Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 22 września 2014

219.O UNIKANIU U-MUZEALNIANIA

Åshild Kanstad Johnsen
PIENIEK OTWIERA MUZEUM”
(TŁ.MILENA SKOCZKO)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA Åshild Kanstad Johnsen
Ona dopiero zaczyna. Już wzrok biega po ścieżkach i trawnikach, już wyłapuje kamyki, piórka i szyszki, które nigdy nie są samotne, zawsze w stadzie. Już schyla się po patyki, już uczy się wkładać do kieszeni. Jeszcze daje się oszukać i nie sprawdza, nie liczy, nie porównuje tego, co włożyła w maminą dłoń, z tym, co potem w niej znajduje po przyjściu ze spaceru. Jeszcze ukradkiem wyrzucam połamane muszelki i zbyt duże kijki. Czasem jednak przemyca i przynosi kamulec, wielkości połowy cegły szamotowej – w prezencie, dla Babci, a Babcia się zastanawia, jak ona dała radę go przynieść. Jest sprytna, ale ja ciągle jestem sprytniejsza od niej w kwestii zbierania – mam bowiem trochę więcej doświadczenia, niż ona. Ona dopiero zaczyna. Ja jestem bliżej Pieńka…
Pieniek jest zbieraczem mistrzem. Jest najwyżej w hierarchii zbieraczy – nie odpuszcza niczemu. Znosi do domu i liście i kamienie i stare okulary i połamane parasolki i zagubioną w leśnej głuszy piłeczkę do tenisa. Zbiera okazy szczególne, jak czarny cylinder ze szczytu góry, zbiera najzwyklejsze patyki mniejsze i większe, ale zbiera też rzeczy, które ładnie się nazywają („makaron”). Zbiera by mieć. Zbiera dla samej idei zbierania. I może jeszcze dla segregowania, bo każdy okaz odszukuje najpierw w encyklopedii, a potem nadaje mu właściwą kategorię i we właściwym zamyka pudełku. I na właściwą półkę wkłada.
W końcu jednak brak mu miejsca, szuflady wypchane po brzegi nie zmieszczą już ani jednego zielonego pudełka, pudełka zaś pękają niemal w klejeniach.
Co zrobić? W takich sytuacjach Pieniek zwykł korzystać z rady Babci, a ta radzi bezbłędnie, po krótkim namyśle - założyć Muzeum.
Muzeum Pieńka otwiera swoje podwoje w sobotę. I do środy Pieńkowi bardzo podoba się jego prowadzenie. Ale w czwartek już niekoniecznie…
I znów, jak bumerang powraca pytanie – co zrobić? Co teraz zrobić?
Dla mnie ta książka to przypowieść o ludzkiej naturze. O człowieku-zbieraczu, o człowieku-kolekcjonerze. O ludzkiej chorobie – gromadzeniu. Gromadzenie ma wiele wymiarów, na przykład „A może się przyda?” w zestawie z pełną piwnicą. Albo „potrzebuję tego do mojej kolekcji” w zestawienie z niebezpiecznym błyskiem w oku…
Pieniek swoje zbiory ma owszem, skatalogowane, ale zamknięte w pudełkach, poupychane na regałach – czy choć raz w roku wyjmuje je, ogląda, cieszy nimi oko, czy tylko dokłada następne i następne?
Kolekcje – choćby taka, jak Pieńka, bazują na ludzkiej chęci posiadania, ale budzą również żądzę, by posiadać wszystko – Pieniek nie patrzy, co zbiera, zbiera każdą rzecz – w razie czego przecież można wymyślić jakąś odpowiednią kategorię – choćby „ładne rzeczy, które się wyginają”. W mediach, w wielu dziedzinach (zabawki, książki, design, ciuchy), funkcjonuje zwrot „MUST HAVE” – to on po części obrazuje dzisiejszego człowieka, który trochę pogrzebał „MUST BE”, a już na pewno nie pisze „be” takimi wielkimi literami.
Czasami patrzę na współczesne dziecięce pokoiki z boku i myślę, że nie ma w nich czym oddychać. Że jest w nich tyle lalek, samochodzików, pluszaków i klocków, że nie ma miejsca na zabawę, że nie zmieści się tam paczka plasteliny, że metalowe autko nie znajdzie drogi na jazdę, a lalki nie będą miały gdzie wypić herbatki w plastikowych kubeczkach imitujących porcelanę.
Czasem łapię się na tym, że gdy do Majki przyjeżdża babcia, wygrzebują jakąś zabawkę z dna kosza i świetnie się nią bawią, a ja i Majka nie wyciągałyśmy jej od miesiąca czy dwóch. Wiem, że to bierze się z chęci podarowania Dziecku wszystkiego, co najlepsze, ale nadmiar na pewno tym nie jest. Dla Dziecka – ot banał – najlepszy jest czas z rodzicem. A niejednokrotnie przekonałam się, że Majka woli bawić się „w robienie zabawek”, niż zabawkami, że kawałek plastiku wygięty w kształt lalki, cieszy ją tak samo jak kawałek starej gazety zmięty w kulkę i nazwany piłką.
Pieniek też wybiera w końcu to, co wymaga od niego kreatywności – z niesamowitym zapałem zabiera się za przygotowanie otwarcia muzeum, za opisywanie, rysowanie plakatów i tworzenie przestrzeni. Najlepiej bawi się przy wklejaniu zdjęć eksponatów do albumu i opisywanie ich pochodzenia. Tak samo później przetwarza pozornie niepotrzebne rzeczy w sztukę. Wybiera coś, co wymaga od niego aktywności, a nie eksponaty (vel drogie zabawki do patrzenia), które można pokazywać w muzeum, a nie ułożyć w dziecięcych dłoniach, tam, gdzie ich miejsce.
Lubimy wizyty w Muzeum Pieńka – Majka słucha uważnie i już dokleiła do książki swoje rytuały. Niezmiennie zaczyna czytanie od rozkładówki, bawiąc się ze mną w wyszukiwanie szczegółów. Potem nazywamy wszystkie rzeczy, które Pieniek znajduje na swoim wtorkowym spacerze. Trzeba też zawsze ustalić, który plakat narysowany przez Pieńka jest malutki, a który ogromny i co robi Pieniek na pierwszym obrazku od lewej i drugim od dołu na ilustracji z wykresem zabawiania gości Muzeum…
Ja pokochałam Pieńka za to, że jest Pieńkiem*, a nie na przykład psem, za to, że ma ilustracje, na których co chwilę odkrywam jakiś nowy szczegół i za to, że w niepozornej historii dla Dzieci kryje się taka wielka filozofia…








[Dziękujemy Dwóm Siostrom za bilet do pieńkowego muzeum]
*nie mogę się pozbyć skojarzenia między słowem „pieniek”, a „Miasteczkiem Twin Peaks”…

2 komentarze:

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...