Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 3 sierpnia 2014

209.PAKOWANIE/ROZPAKOWYWANIE/

Każdej podróży towarzyszy zabieranie.
Może być krótka, tylko na chwilę, do biblioteki, 15 minut tramwajem, albo na plac zabaw, tu zaraz, za rogiem. Bierzemy. Pakujemy, upychamy. W torbie chcemy przenieść pół domu, żeby nie dać się zaskoczyć niewiadomemu. Żeby w każdym miejscu na świecie stworzyć coś na kształt mieszkania, żeby w środku lasu zawiesić na drzewach firanki i włączyć ulubioną bajkę, jeśli tylko właśnie to będzie potrzebne Naszemu Dziecku. Bo może się zgrzeje? Może będzie głodne? Może w środku miasta zachce mu się poczytać ulubioną książkę? Albo w tramwaju nie będzie na czym oprzeć głowy? Targamy – poduszki książki, maskotki, zeszyty, koszulkę na zmianę, pół litra wody, łopatkę i paczkę rodzynek.
A gdy wyjeżdżamy na weekend? W nieznane? W świat szeroki i daleki? W nie-moje-łóżeczko? W nie-moja-łazienka? Nie-mój-pokój?
Trzeba zabrać.
Znajome zabrać.
I jeszcze rozrywkowe. Bo, co jeśli będzie padać? A co jeśli będzie słońce?
Spodnie, bluzy i skarpetki – oczywiste! (choć zawsze bierzemy za dużo w strachu, że będzie za mało). Ale które książki, które zabawki?

Dziś wróciliśmy, rozpakowujemy się. Ręce bolą od wnoszenia toreb na czwarte piętro. U Nas kryterium nie jest gabaryt, ale „najulubieńczość aktualna”.
Nie jest ważne, czy to twarda, czy miękka oprawa, czy książka mała, czy duża, czy będzie kłuć w bok, gdy się ją włoży do torby przewieszanej przez ramię. Ważne, że ta akurat jest tą, bez której nie można zasnąć i o którą woła się najczęściej w ostatnim tygodniu.

Torby podręczne są dwie – torba podręczna i torba podręczniejsza.
Tę podręczną ma mama blisko nóg (obok swojej, w której i tak królują pieluchy, butelki w wodą i pudełka z rodzynkami, które otwierają się w trakcie drogi i pozwalają rodzynkom wędrować między stronami czytanej aktualnie książki i w portfelu obok monety dwuzłotowej).
W torbie podręcznej musi być (oprócz aparatu):
płyn do baniek
puzzle
wielbłąd
zeszyt i kredki
trzy kasety z bajkami na drogę* („Królewskie echo”, „Trapcio”, „Rycerz Szaławiła” - niewykorzystane, bo Majka zasnęła gdy tylko wyjechaliśmy z Naszej ulicy)
„Kolory”, „Bobo”, „Bolusie”, „Pan Kuleczka” (na szczęście mogłam wziąć tylko jedną z serii)

W torbie podręczniejszej, która podróżuje w zasięgu rąk Majki, jest po pierwszych trzech schodkach niesiona wyłącznie przez nią i bardzo, bardzo pojemna, pojechały:
flet bambusowy
kreda
notes i długopis
Zuzia
misiowe przeplatanki
karty Piotruś z wizerunkami mazurskich zwierząt – prezent od Babci i Dziadka

Pewnie się tego nie wyzbędę. Zabierania na zapas. Martwienia się, czy starczy. Nie odpuszczania, mimo że wiem, że plecak już nie wytrzymuje, że plecy też, że i tak nie przeczytam trzech książek, bo będę biegać po lesie, a Majka nie założy dwóch kurtek w środku lata.

Dziś odwrotność zabierania – oddawanie – szafie, półkom, regałom... Ustawiam wszystko z powrotem, tak, jak było.
Rozpakowuję.



*podejrzewam, że na całej ulicy jedno jedyne auto ma na swoim wyposażeniu kaseciaka w miejsce odtwarzacza płyt kompaktowych albo mp3

2 komentarze:

  1. :)) a ja muszę wreszcie poznać Bolusia :))) udanych wyjazdów! :)))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...