Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 5 września 2014

218. NA BAWOLE PO SAJGONKI

ANNA NOWACKA-DEVILLARD
„NEM. APETYT NA WIETNAM”
WIDKOKRĄG, PIASECZNO 2014
ILUSTROWAŁA ANNA ORBACZEWSKA

Nie wiadomo prawie nic. No może tylko, że te śmieszne, skośne czapki, jakby wyrwane ze stron podręcznika do geometrii, symetryczne i sprawiające wrażenie, że jest w nich bardzo niewygodnie. I jeszcze gdzieś w tle ta wielka wojna, która podzieliła wtedy społeczeństwo amerykańskie na dwa i przywodzi na myśl zespół stresu pourazowego. I Sajgon oczywiście, który wziął się nie wiadomo skąd, a potokiem „potoczczyzny” polskiej wypływa z ust bardzo często.
I wszystko. Więcej nic.
Wietnam w moich oczach.
Teraz wiem więcej.
Wiem, że nem to polskojęzyczne sajgonki. Że język wietnamski ma znaki diakrytyczne, tak samo, jak polski. Że panny młode idą do ślubu w różowych tunikach, a nie białych sukniach i że wietnamscy zmarli krążą wciąż wśród żywych tylko niewidzialni i niemal wszechmogący – do nich zanosi się prośby o szczęście, zdrowie i powodzenie na egzaminach, im zapala się świeczki i częstuje świeżymi owocami, układanymi na domowych ołtarzykach.
Lubię tę serię, bo jest przemyślana w szczególikach stu – bo na historii, takiej zwykłej, codziennej, a jednak pełnej magii, jak na pniu z wieloma gałęziami wiszą liście – tu jakiś słowniczek, tam rebus, gdzie indziej zadanie rysunkowe. W książce zaznaczone słowa, które powinny kojarzyć się z Wietnamem – nem, bawół, rower, pola ryżowe – i wyjaśnione, czarno na zielonym, dlaczego tym rowerem do Wietnamu, dlaczego ryż smakuje tam inaczej, dlaczego „lepszy bawół w zagrodzie, niż słoń w dżungli”. I smaki – inne od polskich, czasem niewyobrażalne (bo jak smakuje tapioka?), w papier ryżowy zawinięta marchewka i S.O.S. od typowej wietnamskiej mamy, bo sami możemy sobie nie poradzić z trudnym do wymówienia nuoc mam.
Ta książka jest oszczędno-bogata. Nie jest przeładowana informacjami, nie ma objętości encyklopedii, nie egzaminuje z wiedzy o... - ma zaostrzać apetyt, łechtać, prowokować pytania i być kierunkowskazem w dalszych poszukiwaniach. Subtelnie podsuwa wiadomości: ile osób mieszka w Wietnamie, jakimi pieniędzmi zapłacilibyśmy za papier ryżowy w wietnamskim sklepie i gdzie on w ogóle, ten Wietnam, leży. Ale seria hołduje maksymie „nauka przez zabawę”, podrzuca ciekawostki do góry, jak piłeczki, a my możemy złapać i włączyć się do gry, albo nie. Nawet jeśli nie, pozostaje ta krótka historyjka, którą można potraktować jak bajkę na dobranoc, po której będzie się śnić sen o bawołach.
Jest oszczędna w formie, pastelowa, delikatna, żeby łatwiej było przy jej czytaniu zamknąć oczy i przenieść się na zielone pola ryżowe.







[cám ơn Widnokręgowi za nem, tapiokę i nuoc mam]

2 komentarze:

  1. O! Ciekawa książka. Warto poznać naszych coraz częstszych sąsiadów. Must have ;) dzięki, ach!

    OdpowiedzUsuń
  2. fajna ciekawa książka. nie znałam jej wcześniej

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...