Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 1 sierpnia 2014

206. O TYM PO CO MYJE SIĘ CHRUMTASKA W KAŁUŻY

 BARBRO LINDGREN
„ALEŻ, BOLUSIU!”
„ŁADNIE, BOLUSIU!”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2014
ILUSTROWAŁ OLOF LANDSTRÖM

Najpierw do Bolusia nie byłam przekonana. Obchodziłam go wkoło, widziałam, że pojawia się to tu, to tam, że zdobywa kolejne serca, że rozkochuje w sobie świat. A ja stałam z boku i wydawało mi się, że jestem na czar Bolusia odporna, że nie ma takiej siły rażenia.
Ma.
Najpierw, w jednej chwili, zdobył Majkowe serce. Pewnie prostotą, pewnie kilkoma zaledwie zdaniami na stronie. Pewnie ładnymi, czytelnymi ilustracjami. Pewnie światem, który zna – komórką, z której dzwoni się do żony (no ona dzwoni do Babci i Dziadzi), komputerem, w który można się zapatrzyć (Babcia Majki przy pierwszym czytaniu książki rzekła „O, jaka nowoczesna, to już nie w telewizor ludzie się gapią, tylko w komputer!). Pewnie tym, że historia szybko się kończy i szybko, od razu, natychmiast, można zacząć czytać jeszcze raz.
Mnie Boluś ujął sensem. Dnem drugim. Dnem nawet trzecim. W kilku zdaniach, z których składa się ta książka, zawarte jest pół dziecięcego świata.
Jest styk dwóch płaszczyzn – tej z góry i tej z dołu. Ta z dołu to dziecięce spojrzenie na świat, to, które nie przekracza metra i jest zupełnie inne, niż takie z 1,75. Widzi się kompletnie inne rzeczy. Ci na górze, dorośli, widzą „porozrzucane”. Patyki i ziemniaki układają po swojemu, mieszając w tym dziecięcym świecie, uważając, że tylko oni mają rację, że tak powinno być, bo tak wygląda porządek. A z tego niemal metra, porządek to chaos i „w tym szaleństwie jest metoda” i jak jeden ziemniak leży pod łóżkiem, a drugi na szafie, to widocznie tam im najwygodniej.
Jest też bolesna trochę świadomość, że nigdy nie zgłębimy dziecięcego świata, że zawsze będzie odrębny i tajemniczy, że może nam się tylko wydawać, że mamy klucz – „Ładnie, Bolusiu, że wyszedłeś z braciszkiem”, „Ależ, Bolusiu, sam wyprałeś Chrumtaska” - a pomiędzy jest walka i zwycięstwo, a pomiędzy jest ucieczka z domu, szukanie swojego miejsca na ziemi, bijatyka z klawymi knurkami* i chęć zaspokojenia własnych żądz. Dorosły widzi zawsze tylko wycinek i wydaje mu się, że skoro jest dorosły, to ma dodatkowe oko, które patrzy poza ciałem, że wciąż jest uczepione dziecka i relacjonuje, co się z nim dzieje. To nieprawda – dziecko samo zdobywa świat i nigdy nie wpuści nas do niego do końca – zawsze pozostawi szparę w drzwiach, w której zostanie nasza stopa.
Jest też ta mądrość, niby oczywista, a tak trudna do zaakceptowania, że Dziecko musi doświadczać, by być starszym i mądrzejszym. Że czasem wystarczy dać czegoś spróbować – otworzyć świat na chwilę, na momencik, a dziecko tylko spojrzy i będzie wiedziało, że musi się zatrzymać i jeszcze nie robić kroku naprzód. Wystarczy dać pociumkać smoczek młodszego brata, zamiast wciąż mówić „Jesteś za duży! (och jakże znienawidzona przez dzieci, muszą być to słowa! Słyszą je miliardy razy, nie mogąc dorastać we własnym tempie i w spokoju sumienia!). Pociumka, dostanie w ryjka i sam odda, gdy przyjdzie pora. Wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej. Do domu wróci, gdy zrozumie, że tęskni za mamą. I nawet Chrumtaska po drodze w kałuży umyje, żeby jej się przypodobać! Żeby zatrzeć ślady, żeby udawać „będzie tak, jak ty chcesz, miałeś rację”...
Głęboka ta książka. O całej masie błędów wychowawczych w zderzeniu z nieokiełznanym dzieciństwem.

Teraz odmieniamy Bolusia przez wszystkie przypadki i czasy. Czytamy go namiętnie (no ja może już trochę mniej namiętnie...). Zajął również poczesne miejsce w porannym rytualne urlopowym. Gdy ja i Majka do-leży-wamy z samego ranka w jednym łóżku, tulkając się, w pewnym momencie nadchodzi CZAS i Majka mówi „Przyniosę Bolusie” - i idzie szukać ich po domu, by w końcu je przynieść i czytać w konfiguracji 2x2 (pierwszy Boluś, drugi Boluś i znów pierwszy Boluś i drugi Boluś – rytuał dopełniony, można wstać, można o śniadaniu pomyśleć...)

[Ta książka jest/będzie dla mnie szczególna z ważnego powodu. Do tej pory czytałam Majce, ona słuchała. Pokazywała coś na obrazkach, czasem rzuciła słowo, albo dwa. A przy Bolusiach okazało się, że naprawdę dociera do niej to, co czytamy, że doskonale łączy ilustracje z tekstem, że wie „o czym jest ta książka” (choć nie jestem pewna, czy zawsze wie, co autor miał na myśli). Któregoś bowiem dnia stwierdziła, że teraz czyta ona – i czytała „Tu jest braciszek, braciszek ryczy i ryczy i ryczy (dużo było tych ryczy)....”, a gdy zapytałam ją o czym jest ta książka to odrzekła „O smoczku i o braciszku”. Niby wiedziałam, że to nie trafia w próżnię, ale gdy się ma dowody łatwiej czytać Bolusia -nty raz tego samego dnia (godziny? raz po raz? kilkanaście z rzędu?)]







*tak, tak, wiem, to kontrowersyjny fragment...


[Dziękujemy Zakamarkom za podzielenie się egzemplarzami]

3 komentarze:

  1. My mamy " Ależ Bolusiu" od około 3 tygodni. Syn bardzo polubił prosiaczka, dokładnie tak samo zareagował : czytalismy go rano, przed moim wyjściem do pracy, po pracy, przed wieczorną kąpielą, po kąpieli i przed spaniem. Syn ma 3 lata i zanim kupiłam książkę miałam wątpliwości czy nie jest juz na nią za dojrzały gdyż na stronie wydawnictwa jest zaznaczona grupa wiekowa +2 i do tego czytam mu od urodzenia, ale jednak dobrze zrobiłam , że ją kupiłam . To był strzał w 10-tkę . Wszystko nam się podoba i tekst i ilustracje , Boluś budzi nadzwyczajną sympatię . Intensywne czytanie doprowadziło do tego , że syn mówi : "... mamusiu teraz ja " i mówi fragmenty z pamięci :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie przeczytałam biblioteczne Bolusie. Fajne! Co sądzicie o "klawych knurkach"?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...