Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 21 lutego 2017

390.MOŻESZ BYĆ KIM ZECHCESZ CZYLI RĘKA FRANKENSTEINA

WOJCIECH MIKOŁUSZKO
„WIELKIE EKSPERYMENTY DLA MAŁYCH LUDZI”
AGORA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA JOANNA RZEZAK

Z fizyki i chemii zawsze ściągałam. Nie rozumiałam ni w ząb, o czym prawią moi nauczyciele. Starałam się skupić, starałam się zapamiętać, starałam się dociec, wyłapać sens. Ale moje myśli odlatywały ku ciekawszym rzeczom, zaraz na początku wykładów, przepisywania z tablicy nudnych wzorów i kartkowania opasłych podręczników.
Jednego dnia, pan L. od fizyki, lat sporo po pięćdziesiątce, stanął na biurku i zaczął rzucać małymi piłeczkami oraz zgniecionymi i rozprostowanymi kartkami. W jednej chwili przykuł uwagę każdego jednego ucznia. I nawet ja zrozumiałam tego dnia wykład o grawitacji i szybkości spadania ciał, zależnej od siły oporu, jaką stawia im powietrze. To było jednak zdarzenie incydentalne i być może dlatego nie zostałam wielkim naukowcem...
Nie mogę się zgodzić, by ktoś odebrał także mojemu Dziecku prawo do bycia fizykiem! Nie mogę się zgodzić na to, by ktoś zaprzepaścił jej szansę na wynalezienie czegoś wielkiego! Żądam, by nauczyciele wraz ze mną powtarzali mojemu Dziecku: możesz być kim tylko zechcesz – i udowadniali to na każdym kroku!
Dokładnie tak, jak zrobił to Wojciech Mikołuszko w szkole podstawowej Eureka w Zalesiu Górnym koło Warszawy.
Co to jest eksperyment? - zapytał dzieci, a gdy już ustalili teorię („miesza się różne składniki i robi się wybuch!”, „to coś, co się sprawdza i nie zawsze wychodzi”, „robi się coś bez instrukcji”), przystąpili do praktyki. Po prostu zaczęli eksperymentować!
Ta książka to narzędzie do tego, by zaciekawić Dziecko, co się stanie gdy…
...włoży wypełnioną wodą plastikową butelkę do zamrażalnika…
...potrze balonem o sweter, a potem zbliży go do własnych włosów…
...na dwa dni zostawi jajko zalane octem…
...położy na powierzchni wody łódkę z plasteliny…
Wszystkie te eksperymenty mają różną trudność (spiralka wycięta z kartonu i przywiązana do ołówka na pewno jest prostsza do zrobienia niż minisilnik elektryczny), różny czas trwania (zrzucenie zmiętej i rozprostowanej kartki, dla zbadania szybkości ich lotu trwa znacznie krócej, niż kilkudniowa obserwacja dżdżownic), ale są możliwe do wykonania w domu. Czasem trzeba użyć do ich przeprowadzenia czegoś, po co będzie trzeba iść do sklepu (my na przykład nie miałyśmy pod ręką puszki do zbudowania własnej maszyny parowej, ani czerwonej kapusty do badania kwasów i zasad, ale wszystko, co potrzebne do ręki Frankesteina, było akurat w domu), ale gwarantujemy, że będzie to każdy pobliski osiedlowy sklepik, a nie hipermarket na obrzeżach miasta lub specjalistyczny sklep w centralnej Polsce.
Zachwyciła mnie ta książka! Pomysłami na eksperymenty – to jasne! Ale też konstrukcją. Każdy z rozdziałów to krótka, zajmująco napisana minibiografia jakiegoś naukowca. Są tu Archimedes, Galileusz, Robert Boyle, Isaac Newton, Benjamin Franklin, Michael Faraday, Ludwik Pasteur (tak, tak, jest hodowanie pleśni!) czy nawet Karol Darwin. A potem są propozycje eksperymentów i opis spodziewanych skutków czyli „zrozum swój eksperyment”. Wszystko napisane dla Dziecka – DO Dziecka. Albert Einstein powiedział kiedyś, że jeśli nie umiesz czegoś prosto wytłumaczyć, to znaczy, że sam nie do końca to rozumiesz. Mikołuszko rozumie świetnie to, o czym opowiada. I widać jego pasję i chęć zarażania Dzieciaki miłością do wiedzy jako takiej. To nie musi być konkretnie chemia, fizyka, matematyka, to musi być ciekawość świata, otaczającej rzeczywistości i chęć dowiedzenia się dlaczego? po co? jak? - ta potrzeba zdobycia odpowiedzi cechuje każdego naukowca, bez kategoryzowania i dzielenia na dziedziny nauki.
Polecam tę książkę każdemu! Być może jest to wynik tego, że nasze eksperymenty w większości się powiodły.
Bo jak już pooglądałyśmy, pozachwycałyśmy się ilustracjami, to nie pozostało nic innego, jak zabrać się do pracy.
Eksperymentowałyśmy pół soboty! A zaczęłyśmy spektakularnie, bo od… ręki Frankensteina czyli od sprawdzenia, co się stanie, gdy wymieszamy ze sobą ocet z sodą oczyszczoną czyli kwas i zasadę… Byłyśmy jak Johann Rudolf Glauber, który odkrył, że gdy te dwie grupy substancji zetkną się ze sobą, to zaczyna się gwałtowna reakcja, którą nazwał „bitwą”.
Tak, potwierdzamy! Dokładnie tak było! I to nie jeden raz, a chyba pięć… („Jeszcze mamo, jeszcze!!!”).




Oczywiście, że dla Majki to była tylko i wyłącznie dobra zabawa, że nie zrozumiała czym są kwasy, a czym zasady (ja też tak do końca tego nie rozumiem…), ale powiedziałam jej o tym, a później wracałyśmy do tego jeszcze kilka razy. Może za jakiś czas, gdy kwasy i zasady pojawią się na lekcji chemii, w jej głowie pojawi się ręka Frankensteina i dzięki temu będzie wiedziała, że te dwie substancje „się biją”?
„Gdy dzieci wkraczają w wiek poznawania świata, eksperymentują niemal bez przerwy. (…) Z czasem jednak (…) eksperymentują coraz mniej. Rodzice i nauczyciele przekonują ich, że najlepszym sposobem poznawania świata jest przyswajanie gotowej wiedzy z książek i z lekcji. Do tego można jeszcze dorzucić rozumowanie, czyli logiczne myślenie, oraz – ewentualnie – choć mniej chętnie – obserwację przyrody i ludzi. O eksperymentach prawie się nie mówi. Niesłusznie. Bo świat warto poznawać wszystkimi metodami, jakie są dostępne.” [s.8-9] Wojciech Mikołuszko potraktował każde Dziecko jak naukowca, którym w istocie każde z nich jest.
W Dzieciach jest naturalna ciekawość świata, Dzieci uwielbiają się dziwić. Uwielbiają dociekać, badać, sprawdzać, udowadniać. To dlatego Majka po tym, jak pół niedzieli robiłyśmy eksperymenty z książki, wzięła mydło, ocet, sodę, pojemnik pełen wody i gumowe rękawice i zaszyła się z nimi w łazience. Sprawdzała. Dolewała, mieszała, potrząsała, żeby sprawdzić, co z tego wyjdzie. Miałam nadzieję, że jedyne co wyjdzie na pewno, to łazienka bez szwanku. Ale, jak wiemy z historii (i z książki Mikołuszki), niektóre eksperymenty wymagają ofiar… (mokre kolana, mokra podłoga…). Zacisnęłam zęby, bo przecież czasem zaczyna się od błahostki, od zwykłego zamieszania w jednej próbówce dwóch składników. Bo przecież kto sam nie sprawdzi, ten nigdy nie będzie wiedział na pewno...
















1 komentarz:

  1. Ja też ni w ząb ani z fizyki ani z chemii, zabrakło pasji u nauczycieli, a po mojej stronie chęci. Niestety, ale chyba muszę pozbawić Cię złudzeń - mam dzieci starsze od Mai - nauczyciel, który chce i potrafi zainteresować uczniów swoim przedmiotem trafia się jeden na ...., w każdym bądź razie rzadko. A już taki, który by powtarzał dziecku, że może być kim chce... oj oj! A książka rzeczywiście interesująca, może zasiać ziarnko... ;) uściski m.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...