Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 20 września 2016

349. NA ODWRÓT

CLARE FURNISS
„ROK SZCZURA”
(TŁ. KATARZYNA ROSŁAN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016

Drzewiej było tak, że każdy za życia przygotowywał żałobną koszulę. Drzewiej było tak, że gdy umarł, to zbierała się wokół niego cała społeczność – rodzina, sąsiedzi, przyjaciele. Czuwali nad jego ciałem modląc się, rozmawiając, siedząc tylko, myśląc. Ciało nie zostawało samo, sam nie zostawał ten, kto nie umarł – mąż, żona, dziecko. Drzewiej było tak, że wokół śmierci, pogrzebu, żałoby ludzie poustawiali drogowskazy z etykiet, zwyczajów, tradycji. To, że żałobnicy mieli na sobie czarne stroje, że rzucali do grobu grudkę ziemi, że przez rok nosili w klapie czarną chustkę lub wstążkę, pomagało iść przez życie. Bo wiedzieli, co mają robić, wiedzieli, że mają prawo do żałoby. I widzieli też jej koniec. Nie jawiła się jako koniec świata. Żałoba w wielu kulturach trwa rok, jeśli ze zmarłym łączą Cię szczególne więzy. To rok na wstawanie z ziemi, otrzepywanie pyłu i kurzu, osuszanie łez i stawanie na nowo w korkach, jedzenie na nowo owsianki na śniadanie, dzwonienie na nowo do znajomych, znajdowanie na nowo radości w tańcu, piciu herbaty, jeździe na rowerze i wolnym weekendzie.
Matka i córka to więź jedna z najmocniejszych. Dlatego Pearl nie może się pogodzić z odejściem swojej mamy. Jest piętnastolatką, której jeszcze przed chwilą wydawało się, że jest dorosła i nie potrzebuje rodziców. Ale w jednej strasznej chwili okazało się, że wciąż ma w sobie więcej z dziecka, niż chciałaby sądzić.
Jej mama umarła w marcu. Zaraz miała się rodzić wiosna. A urodziła się jej siostra Rose. Siostra, której Pearl od początku nie chciała. Uśmiechała się tylko z grzeczności, widząc radość mamy i taty (formalnie ojczyma, ojca tak naprawdę, z potrzeby serca), sądziła, że jakoś poukłada sobie sprawy, uczucia, sens później. Ale nie zdążyła. To było jak jedno – śmierć i narodziny. Bo mama umarła z powodu jej siostry – jakieś zakażenie ciążowe, czy coś. Jedno jest pewne – to dziecko zabrało jej matkę. „Od chwili, gdy mam mi powiedziała, że jest w ciąży, wyobrażałam sobie pulchne jasnowłose niemowlę żywcem wycięte z reklamy pieluszek. (…) A teraz je zobaczyłam. Skojarzenie było natychmiastowe. Przed oczami stanął mi dzień, kiedy okociła się nasza kotka Sadza. Miałam wtedy pięć lat i czekałam na tę chwilę od wielu tygodni. (…) Każdego wieczora przed zaśnięciem patrzyłam na zdjęcia puszystych kulek ze ślicznymi, szeroko otwartymi oczkami. Aż pewnego dnia mam zaprowadziła mnie do schowka i pokazała otwartą dolną szufladę komody. Wiły się w niej bezładnie ohydne różowe, pomarszczone szczurki.” [s.18-19] Łatwo jest nienawidzić Rose. Jest mała, bezbronna, nie oddycha sama, tylko przez jakieś rurki… Łatwo jest ją obwiniać, bo przecież gdyby nie ona, to mama dalej byłaby obok i kłóciłyby się z Pearl o głupoty, jak zwykle. I jeszcze ojciec, bo zachciało mu się drugiej córki! Pearl nigdy nie sądziła, że przestanie mu wystarczać, że „biologia będzie miała jakiekolwiek znaczenie”. „Kochasz ją bardziej ode mnie?” - pyta i właściwie nie czeka na odpowiedź. Wie. Ucieka. Zamyka się. Znika. Rozpływa się w tej drugiej sobie, nieukształtowanej, niepełnej jeszcze, ślepej i głuchej – w sobie nowo narodzonej: sierocie.
Żałoba to nie tylko stan umysłu. To też zmiany w ciele. Brak łaknienia, bezsenność, ospałość. To brak koncentracji, brak chęci do życia, brak motywacji. To różne inne braki i nadmiary, które dostaje się w pakiecie z rachunkiem za trumnę. Pearl ma wszystkie. I nie wie, jak sobie z nimi poradzić. Odpycha wszystkich wokoło. Tatę – wiadomo. Przyjaciółkę, bo nie rozumie. Babcię, mamę ojca, bo jej własna mama jej nie lubiła. No i Szczura – też wiadomo. Odrzuca rolę córki tego, który został, odrzuca rolę siostry, zapętlona we własnym egoizmie. Odrzuca cały świat zewnętrzny – jedzenie, picie, słońce, szkołę. Można, wolno jej, w żałobie jest przecież, prawda? Pearl na przemian mnie irytowała i wyzwalała pokłady czułości, wkurzała i wywoływała współczucie, zadziwiała i sprawiała, że chciałam ją przytulić. Pearl odrzuca przyszłość, zatrzymuje się w teraźniejszości, jak złapana w pułapkę, jakby wpadła w kleistą maź, od której nie może uwolnić nóg, nie ma siły na walkę, więc zostaje tak w jednym miejscu, trochę zrezygnowana, trochę bo sama chce i uważa, że to najlepsze, co może jej się zdarzyć. Bezruch. Nie-koniecznośc oddychania. Stereotypowe „wszystko będzie dobrze” uważa za bajki dla dzieci bez ziarna prawdy, za potwarz. Ja tu cierpię! - krzyczy do każdego, kto zbliża się choćby na krok. Jest w tym wszystkim całkiem sama. A samotność jest stąd, że nie wie, jak się zachować, co czuć, co myśleć. Nie ma wprawy w żałowaniu, nie ma doświadczenia. I nie może nawet zapytać mamy o radę. To znaczy może. Bo mama jej się ukazuje. Zawsze w tych najważniejszych, najtrudniejszych, beznadziejnych momentach. W tych chwilach Pearl czuje wstyd. Za ta siebie, którą teraz widuje co dzień w lustrze. Za siebie niedostępną, za siebie zamurowaną. I chciałaby wyjść z tego żałobnego stroju, wreszcie odetchnąć, tylko, że łatwiej jest być smutną.
„Oczywiście będzie to najdłuższe i najbardziej gorące lato w historii, a ja jak na złość nie żyję i nie mogę się opalać.” [s.208] – mówi mama. Taka była. Zabawna. Trochę szalona. Nic dziwnego, że Pearl za nią tęskni. Ale przecież nie można się cieszyć ze słońca, gdy mama nie żyje, prawda? Po co sprawdzać wyniki egzaminów gimnazjalnych? Przecież mama nie żyje. Mam kochać siostrę? Jak, skoro mama nie żyje i to jej wina!
Pierwszy rok życia to dla dziecka jak zdobycie całej korony ziemi. Naraz. Idąc na rękach. To jak skok z nieba. Bez spadochronu. Bez skrzydeł. I wylądowanie na dwóch nogach. Bez szwanku. To uczenie się bycia osobną istotą, bez mamy. Rose uczy się tego mimowolnie, zaprogramowana na proces edukacji przez ewolucję. Pearl uczy się tego na-nowo-bycia opornie, z żalem, z bólem, z gniewem, nie chcąc być pilną, pojętną uczennicą, uciekając przed wszelkimi egzaminami. Rodzą się tak naprawdę we dwie. Pearl w większych bólach, bo świadoma nieuchronności tego, co się stało.


To książka o tym, że czasami ktoś musi powiedzieć Ci wyraźnie - „Wolno ci być szczęśliwym”. O tym, że wszystko płynie. O nieuchronności. O żałobie, tej złej i tej dobrej, oczyszczającej. O gniewie i o bezsilności. O umieraniu i o życiu – jedno zawsze wychodzi z drugiego. Czasem tylko zupełnie na odwrót.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...