Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 2 października 2015

282. O NIEWYOBRAŻALNYM

KATARZYNA BABIS
"MAJA Z KSIĘŻYCA"
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2015
SCENARIUSZ I RYSUNKI CYRIL PEDROSA
"TRZY CIENIE"
(TŁ. KATARZYNA KOŁA)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2015

[dla Mai Cz., za którą moja Majka i ja mocno trzymamy kciuki-nie idź na księżyc, dobrze?]

Słyszę jego głos, drżący tak, że nie potrafię go poznać. Coś o jakimś guzie, operacji, dosłownie parę słów, splecionych tak, jak nigdy nie powinny się splatać. Bo tam pomiędzy pada jeszcze „moja córka”, a ona przecież ma tylko kilka lat i nie zdążyła zrobić jeszcze tylu rzeczy… To wisi nad nami, nad nim i właściwie nie wiadomo co powiedzieć. Uciekam. I mam ochotę od razu pobiec do mojej córki, przytulić ją najmocniej w świecie i od świata oddzielić moimi ramionami. Bo świat nagle wydaje się zbyt zły.

DWA PUNKTY WIDZENIA
Wielokrotnie miałam okazję rozmawiać z ludźmi, którzy pracują na oddziałach dziecięcych. Na tych najcięższych, gdzie wiadomo, że pomiędzy łóżkami przechadza się ta z kosą… I bawi się z dziećmi w wyliczanki – raz, dwa, trzy, dzisiaj umrzesz ty… Nie, dorośli sobie nie radzą. A dzieci owszem. Akceptują. I chcą o tym rozmawiać. Chcą mówić, co sobie wyobrażają. Chcą wiedzieć, jakie dorośli mają plany na przyszłość – na tę, gdy ich samych już nie będzie. A dorośli nagle stają się dziećmi-niemowami, które nie potrafią unieść ciężaru, ale nie mają też szans, żeby przytrzymać w górze kosę, żeby nie spadła na szyję ich dziecka.

Dzieci wiedzą. Nawet, jeśli się im nie mówi, wyczuwają.
Alicja ma 6 lat i siostrę Maję. A Maja ma maskę tlenową i oddzielny pokój, do którego Ala nie może wchodzić. Tata zabiera Alę do szpitala – pewnie dlatego, że nie ma co z nią zrobić, ale zawsze zostawia ją pod szklanymi drzwiami. Pod drzwiami, przez które widać twarz Mai przykrytą maską tlenową. Widać wyraźnie, tylko nie słychać, co tata mówi. A może nie mówi już nic, bo nic się nie da powiedzieć? Ala też bywa głodna, bo tata śpiesząc się na drugą stronę szyby, zapomina czasem zrobić dla Ali kanapki. A ona, skulona pod tą szybą, za która leży jej siostra, doskonale rozumie sytuację. Maja jest po prostu z Księżyca, była tu, na ziemi, na chwilę. Być może to był rodzaj misji, jakieś badanie, ale teraz musi już wracać do siebie. Po prostu. Kiedyś bawiły się razem i były najlepszymi przyjaciółkami, ale teraz Maja będzie się bawić sama. Tyle tylko, że ma perspektywę doskonałej zabawy. Bo może będzie łowić na wędkę satelity, siedząc na księżycowych kałamarnicach? Albo będzie będzie robić na drutach nowe galaktyki? Co prawda nie wiadomo, jak tam jest, ale Ala leżąc wieczorem w łóżku próbuje sobie to wszystko wyobrazić. Nie zawsze jej się udaje, bo przecież to Maja jest księżniczką, to ona zaraz, za sekund parę poleci na Księżyc, nie Ala. Ale dziewczynka chociaż próbuje. Oswaja. Tłumaczy sobie. Akceptuje.
Piękna historia, genialnie narysowana. Delikatna, liryczna, efemeryczna. Napisana nieomal bez słów. Napisana z perspektywy dziecka. Dziecka, które godzi się, pojmując śmierć w szerszym kontekście i przekładając ją na swój własny język.






Dorośli tego nie potrafią.

Dorośli walczą. Zabierają ledwo oddychające ciało dziecka ze szpitalnego łóżka i gnają w świat, byle dalej, gdzie oczy poniosą. Negują, wypierają, milczą. Dorośli są zbyt duzi na to, by móc rozumieć. Widzą tylko aparaty, rurki, światełka, na końcu których czeka wyładowanie baterii. Nie widzą Księżyca. Nie mają wyobraźni, jeśli chodzi o śmierć dziecka. Walczą na swój własny sposób. W miejsca dziecięcej akceptacji wolą dojrzały bunt. W rezultacie zamiast ostatnie chwile, które dano im na pożegnanie, trwonią na donkiszoterię.
Bo był czas, kiedy wszystko było proste i niczym w rajskim ogrodzie. Dopóki za oknem nie pojawiły się trzy cienie. Niby nie podchodzą blisko, niby tylko stoją na wzgórzu. Ale już podskórnie wiadomo, że to nie jest zwykłe stanie, że przyszli w jakimś celu. Jeszcze rąbie się drzewo, jak co dzień, ale już z większą zaciętością, nie spuszczając z oka syna. W końcu Louis pośpiesznie pakuje plecak z żywnością, zabiera syna i ucieka. Żona przekazuje mu Joachima, bo wie, że Louis kiedyś będzie musiał się pożegnać. Ona już to zrobiła.
To najpiękniejszy komiks jaki znam (mówię tu o scenariuszu). Czytałam go po wielokroć, choć za każdym razem coraz mniej mam powietrza w płucach. Za każdym razem ta książka, ta historia coraz mocniej we mnie uderza. Za każdym razem jest mnie trochę mniej, bo słyszę „Do widzenia, tato” i odwracam się w tę stronę, w którą idzie Joachim. Nigdy nie potrafię zostać z jego ojcem.









Na końcu ważne słowa, które tak naprawdę mówią wszystko, są kwintesencją dorosłego spojrzenia na dziecięcego odchodzenie: „Wytrzymać. Pozostać po stronie żyjących”. Nie umiem sobie wyobrazić. Nie chcę.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...