Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 29 października 2014

231.CHODŹMY!

Zaledwie wczoraj…
Pamiętam moje biblioteki z dzieciństwa.
Pierwsza była ta w szkole. Otwarta niby na każdej przerwie, ale tylko na dużej można było faktycznie z niej skorzystać. Jedna pani bibliotekarka, która tylko wymieniała lektury. Wszystkie książki obłożone w jasnobrązowy papier pakowy, na grzbiecie czarnym flamastrem miały wypisane tytuły. Nie można było dotknąć okładki, powąchać liter, słów. Wymieniało się tytuł i już, już, chwytało się książkę niemal w locie, bo następny, następny, następny… Raz jeden pani bibliotekarka zaprowadziła mnie „na zaplecze”, skąd tajemniczo czarowała kolejne tomy. I ja, oniemiała, zaczadzona tym widokiem, tą książek nieprzebranością (jak mi się wydawało), nie mogłam się zdecydować. Dokładnie pamiętam, że wybrałam wtedy książkę z „tarpanem” w tytule*. Trochę dlatego, że kochałam zwierzęta, trochę dlatego, że urzekło mnie to słowo i nie byłam pewna jego znaczenia, a trochę dlatego, że była na półce, której dosięgałam…
Była jeszcze biblioteka osiedlowa, nawet dwie. Jedna była prywatna i trzy kroki ode mnie. Byłam tam częstym gościem. Do czasu, aż zapomniałam oddać książkę. W strachu przed konsekwencjami, karą, która będę musiała zapłacić ze swojej skarbonki i więzieniem, które niechybnie mnie czeka, jeśli książki nie oddam, schowałam ją bardzo głęboko, za innymi książkami. Niebieska okładka śniła mi się po nocach, a ja czatowałam na listonosza, żeby odbierać pocztą przysłane ponaglenia i drzeć je na drobne, nieczytelne kawałeczki. Po roku mama przez przypadek znalazła książkę i musiałam iść ją oddać – jak na szafot szłam, wolno, noga za nogą. Przeprosiłam ze łzami w oczach – „Następnym razem staraj się oddać na czas, dobrze? Wypożyczasz coś dzisiaj?” – usłyszałam tylko. I to było wszystko… Chyba bibliotekarka widziała, że karę wymierzyła mi moja własna wyobraźnia.
Ta państwowa była ciemna, w piwnicy, albo w suterenie. Zawsze paliło się w niej słabe światło. Miała ogromny plus – w części dla dzieci były niskie półeczki, do których bez problemu można było sięgnąć. Komiksy stały w wielkich koszach, wprost na podłodze (po latach dowiedziałam się, że mój Mąż jako dziecko wypożyczał tam Thorgale). To stamtąd jako 11-latka pożyczyłam „My, dzieci z dworca Zoo”, które czytałam włożone w inną książkę, żeby mama nie zabrała mi tej książki tuż przed końcem. A wiedziałam, że raczej do tej lektury jeszcze nie dorosłam…
Dziś…
Jest lato. Upał, żar, a ja i Majka mamy wolne. Zastanawiam się, co robić, jak wypełnić Nam czas po brzegi. Nie chcemy na plac zabaw, bo gorąc Nas podgryza… Idziemy do biblioteki. Spędzamy tam pół dnia… Czytamy, słuchamy muzyki, ktoś gra w jakąś grę, ktoś korzysta z interentu, ktoś maluje jakiś komiks. Majka biega bez butów od krzywych luster, do huśtawek i sortera. Jest szczęśliwa. Z uwagą ogląda pudła pełne książek i przebiera w lekturach stojących na półce. Nie równo, nie w rządku, stoją tak, jak lubią dzieci, w kompletnym chaosie, ale w kolorowym majestacie. Uczymy się, że każdą trzeba odłożyć na miejsce. I że trzeba oglądać je ostrożnie, bo to książki wszystkich Dzieci. Zakładamy kartę, na której jest imię i nazwisko Majki i wypożyczamy trochę książek i nawet jedną płytę („Ile tu muzyczki!” – zachwyca się Majka podziwiając regały z płytoteką).








To biblioteczny kosmos, to kilkanaście lat różnicy i dwie różne rzeczywistości. Zachwycam się postępem, zachwycam się podejściem do Dzieci. Owszem, w bibliotece tuż koło naszego bloku są jeszcze regały, które pewnie stoją tam od tego „wczoraj”, ale na nich stoją nowości, obok worek sako, w który Dziecko może wpaść razem z dobrą książką, a dalej stolik z kredkami… „Niby nic, a znaczy wiele…” – śpiewam sobie w duchu. A będzie jeszcze lepiej – wierzę w to, być może naiwnie. A wierzę dlatego, że coraz częściej do pracy w bibliotekach trafiają ludzie z pasją, z misją, z uporem. Pomimo braku funduszy, chcą działać. I organizują spotkania, organizują konkursy, tworzą fajne karty***, które są już nie tylko kartami do biblioteki, ale kartami do kultury.
W Naszym codziennym czytaniu nie ma wielu lektur z biblioteki. Jest tak dlatego, że zbyt mocno jeszcze przywiązujemy się do książek, także jako przedmiotów. Majka czasem śpi z nimi, czasem czyta sama, przywołując dobrze znane frazy. Ale mimo wszystko są, zdarzają się. I chodzimy do biblioteki. Wybieramy razem. Tłumaczę jej zasady tam panujące, konieczność oddania książek na czas, szczególne o nie dbanie. I to, że biblioteka to miejsce gdzie po prostu warto chodzić.****
*** w Gdańsku jest świetny projekt pod nazwą Karta do kultury.
**** Majka jako niespełna dwumiesięczniak brała udział w akcji Chodzę do biblioteki.
[wpis przygotowany w ramach projektu "Przygody z książką"

W ramach projektu zajmujemy się książkami dla dzieci, czytaniem z dziećmi i literaturą dziecięcą. Popularyzujemy tym samym czytanie w rodzinach i wskazujemy wartościowe książki dla dzieci. Przede wszystkim przekazujemy dzieciom miłość do książek i zachęcamy do przygody z czytaniem!]

7 komentarzy:

  1. tak, ta biblioteka to kosmos! sama od razu ją pokochałam, bo zawsze o takim miejscu marzyłam, Janek nawet się specjalnie nie zdziwił - wiadomo - są książki, jest zabawa :) szkoda, że mamy tak daleko...
    dobrze, ze wspominasz też o tych "zwykłych", osiedlowych, szkolnych - często gościmy z synkiem właśnie w takich i nie zapominamy, że najważniejsze kryje się - nawet na nieco zakurzonych i starych regałach - pomiędzy okładkami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, tym wpisem przypomniałaś mi, że mam zapisać syna na ,,Bibliotekę malucha". Próbowałam już kilka razy ale za każdym razem nie było już miejsc. W tym miesiącu musi nam się udać.
    A jeśli chodzi o szkolne biblioteki, kiedyś w podstawówce byłam wolontariuszką w bibliotece :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo poruszające słowa i wspomnienia, także mi bliskie, bo dotykasz czegoś wspólnego dla wcześniejszego pokolenia z czasów książek w papierze pakowym podpisanych czarnym flamastrem... Piękną podróż odbyłam, czytając Twoje wspomnienie pierwszych bibliotek. Tej szkolnej tak dobrze nie pamiętam, ale tę miejską, do której zapisał mnie tata, z której zasobów wprost pochłaniałam książki... tak!
    Twój blog jest wyjątkowy. Ostatni post w projekcie książkowym też zrobił na mnie ogromne wrażenie, a mój rozedrgany komentarz romantycznie wcięło ;-)
    Wybieram się z córką do biblioteki - zapisać się - ciekawe czy dla niej to doświadczenie też będzie przeżyciem.
    Pamiętam też ten klimat "zgubienia książki" - powagi sytuacji, która za tym stała. I jeszcze zabawy w bibliotekę (niektóre książki w moim domu rodzinnym wciąż kryją między stronami własnej roboty kartę biblioteczną) ;-)
    Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-D Też produkowalam karty biblioteczne domowym książkom :-D

      Usuń
  4. Świetne miejsce! Nasze dzieciaki są szczęściarzami, że pojawiają się takie biblioteki ;-) Też drzalam na myśl o karze w bibliotece :-D

    OdpowiedzUsuń
  5. My tez uwielbiamy chodzić do biblioteki, choć nasza nie jest taka fajna :/ ale może to i lepiej, bo pewnie nigdy byśmy z niej nie wychodzili ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniałe miejsce! Taka biblioteka może konkurować z salami zabaw! I dobrze, przecież czytanie to najlepsza zabawa!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...