej to zrobić niskiemu, choć długiemu czworonogowi, niż starszemu, dystyngowanemu mężczyźnie o lasce. Gdy trzeba przeciągle zawyć, to też lepszy będzie do tego pies, niż człowiek.
Tym razem lord Huber i Pan Jaromir jadą do Wenecji. Wzywa ich bardzo bogaty kolekcjoner – mężczyzna otacza się aniołami, ma mnóstwo figurek, rzeźb, obrazów z tym motywem. Jest ich na tyle wiele, że postanowił otworzyć małe muzeum, by pokazywać swoje zbiory turystom. Muzeum niewielkie, niby dobrze chronione (jest strażnik i alarm), a mimo to ginie zeń drogocenna figurka. Na miejscu zdarzenia – żadnego śladu. Jedynie pomarańczowe, plastikowe koło dmuchane.
To koło prowadzi detektywa i jego asystenta do Rzymu – z rzymskiego muzeum zginęła waza, a z posiadłości pewnego ekscentryka – kawałek ogrodowej anielskiej rzeźby. To dziwne, bo złodziej połakomił się jedynie na odłamek skrzydła. I oczywiście, w obydwu miejscach, zatarł wszelkie ślady, podrzucające jedynie pomarańczowe, plastikowe koło ratunkowe.
Lord Huber do tego koła uśmiecha się wymownie, bo jak zwykle, ma już swoją teorię. Musi teraz tylko błysnąć swoją niewiarygodną inteligencją i zebrać dowody. A Pan Jaromir, również jak zwykle posłuszny mu i ufający, zrobi wszystko, bo pomóc w rozwikłaniu tajemnicy.
Znów nie jest łatwo. Znów, mimo że to kryminał dla młodszych czytelników, rozwiązanie wcale nie jest oczywiste. Ja, dorosła, odpoczywałam przy tej lekturze i dobrze się bawiłam. Znów napisana jest eleganckim językiem. Znów towarzyszą jej oszczędne, czarno-niebieskie ilustracje, przepełnione angielskim humorem. Znów lord Huber wyciąga swoją fantastyczną laskę z dyktafonem, mikrofonem i aparatem i znów posługuje się niezrozumiałymi na pierwszy rzut oka metodami. Znów bez pomocy Pana Jaromira, nie dałoby się złapać przestępcy. Znów wszystko kończy się zaskakująco, ale dobrze. Znów lord Huber i Pan Jaromir udają się w podróż. Znów czeka kolejna zagadka do rozwiązania… No to my też znów czekamy.




[Dziękujemy Bonie za egzemplarz]

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

210.SAPO BOBELOJ*

Gdy byłam mała wystarczyła słomka. Nawet cieniutka – mgliście kojarzę jasnozielony kolor (grube słomki były rarytasem, czymś, co rzadko się spotykało na sklepowych półkach. A łamane – to już w ogóle…). Żeby się udało tata brał ostry nożyk i rozcinał końcówkę słomki na cztery części – zwykła słomka stawała się uskrzydlona. Potem było tarkowanie mydła – strużyny leciały do kubka i rozpuszczały się powolutku, podsycając nerwowość oczekiwania. Potem słomkę moczyło się w płynie i dmuchało – i były bańki…
Nie wiem kto i kiedy wymyślił bańki mydlane. Czy były celem same w sobie, czy może efektem ubocznym jakiegoś poważnego eksperymentu. Wiem, że ich powstawanie i krótki żywot ociera się o magię.
Nie znam osoby, która jest odporna na ich urok i czar. Nie znam osoby, która nie wyciąga do nich rąk – zupełnie bezwiednie, instynktownie. Nie znam osoby, która nie wodzi za nimi wzrokiem. Takiej, u której nie wywołują na twarzy uśmiechu.
Są uniwersalne – zawsze były i zawsze będą. Może je puszczać kilkulatek i ten, któremu nogi odmawiają już posłuszeństwa i polega na lasce. Istnieją w każdym języku. Nieważne, że teraz już nikt nie puszcza baniek używając cienkich, zielonych słomek, że powstały całe skomplikowane machiny do ich wytwarzania. Wciąż cieszą i to jest baniek istota.
Czytałam o produktach marki Tuban i myślałam, że to tak zwany chwyt marketingowy. Że przecież jak zmieszam płyn do naczyń z wodą to też uda się zrobić bańki. Że te ogromne, dłużej żyjące to zwykłe oszustwo.
Z płynu (szamponu, mydła, gliceryny…) bańki czasem wychodzą, czasem nie. Na pewno nie są większe, niż wyciągające się za nimi dłonie. Na pewno nie potrafią usiąść na kocu i zostać tam parę minut. Na pewno nie fruną tak wysoko w górę, niemal dotykając słońca.
Gdy do pojemnika zaczęłam nalewać płyn Tuban – wychodzą zawsze. Jeśli chce się prawdziwego spektaklu, najlepiej poczekać na deszczową pogodę, na wilgoć w powietrzu, na deszcz nawet. Wtedy są najpiękniejsze, największe. Ale wychodzą zawsze – jeśli tylko nie spieni się zbyt mocno płynu.
Z szerokiej oferty „bańkowych pomocy” wybrałam zwykły, mały motylek. Majka nie umie dmuchać na tyle mocno, by dać tchnienie bańce, by ją ożywić i uwznioślić. A motylkiem wywija pod chmury i taśmowo produkuje bańki. Śmiejąc się, chichocząc. Z niedowierzaniem spoglądając na ich rozmiary. Zabieramy motylka i płyn wszędzie w plener (najlepiej robić bańki na powietrzu) – na plażę, nad jezioro, na spacer. Wszędzie, gdzie zaczynamy się nimi bawić, wywołują niekontrolowaną radość – obcy ludzie z zachwytem spoglądają w niebo, dzieci podchodzą do Nas w nadziei, że będą mogły spróbować.
W każdej bańce mieszka uśmiech, chociaż jeden – choć zwykle dużo więcej…











W produkty Tuban zaopatrujemy się w przecudnym sklepie Pikinini.

*"bańki mydlane" w języku esperanto