Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 23 września 2013

79.NIE ZAKRYWAĆ OCZU

TOMI UNGERER
„OTTO. AUTOBIOGRAFIA PLUSZOWEGO MISIA”
(TŁ. MICHAŁ RUSINEK)
FORMAT, WROCŁAW 2011
ILUSTROWAŁ TOMI UNGERER

Tabu w literaturze dziecięcej przybiera wiele postaci – czasem zasłania się figowym listkiem, czasem zatrzaskuje wieko trumny, a czasem zatyka w lufę pistoletu czerwony kwiat. Świat nie jest pluszowy. Świat nie ma czystych kolorów. W świecie czasem cieknie krew. I czasem boli. Do tego czasem niesprawiedliwie. Ale my chcemy chronić dzieci, uróżowić im dzieciństwo, włożyć na nosy kolorowe okulary, odwracać je zawsze plecami do biedy, albo do okrucieństwa. Żeby miały sielsko-anielsko. Żeby wyjadały cukier z cukierniczki życia, żeby w przyszłości obracały się za siebie tylko z uśmiechem, żeby wspominały jakiś dziecięcy raj, jakieś iluzoryczne państwo bez przemocy, biedy, strachu, w którym żyły nie wiedząc przez jakie „u” pisze się „głód”. I oczywiście miały żyć wiecznie.
Jednym z takich tabu jest wojna.
Jak mówić dzieciom o jej niszczycielskiej sile, o życiach, które zdusiła w swoich rękach, o tej rzece nienawiści, która płynęła, zabierając po drodze domy, krzesała, walizki, łóżka, ubrania i pluszowe misie?
Może nie warto mówić wcale?
Może lepiej pomilczeć, a potem ktoś nas wyręczy?
Jestem zdania, że jednak warto przełamywać tabu – na pół, bez sentymentów, bez reszty.
Ungerer znalazł na to świetny sposób – wszedł w kostium pluszowego misia i jego pluszowymi ustami opowiada wcale niepluszową historię.
O tym, jak byli sobie Dawid i Oskar. W jednym stali domu. I Dawid dostał na urodziny pluszowego misia – nazwali go Otto. Bawili się z nim razem – ramię w ramię, Żyd i Niemiec. Gdy Dawid musiał nosić na ramieniu żółtą gwiazdę, Oskar też chciał taką mieć. A gdy Dawid musiał gdzieś wyjechać, podążyć za ciemno ubranymi mężczyznami, pewnie na zawsze, bo nie wiadomo gdzie, na schodach, tuż przez progiem, podarował Otta Oskarowi.
Potem jeszcze było bombardowanie, potem kula, którą Otto przyjął na siebie i uratował ciemnoskórego żołnierza. Była mała czarnoskóra dziewczynka, która układała Otta do spania w kartonie. I był śmietnik, z którego go wyłowiono i z którego trafił na witrynę sklepu z antykami.
A to jeszcze nie koniec. To tak naprawdę początek drogi do sedna, którym jest przyjaźń, miłość, pamięć, tolerancja. I od razu chcę powiedzieć, że kończy się dobrze, że na wojnie też czasem zakwitają kwiaty, może słabsze, a może silniejsze?
I że dzieci też są mocniejsze, niż nam się wydaje, że chcą wiedzieć i nie można ich oszukiwać, że czasem nie warto kolorować świata, bo umknie nam szary kolor i nie nauczymy dziecka jego barwy.

Brawo dla Ungerera za odwagę. Brawo dla Ungerera za tego bohatera, za Otta, ciepłego, dobrego misia, zakurzonego czasem, czasem zakrwawionego swoją krwią pluszową, nie jeden raz o krok od śmierci. Brawo dla Ungerera za tę jawną z dzieckiem rozmowę, za nieuciekanie od ciężarów życia. Ktoś musi je dźwigać, a „Otto” to dobra siłownia.   




6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Bo jest taką książką do lubienia - wbrew wszelkim pozorom!!!

      Usuń
  2. świetna recenzja! Czytałam z wielką przyjemnością!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie słyszałam o tej książce. Pięknie o niej napisałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-) A Otta warto poznać - naprawdę!

      Usuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...