Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 22 marca 2014

170.599 W 6 GODZIN I 7 MINUT

DOROTA TERAKOWSKA
„BABCI BRYGIDY SZALONA PODRÓŻ PO KRAKOWIE. DZIEŃ I NOC CZAROWNICY”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014
ILUSTROWAŁ BOHDAN BUTENKO

[Jedno z najbardziej prestiżowych wydawnictw w Polsce pochyla się też czasem nad Dziećmi]

Kraków jest jednym z tych miejsc magicznych, w których oddycham inaczej. Choć z Naszej ulicy na Bracką (według mapy Google) samochodem jechalibyśmy 6 h 7 min. (599 km), to często jestem tam myślami. Tym bardziej, że w przedpokoju Naszego domu wisi jedno z moich ukochanych zdjęć – Tata Majki, gdy jeszcze nie myślał o tacierzyństwie, nad filiżanką kawy, na tle fotografii Milesa Davisa, w jednej z krakowskich knajpek. O Krakowie myślę codziennie... Wchodząc do domu i z niego wychodząc. Gdy w dawnych czasach pojechałam tam pierwszy raz, nie mogłam przestać się uśmiechać. Nie musiałam nawet nic zwiedzać, wystarczyło mi siedzieć na Rynku i patrzeć na kwiaciarki.
Kiedyś tę miłość chcę przekazać Majce – zabrać ją do Krakowa i pokazać moje ulubione uliczki, Kazimierz, na którym są najlepsze w Polsce zapiekanki ze szczypiorkiem, Smoka Wawelskiego, który zieje ogniem (bo na pewno jej się spodoba) i „Rynek, Szewską, Planty” (jak śpiewa pan Ś.). No i Bracką, na której raz jeden jedyny stałam w deszczu.
Dlatego, dla tej miłości, książkę Terakowskiej potraktowałam bardzo osobiście.
Bartek Nowak, o którym jest ta książka, mieszka na ulicy Floriańskiej (toż to sama żyła główna krakowskiego serca!). Z okien patrzy na Kraków sprzed wieków i wcale nie może być z tego dumny, bo jego wszyscy kumple mieszkają w takich domach, które mają podobny widok. Tylko jedni widzą Adasia od twarzy, a inni od pleców. Z przeszłością w kieszeniach biegają po starym Rynku, jak po podwórku i w chowanego pewnie bawią się w Sukiennicach.
Pewnego dnia Bartek zachorował i musiał zostać w domu sam – tata i mama musieli wyjść do pracy, a starsza siostra zgrabnie wykręciła się od pilnowania brata przygotowaniem do matury u szkolnej koleżanki.
Bartek został sam, ale nie na długo. Gdy wszyscy już wyszli, do drzwi zastukał tajemniczy gość - „Jestem twoją babcią Brygidą!” - wrzasnęła pani, stojąca po drugiej stronie judasza. I choć Bartek nie słyszał nigdy o żadnej babci Brygidzie – otworzył drzwi. Nie można tak robić, to niebezpieczne, nieznajomi...itp., itd. Ale w tym przypadku to było jak otwarcie drzwi do przygody. Babcia Brygida wyglądała osobliwie – miała krótkie włosy, dziwną bluzę, pumpy, kolorowe podkolanówki w paski i adidasy. A w dłoni dzierżyła czerwoną parasolkę – jak się okazało, była to parasolka magiczna! To ona sprawiła, że spotkali smoka, że widzieli najazd Tatarów z wieży Mariackiej, że wysprzątali Kraków co do ostatniego papierka po cukierku, że wzlecieli pod chmury...
I czy to wszystko tylko się śniło Bartkowi z wysoką gorączką, skoro po trzech dniach choroby i wyjeździe babci, w dłoni został mu tajemniczy kamyk wyniesiony z pewnej znanej wszystkim groty?


Gdy kończy się opowieść, nie kończy się książka – trzeba ją odwrócić „do góry nogami” i tam, po drugiej stronie okładki jest jeszcze historia czarownicy, która pewnego dnia budzi się po ciężkiej nocy. Śniło jej się całe zło, które wyrządziła i odbierało jej przyjemność z odpoczynku. Przebudzona, ale niewyspana czarownica stwierdza, że od tego dnia będzie czynić tylko dobro. Ktoś musi jej jednak uświadomić, że bez zła nie ma bajek i baśni. Co więcej, bez zła nie ma dobrych zakończeń... A gdy to już pojmie, to wtedy wchodzimy z nią w noc. I tam się okazuje po co są baśnie – bez baśni nie byłoby wspomnień, dobrych snów i wspomnienia matek, opowiadających je na dobranoc... Ta część historii jest nostalgiczna, w przydymionym kolorze, sędziwa i mądra, taka do głębi i przepalona jakimś smutkiem wiedzy... że nie zawsze życie odbija bajki, że może czasem zło wygrywa i że nie zawsze istnieją czarownice, które dobre zakończenia naprowadzają na właściwe tory...

To świetna książka – także graficznie – za jej oprawę odpowiada Bohdan Butenko, więc nie może być inaczej! Kilka obrazków na starych pocztówkach Krakowa. Ale to nie są pocztówki sprzed wieków, to pocztówki, które ja mogłabym wysłać rodzicom z kolonii, jakieś 20 lat temu. A noc czarownicy jest na czarnym tle, pisana białymi literami. Kilka prostych, oczywistych zabiegów, które trzeba było „tylko” wymyślić. Kilka mazów – tych graficznych i tych słownych, a ja znów chcę do Krakowa...


[Dziękujemy Wydawnictwu Literackiemu, że dzieli się z Nami swoimi cennymi perełkami – książki wszak najwartościowszymi klejnotami]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...