Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 26 maja 2014

185.JEDNA Z ULUBIONYCH MAM

ULF STARK
„JAK MAMA ZOSTAŁA INDIANKĄ”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2008
ILUSTROWAŁ MATI LEPP

Mam kilka ulubionych Mam. Na prowadzeniu, od lat i niezmiennie jest moja własna, która nauczyła mnie kochać. Ale mam też kilka takich kieszonkowych, podręcznych, do których mogę zapukać w okładkę i coś od nich wyciągnąć – przepis na tort i pokłady cierpliwości od Mamy Muminka, wiarę w cuda i igłę z nitką od Mamy Czarodziejki, pomysłowość od Mamy Mu...
Ale jest jedna papierowa mama szczególna – to mama Indianka.
Ulf się nudzi – jest słoneczny dzień, jego brat ma jakieś ważne sprawy, tata rozwiązuje krzyżówki, babcia wygląda przez okno, a dziadek przekopuje ogródek. Każdy zapamiętał się w tym co robi i jakoś tak się w tym rozpanoszył, że dla Ulfa nie starczyło już miejsca. Jest jeszcze mama, ale ona jak zwykle wykonuje te milion rzeczy, które trzeba zrobić każdego dnia – pranie, prasowanie, sprzątanie i smażenie kotletów. Została uwięziona przez blade twarze w klatce konwenansów, w życiu codziennym, w butelce z płynem do mycia naczyń. Zapomniała już, że kiedyś nazywała się Piękna Ryba i że można nosić rozpuszczone włosy. Splata je ciasno, w wysoki kok, żeby nie przeszkadzały – bo mogą się przecież zaplątać w szczotkę do podłogi, albo wkręcić w maszynkę do mięsa... I jak to się dzieje, że mama jest tak blisko, a Ulf się nudzi? Jak to możliwe, że jest Indianinem i nie ma obok squaw? Ale nagle dzieje się cud – mama przypomina sobie, co jest w życiu najważniejsze, przyszpila dwa niedosmażone kotlety do kuchennych drzwi i ucieka – żeby pływać w różowych majtkach, łapać ryby i osmalać je na ognisku, pozdrawiać sąsiada zaczarowanymi słowami, robić tęczę z wydmuchiwanej pod słońce wody i malować czerwoną szminką nie usta, a barwy wojenne na policzkach. Po prostu rzuca wszystko, by pobyć ze swoim synem i śmiać się tak, jak nie śmiała się od dzieciństwa. To nie jest skarga, to czysta radość. To nie jest przebranie – to odkopywanie własnego ja! To okazja, żeby pochwycić sens życia i pokazać ten sens swojemu Dziecku. A co jest tym sensem? Radość z tego, że się żyje, że ma się kogoś najważniejszego przy sobie, że świeci słońce i że można śpiewać piosenki.







Myślę, że ta książka jest o kwintesencji macierzyństwa – chodzi o to, żeby czasem ubrudzić ręce w farbach, albo włożyć na głowę kartonową koronę i iść po chleb, albo uciec z pracy i zabrać Dziecko na lody, albo nad morzem wykopać wielką dziurę i sprawdzić, czy przebijemy się do Australii, rzucać piaskiem do samego nieba i klepać babki, używając czerwonego wiaderka i małej żółtej łopatki. Nie chodzi o to, żeby zawsze na obiad były lody. Nie chodzi o to, żeby nie czuć się zmęczonym, żeby nie chcieć poczytać książki, żeby zawsze mieć czysto i żeby zawsze mieć ochotę na rysowanie i lepienie z plasteliny – nie na tym polega macierzyństwo! Żadna z mam nie jest idealna, ale każda, która kocha swoje dziecko jest ideałowi bliska. Bo najważniejsze to czasem się zapomnieć, dać się ponieść, zapomnieć, że coś trzeba i po prostu podrzucać Dziecko do samego nieba i cieszyć się jego ciężarem opadającym w ramiona...




1 komentarz:

  1. Świetna książka. Dzięki za przypomnienie. Myślę, że jeden dzień obsuwy w czytaniu, będzie nam darowany :P Idę do biblioteki :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...