Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 24 września 2014

220.JAKĄ MAMĄ CHCIAŁABYM BYĆ...


JUJJA WIESLANDER, TOMAS WIESLANDER
„KAJTEK I MIŚ”
(TŁ.AGNIESZKA STRÓŻYK)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2014
ILUSTROWAŁ OLOF LANDSTRÖM

Gdy Majka była w brzuchu miałam doskonały obraz siebie, jako mamy. Wiedziałam, że chcę być mądra, z wielkim luzem i dystansem do świata, a z ogromną miłością do córki, że chcę być cierpliwa, mieć błyskotliwą odpowiedź na każde pytanie mojego Dziecka, że chcę być kreatywna i akceptować Dziecko moje dokładnie takim, jakie jest.
I co więcej – byłam przekonana, że przyjdzie mi to bez trudu, naturalnie, z porodem wraz.
Rzeczywistość jest czasem bliska marzeniom, czasem na marzenia nawet nie spogląda. Ale wciąż dążę do ideału i ideałów wypatruję we wszechświecie.
Mamą idealną jest dla mnie mama Kajtka. To taka mama, którą chciałoby mieć każde dziecko. Mama cierpliwa, nie krzycząca i nie denerwująca się – wie dobrze, że nie ma sensu unosić głosu, bo dwa uniesione głosy dają tylko wielki szum i hałas. Lepiej porozmawiać spokojnie i wszystko wytłumaczyć. Albo odpuścić. Zwyczajnie.
Mama Kajtka nie mówi „Nie płacz” – mówi „Wypłacz się”, bo wie, że dziecięcy płacz coś znaczy i to jak słowa u dorosłych. Gdy umiera myszka Kajtka wie, że chłopiec musi przejść żałobę i zamiast chusteczki, daje mu swoje kochające ramiona.
Mama Kajtka słucha, co do niej mówi i wymienia się z nim opiniami – nie tylko komunikuje. Potrafi przyjąć dziecięcy punkt widzenia, jeśli jest słuszny. „Odkurzaczy nie wynosi się na dwór” – mówi na przykład. „Wynosi się, gdy się sprząta samochód” – odpowiada Kajtek i już, mama przyznaje mu rację i wynoszą na dwór odkurzacz, żeby był silnikiem samolotu.
Mama Kajtka pozwala mu na próby, na sprawdzanie, na doświadczanie. Gdy Kajtek chce wbiec na drzewo, mówi mu „Próbuj!” i potem dmucha na stłuczone kolano. I nigdy, przenigdy nie stwierdza „A nie mówiłam!” – przecież to byłoby nieuczciwe – ona ma już za sobą lata doświadczeń i przeżyć, Kajtek dopiero poznaje.
Mama Kajtka idzie z dziećmi na jagody nawet, kiedy pada deszcz, bo „skoro jagody mogą być na deszczu, to my też”. Biorą tylko w termos ciepłe kakao. I czasem nocą idą z Kajtkiem na dwór oglądać nietoperze, bo przecież ona też była na dworze, gdy była małą dziewczynką. A czasem zabiera dzieci na wycieczkę na wysypisko śmieci, bo tam tez może być świetna zabawa – na przykład w starych zepsutych karetkach pogotowia. I zawsze znajdzie chwilkę, by krzyczeć „Ogień gore!”, gdy dzieciaki z podwórka akurat bawią się w strażaków.
I bawi się z nim w gry słowne, spędza mnóstwo czasu i w ogóle to lubi swojego syna.
Ale najbardziej podziwiam w mamie Kajtka ten spokój i to przyzwolenie na jego rozwój, na jego próby i co najważniejsze, na jego błędy. Nie wyrywa się, by pomagać tam, gdzie Kajtek daje radę sam. Daje mu do ręki ostry nóż, żeby kroił chleb – to jego codzienne zadanie, gdy robią kolację – jak inaczej ma się nauczyć? Pozwala mu używać prawdziwych, całkiem dorosłych narzędzi – jest tylko jeden warunek, musi to robić w obecności dorosłych. I kluczowym jest tu „w obecności” – to Kajtek wywija młotkiem, a nie tylko przygląda się jak robi to jego tata, marząc o tym, by spróbować. I jeśli syn chce zaczynać budowę domu od dachu, stwierdza tylko, że nigdy nie znała akurat takiego sposobu. Kajtek ma całą kolekcję siniaków i zadrapań. Jedne od uderzenia młotkiem w palec, inne od noża, który ześlizgnął się z patyka podczas strugania. Każda z tych ranek, to krok naprzód w jego poznawaniu świata. Każda to jak odznaka za zdobytą sprawność.
Książka o Kajtku i Misiu, to jedna z tych, które można czytać na dwóch poziomach. To historyjki dla Dzieci bliskie im tak, że już chyba nie można bardziej. Bo jest ukochana maskotka –to Miś,  ale można z nim identyfikować ulubionego Pana Wielbłąda; jest mały chłopiec i mała dziewczynka – najlepsza przyjaciółka Kajtka, Tosia; jest ryba na obiad, na którą akurat nie ma się ochoty, jest supertajna kryjówka, a w tej kryjówce na półeczce leży supertajna tajemnica; jest zabawa w samolot, zabawa w pływanie i zabawa we wbieganie na drzewo; jest mokra wycieczka i suchy niby-piknik. Jest mnóstwo ruchu, radości, zabawy, jest czasem płaczu tyle, co krwi wypływającej ze skaleczonego palca. Jest codzienny przed-senny rytuał czytania książki. I jest nawet kłótnia z najlepszą przyjaciółką (dobrze, że jest też godzenie się). Historyjki są pisane tak, jakby opowiadało je dziecko – prosto, z mnóstwem szczegółów akurat tam, gdzie tego potrzeba, ze słowami wprost z dziecięcego słownika.
A tam gdzieś głębiej, gdzie pewnie nie sięga wzrok dziecięcy, jest szczypta zazdrości i całe morze podziwu dla mamy Kajtka. Bo kocha go tak mądrze jak zasługuje na to każde dziecko.






 [Dziękujemy Zakamarkom za wycieczki z Kajtkiem i jego mamą na jagody i nietoperze]

2 komentarze:

  1. Nie znam tej książki, ale po Twojej recenzji już ja pokochałam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna ta mama Kajtka, już ją lubię, choć książki jeszcze nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...