Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 13 maja 2014

182. FOTO STORY. STORY SIX – KOLORY ZRODZONE Z DESZCZU

Weekend nie skąpił deszczu. Okna płakały. Choć w szafie Majki mieszkają czarne kalosze w trupie czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami, nie chcieliśmy wychodzić. Baliśmy się, że nie tylko zmokną nam włosy i torebki, ale że zdrowie zmoknie najbardziej i będzie musiało potem się schować. Urządziliśmy więc prawdziwie plastyczny weekend. W ruch poszły pędzle, kredki, mazaki, plastelina, kawałek kartonu, trochę kleju. Było lepienie z plasteliny zwierzątek (i rozlepianie ich przez Majkę – badacza plastelinowych części ciała i wnętrzności), było wycinanie, malowanie i sklejanie kartonowej korony (niestety o ile wykonywanie korony cieszyło się wielkim powodzeniem, o tyle noszenie – niekoniecznie, z trudem namówiłam swoją córkę na dwa zdjęcia – dla Dziadków), było zwykłe/niezwykłe malowanie farbkami, przy których wypróbowałyśmy nasz nowy komplet pędzelków z trójkątnymi rączkami (a i tak oczywiście skończyło się na odciskaniu ufarbionych palców na papierze) i było budowanie domu – dla kredek i mazaków. Podpatrzyłam u bielemorele stolik małego artysty (autorka bloga zachwyca mnie pomysłami – tanimi, zaskakująco mądrymi, łatwymi w wykonaniu, fascynującymi…), a że do Ikei mamy niecałe 11 kilometrów – musiałam go ucieleśnić w Naszym domu. Jest – i jak na razie hitem jest wyrzucanie kredek z pojemników (ale już wkładanie ich z powrotem niekoniecznie…).
I chciałam podzielić się plastyczną refleksją osoby, która po kilku –nastu? –dziestu? latach na nowo nurza dłonie w farbach i plastelinie*: Nie warto kupować najtańszego! Myślałam, w swej naiwności, że skoro Majka jeszcze nie umie rysować, to wystarczą jej tanie kredki z marketu. Nic bardziej mylnego! Tanie marketowce nie rysują – o wiele więcej siły trzeba włożyć w przyciśnięcie ich do papieru, by wydobyć kolor, łamią się – już przy temperowaniu, ale nie tylko w rysiku, także w pół, w swej wiotkiej posturze. Jeszcze gorzej sprawa ma się ze świecowymi – tu czasem jest tak mało barwnika, że jedną kredką można narysować tylko jednego kota – żeby było go widać na kartce… Więc zamiast kupować kilka pudełek tańszych, nic niewartych, warto zainwestować w te ciut lepsze**– bo jeśli kredki nie będą rysować, to dziecko też nie będzie rysować – taka prawda. Dlatego Majka tak bardzo lubiła moje długopisy – przy minimum wysiłku powstawały najpiękniejsze kreski i półokręgi – zauważyłam, że czasem tak mocno przyciska długopis do kartki, że robi dziurę – wpływ tanich kredek na postrzeganie pisania/rysowania przez moje dziecko – szybko trzeba to odkręcić!!! Przy plastelinie byłam już mądrzejsza. Przy farbach też – tu sięgnęłam po opinię Olgi (i Ewki), choć póki co miałam Otockiego w malutkich słoiczkach – ale nie opłaca się, oj nie! Muszę zaopatrzyć się w buteleczki! A najtańsze pędzle zostawiają włosy na kartce, łysieją, linieją, zrzucają czuprynę – ciekawy efekt, ale nie zawsze pożądany, bo czasem niezamierzony…
A teraz znów Majka będzie się bawić w papierowo-plastelinowym świecie, bo gorączka jednak ją dopadła, mimo że nie wyszliśmy na deszcz…















*czy kiedykolwiek nurzałam do tej pory dłonie w farbach, czy raczej niewolniczo trzymałam się czysto-palcowego pędzelka??? A stopą? Czy malowałam kiedykolwiek stopą???

** nie mówię o czeskich Koh-i-norach od razu (choć widziałam, że obok linii artystycznej pojawiła się też szkolna, więc pewnie tańsza), ale jakieś Bambino, czy na przykład świetny hiszpański Milan… zaś jeśli chodzi o świecowe – chwalę sobie Bambino – jedyne kredki pudrowe, jakie spotkałam do tej pory – i Crayolę. Crayola ma też genialne mazaki dla dzieci 1+ - zmywalne ze wszystkiego, nie wysychające i z zaokrąglonym wkładem, którego nie ma jak wcisnąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...