Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 25 lipca 2016

340. LAJKRY, WILKONIE I INNE STRASZNIE WAŻNE RZECZY

DANUTA WAWIŁOW
„WIERSZYKARNIA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA JOLA RICHTER-MAGNUSZEWSKA

DANUTA WAWIŁOW
„STRASZNIE WAŻNA RZECZ”
KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA, WARSZAWA 1978
ILUSTROWAŁA TERESA WIBLIK

 Niby dzieciństwo ma się tylko jedno. Ale gdy w domu pojawia się dziecko, to przeżywa się to dzieciństwo na nowo. Nie tylko huśtając się z własnym dzieckiem na huśtawce, skacząc przez kałuże, zajadając lody większe niż dłoń (i brudząc się nimi dokładnie tak samo) czy ścigając się po łące (nieograniczone przestrzenie wywołują zawsze chęć do niezatrzymanego pędu!). Ale też wspominając. Gdy Majka bawi się swoją lalką przed moimi oczami staje to, jak kiedyś wymyśliłam, że mój bobas ma zapalenie płuc i umiera i moja Babcia prosiła, żeby jednak wyszedł z tej choroby. Gdy Majka przytula wieczorem swojego lemura, surykatkę, dwa misie i szmacianą Zuzę, ja czuję dotyk moich ukochanych maskotek, tak samo gnieżdżących się kiedyś na mojej poduszce jedno przy drugim. Gdy rysujemy razem zestawem kredek z milionem kolorów, ja wspominam jak łamały się moje kredki. Gdy gramy w kolorową gumę, ja wspominam, że moja pierwsza, to było dwa metry białej gumy do majtek. I że te, które teraz można kupić w sklepie, są owszem, kolorowe, z brokatem, z serduszkami i z czym tam jeszcze, ale dość krótkie, a na moim podwórku miarą statusu była długość gumy do skakania. Gdy robi sobie tatuaże, ja wspominam kalkomanie, albo rysunki, które robiłyśmy na przedramionach długopisem. Gdy gra w grę na dotykowym ekranie mojej komórki ja wspominam komputer Commodore C64, który włączał się jakąś godzinę przy użyciu kasety i maleńkiego śrubokręcika… Porównania – nie da się ich uniknąć! Okazuje się, że w skrytości ducha mierzę i ważę to jej dzieciństwo, żeby doścignąć ideału – mojej własnej dzieciństwa wersji. Że z perspektywy czasu za piórnik z pełnym wyposażeniem, a nie tylko z rysunkiem pióra, zatkniętym w jedną szlufkę, nie oddałabym tamtego czasu, talerzy z łopianowych liści, biwaków na dziko, sznurkowej poczty, oranżadki w proszku i zachwytu nad pierwszymi lajkrami*! I z tego powodu staram się choć trochę przenieść tamten świat w dzisiejsze realia. Tyle, na ile się da. Jakieś ogniska, biwaki pod namiotem, gry z moich czasów, dobranocki z lat 90-tych… omijam tylko kreszowe dresy i wyroby czekoladopodobne – to byłoby stanowczo za dużo.
Najłatwiej jest przenieść się w przeszłość dzięki literaturze. Otwieram książkę i czytam dokładnie ten sam tekst co 20 lat temu. To jak darmowy bilet na wehikuł czasu! Dokładnie tak samo czyta się „Strasznie ważną rzecz” i Kałużystów”!
Dziwny zbieg okoliczności sprawił, że jakiś czas temu buszowałam w antykwariacie. Znalazłam tomik dziwnego formatu z niebieskooką dziewczynką na okładce. Rok wydania i nakład (110.000+200 egz. w oprawie zeszytowej i 10.000+150 egz. w oprawie twardej) przeniosło mnie w moje dzieciństwo jeszcze tam, w ciemnym wnętrzu antykwariatu. W jednej chwili - „Ulepiłam mamie domek z niewidzialnej plasteliny” i „Tatuś, kupisz mi samochód Kwiat dwadzieścia sześć?” okazały się zaklęciami otwierającymi drzwi czasu. To nie był mój ukochany tomik, to nie były wiersze, które recytowałam z pamięci. Nawet o nim nie pamiętałam do czasu, aż znalazłam to wydanie z ilustracjami Teresy Wibilk na półce. Ale okazało się, że trącił jakąś strunę…
Zaraz potem w przesyłce od Naszej Księgarni dostałam nowe wydanie wierszy Danuty Wawiłow… To było jak eksperyment psychologiczny na mnie. Jak drażnienie moich wspomnień i podsuwanie substytutu, żeby sprawdzić, jak zareaguję. Oczywiście pierwsza reakcja to był bunt i sprzeciw, bo jak to niewidzialna plastelina nie wylewa się z pękatego wazonu, jak to kocistki nie niosą razem grubego kota, jak to ta dziewczynka, której mama ma żałować nie pływa na krześle w wielkim morzu łez? Ale zaraz przyszło uspokojenie. Pięknymi, nastrojowymi ilustracjami Joli Rychter-Magnuszewskiej, z jej oniryczną kreską. Jola ma zdolność uspokajania emocji, związanych z klasykami. Więcej – dzięki swojemu talentowi ma prawo klasyków przerabiać, brać na warsztat to, co wydawało się doskonałe, skończone i nienaruszalne, ma prawo podsuwać dzisiejszym rodzicom ich ukochane lektury z dzieciństwa w zupełnie innej formie, ma prawo mieszać – kolory i uczucia. Tu wracamy do tego porównywania. Kolejny raz zdaję sobie sprawę, że nie da się przenieść mojego szczęścia dziecięcego na moją córkę w skali jeden do jeden. Nie da się, bo czasy się zmieniły, na półkach jest coś więcej niż ocet i Lego można kupić w każdym kiosku, a nie tylko w Pewexie. Trzeba nowej klasyki! W warstwie słowa zmiany zachodzą dużo wolniej, ale w obrazie – pędzą jak szalone. To chyba dlatego, że stajemy się społeczeństwem, które przedkłada widzenie nad cała resztę zmysłów. I w obrazie trzeba mieszać, mącić, przeobrażać. Kolejny raz powtarzam też, ze to dobre jest naprawdę dobre. Uwielbiam to dobre od Joli Richter-Magnuszewskiej. Co prawda nadała wierszom Wawiłow innego tonu – Wiblik wydobyła z nich zadziorność, dziecięcą upartość, czupurność. Ale Wawiłow w wersji delikatniejszej czyta się tak samo doskonale!








„MOJE KSIĄŻECZKI. KSIĘGA DRUGA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2016

TOM ZAWIERA:
  • Czesław Janczarski "Tygrys o Złotym Sercu" z ilustracjami Józefa Wilkonia
  • Hanna Januszewska "Kot w butach" z ilustracjami Janusza Grabiańskiego
  • Lucyna Krzemieniecka "O Jasiu Kapeluszniku" z ilustracjami Antoniego Boratyńskiego
  • Adam Bahdaj "Pilot i ja" z ilustracjami Danuty Konwickiej
  • Maria Krüger "Apolejka i jej osiołek" z ilustracjami Zdzisława Witwickiego
  • Jan Edward Kucharski "Wawa i jej pan" z ilustracjami Hanny Krajnik
  • Irena Tuwim "Pampilio" z ilustracjami Ignacego Witza
Ale gdyby ktoś chciał jednak wrócić do korzeni. Gdyby nie dawały mu spokoju obrazy z dzieciństwa. Gdyby jednak kreski Grabińskiego, Krajnik czy Wilkonia były mu drogie ponad wszystko, nienaruszalne. Gdyby były świętości na które nie można się ważyć. To jest seria „Moje książeczki”. Ta z kotem w butach, ta z dzieciństwa. Niezmieniona. Taka sama. No może prócz tego, że jest wydana zbiorczo, po kilka historii naraz, a nie osobno w miękkich okładkach. Znów dowód na to, że słowo się nie starzeje, albo starzeje się dużo wolniej od obrazu. Piękne ponadczasowe historie! O tygrysie, który miał złote serce i szukał przyjaciela, a wszyscy się go bali. O suczce Wawie, która się zgubiła i którą dwoje dzieci odprowadza do pewnego tajemniczego domu. O kocie w butach. O Jasiu kapeluszniku, do którego przyszedł bardzo dziwny gość. O Walusiu, który narysował pilota, a ten pilot wyskoczył z kartki. O królewnie Apolejce, która mieszka w bardzo, bardzo, bardzo wysokiej wieży, a tak chciałaby mieć kogoś do kochania. I o tajemniczym drzewie, z soczystymi owocami, które nie wiadomo jak się nazywa. Genialne, fantastyczne ilustracje! Staroświeckie, bo tworzyli je mistrzowie polskiej ilustracji sprzed wielu lat! Oszczędne w palecie barw, ale jednak nasycone nimi. Na nich można uczyć Dzieci innej wrażliwości, innego patrzenia, na nich można uczyć historii polskiej ilustracji.







Podoba mi się to, w jakim kierunku idzie teraz Nasza Księgarnia. To odkurzanie, archiwum przekopywanie, do tradycji sięganie, z tradycją zabawa, z tradycją igranie. Cieszę się z tej dwutorowości, z tego, że nisko kłaniają się klasykom, że honorują pracę naszych uznanych i największych, ale też z tego, że zapraszają nowych, by mieli szansę stać się klasykami. Trochę wyszła mi laurka, ale laurka ze szczerego serca.


*jakby ktoś nie wiedział, co to lajkry…  

1 komentarz:

  1. Och, wydanie z ilustracjami Wilbikowej... Klasyk i wzrusz!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...